Nad Morzem Czerwonym

0
89
Morze Czerwone
fot. Marta Tutaj
REKLAMA

Kiedy pierwszy raz byłam w Akabie – a było to może rok przed wojną syryjską – koło ruin tzw. Zamku, a raczej fortu na wybrzeżu, był plac z dziesiątkami konnych „dorożek” (czyt. furmanek z siedzeniami). Można je było wynająć na przejażdżkę po mieście. Ten biznes trzymały rodziny beduińskie, których potomkowie, trzaskając z bata, zapraszali do „dorożek” turystów albo miejscowe damy w długich płaszczach, objuczone zakupami na pobliskim bazarze. Akaba, największy i jedyny port Jordanii, to strefa wolnocłowa.

Gdy dotarłam do Akaby tego roku, autobus, zamiast na duży plac w centrum, zajechał w małą zatokę koło hotelu. Na placu w centrum był natomiast przystanek dużych, piętrowych autobusów, kolorowo świecących i grających dziką muzykę. Te dyskotekowe autokary były następcami dawnych „dorożek”- woziły wycieczki po mieście. Obok tłoczyły się taksówki. Konne powozy zniknęły zgoła z ulic Akaby.

REKLAMA

Namiastką pozostały koniki pod wierzch, które wieczorami młodzi Jordańczycy (może i potomkowie beduińskich rodzin?) przyprowadzają na plażę, by dumni ojcowie mogli sfotografować swoich synów na koniu (!). „Zamek” vel fort został wyremontowany, a pracownik w arabskiej szacie podlewał z węża palmy na dziedzińcu. Obok fortu urządzono dużą i bałaganiarską wypożyczalnię rowerów.

Kąpiące się Jordanki
Kąpiące się Jordanki | fot. Marta Tutaj

Fajki i lampiony

Plaża miejska w Akabie nie przypomina tropikalnego raju – to wąski pas niezbyt czystego piasku wzdłuż wybrzeża, niedaleko portu. Zwężają ją dodatkowo betonowe stopnie, na których przysiadają plażowicze, przechodnie, handlarze, spacerujące rodziny, palacze fajek wodnych, biznesmeni w przerwie z pracy itd. Kąpielisko jest też niewielkie, bo część zatoki zajmują spacerowe łódki, wożące chętnych kawałek wzdłuż wybrzeża, gdzie pływa trochę kolorowych ryb. Dlatego niektóre łodzie mają szklane dno. Ale amatorzy podwodnych widoków jeżdżą raczej na odległą od Akaby o kilkanaście kilometrów Południową Plażę (South Beach).

Mimo to miejska plaża jest bardzo popularna. Nie brak tu też specyficznej egzotyki. Tylko tu zobaczycie sprzedawców bukietów fosforyzujących róż, ręczników z wizerunkami szyickich proroków albo waty cukrowej w kolorze najdzikszego różu… Tylko tu można kupić bezalkoholowe, za to bardzo kolorowe „drinki”, robione z barwionych owocowych koncentratów i roznoszone przez sprzedawców z arabską chustą na głowie. Tylko tu możecie się zmierzyć na pięści z automatem bokserskim, mierzącym siłę ciosów – prawdziwe wyzwanie dla młodych mężczyzn, którzy ustawiają się w kolejce, by zostać… pokonani. Tylko tu przejedziecie się kilkanaście metrów na koniu w uprzęży obwieszonej migającymi światełkami choinkowymi. Możecie też zamówić sobie fajkę wodną z dymem o zapachu jabłek lub piżma, herbatę, placek z zatarem (sezam z oliwą i ziołami), nadmuchiwany helem balon albo lody.

W dzień jest widok na Eilat na izraelskim brzegu zatoki. W nocy na plaży płoną improwizowane lampiony (lokalny patent): świeczka wbita w piasek, wypełniający do połowy papierową torbę. Dają piękne światło.

Czy na publicznej plaży w Akabie można pokazać się w bikini, czy nie, zawsze było kwestią otwartą. Nikt tego nigdy nie zakazał, choć czasem turystki czuły się skrępowane, występując w skąpym stroju tuż obok piknikujących na plaży rodzin jordańskich w długich szatach i chustach na głowach. Wyjście okazało się proste: całkowicie ubrane muzułmanki i prawie nagie turystki kąpią się w morzu obok siebie, i udaje im się nie dostrzegać różnicy.

Jordania nie ma wielkich złóż ropy. Port w Akabie wysyła w świat fosforyty do produkcji nawozów, ale miasto żyje z handlu… i turystów. Bez plaży, dostępnej dla bikini, Akaba miałaby ich znacznie mniej…

Plaża w Akabie z widokiem na Izrael
Plaża w Akabie z widokiem na Izrael | fot. Marta Tutaj

Od Egiptu do Lawrence’a

Miasto w zatoce Akaba liczy ponad trzydzieści wieków historii (w X w. p.n.e. był tu ośrodek wytopu miedzi), wiele razy zmieniało „narodowość” i imię.

W III w. p.n.e. zdobyli je Egipcjanie, dwa wieki później – Nabatejczycy, twórcy cywilizacji skalnych miast, a po nich – Rzymianie. Nazywało się wtedy Alla lub Aila. Rzymowi odbiła miasto – ważny przystanek w drodze do Mekki – panująca w Damaszku dynastia Umajadów z terenu dzisiejszej Syrii. W X w. n.e. wygnały ich lokalne plemiona, pokonane następnie na początku XII w. przez krzyżowców. Krzyżowcy panowali tu jednak tylko pół wieku, potem miasto i cały region podbił sułtan Saladyn, pogromca Ryszarda Lwie Serce i chrześcijańskich rycerzy. A gdy zabrakło Saladyna, port nad Morzem Czerwonym przejęli Mamelucy, którzy zbudowali tu fort. W XVI w. Akaba, jak całe państwo mameluckie, przeszła pod panowanie Imperium Osmańskiego i sułtanów ze Stambułu.

Pod panowaniem tureckim pozostała Akaba aż do 1917 roku, gdy Lawrence z Arabii zorganizował powstanie arabskie i odbił port. Potem był tu Emirat Transjordanii pod protektoratem brytyjskim, do lat czterdziestych XX w., kiedy powstało Haszymidzkie Królestwo Jordanii.

Na południu

Na South Beach – długiej plaży będącej Mekką amatorów podwodnych pejzaży – kilkanaście lat temu praktycznie nie było hoteli. Tu i ówdzie na piasku stały długie beduińskie namioty, gdzie można było dostać herbatę, prosty posiłek (placek z falafelem lub miskę soczewicy) i sziszę, czyli fajkę wodną. Na piasku, w cieniu namiotów, układano dywany, by można było przespać się w nocy albo w czasie południowej sjesty. W południe wszystkie plażowe dywany były zwykle zajęte przez relaksujących się mężczyzn. Miejscowe kobiety – w marcu ubrane jeszcze w długie, ciągnące się po piasku wełniane płaszcze – musiały zadowolić się po prostu kawałkiem piasku w cieniu. Dla turystki jednak zawsze znalazło się miejsce w namiocie i szklanka herbaty. Po pływaniu z maską i fajką nad rafami Morza Czerwonego – w słońcu panował upał, ale woda była chłodna – chętnie przyjmowałam okazję do ogrzania się i odpoczynku.

South Beach, oczywiście, także się zmieniła. Po drugiej stronie drogi powstały hotele, ogrody bungalowów i schroniska, oczywiście znacznie droższe, niż kwatery dostępne w mieście. Przy hotelach są restauracje, z reguły jeszcze droższe, bo w rejonie South Beach nie ma zaplecza handlowego, więc każdy, kto przyjedzie tu na dłużej, niż jednodniowy piknik, musi stołować się w tych lokalach. W głównej części plaży pozostała jedna restauracja w namiocie, ale poza samym namiotem dość typowe wyposażenie – krzesła, stoliki, napoje butelkowane, drinki, kawa w plastikowych kubkach.

W hotelach i na plaży zapisać się można na rejs motorówką połączony z pływaniem z maską lub na przejażdżkę łodzią ze szklanym dnem. Główne podwodne atrakcje są jednak dostępne wprost z plaży, i bez przewodnika. Jest ich nawet więcej, niż dawniej, bo król Jordanii sam jest zapalonym nurkiem i do Japońskiego Ogrodu – miejsca dla korali, ryb i kolorów – dorzucił parę celowo zatopionych „wraków”: amerykański czołg, który zdążył już porosnąć koralowcami i wodorostami, samolot (który co prawda niedawno silny sztorm połamał i rozniósł po zatoce), czy leżący już na głębszej wodzie – dla nurków – wrak okrętu.

Obejrzałam i sfotografowałam czołg oraz istniejący jeszcze wtedy samolot, potem jednak wróciłam do skał i korali, gdzie wyszukiwałam mureny i skorpeny, skrzydlice i fletnice, błazenki i barwne, dziwnych kształtów ślimaki nagoskrzelne. Morze Czerwone w marcu było na tyle chłodne, że pływałam po 20-40 minut, potem trzeba było wyjść na plażę i ogrzać się przed kolejnym wejściem do wody.

Plaża jest bardzo popularna, zarówno wśród turystów, jak i Jordańczyków, chętnie przyjeżdżających tu na rodzinne pikniki. Zasadniczo każda familia trzyma się własnego koca i parasola, ale obyczaje Jordańczyków nie zmieniły się aż tak, by zostawić bez szklanki herbaty zmarzniętą po pływaniu turystkę. Dostałam filiżankę od najbliższych sąsiadów. Przyjechali dwoma nowiutkimi samochodami, ale gotowali herbatę w okopconym czajniku, ustawionym na ogniu między kamieniami. Jak dawniej.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o