Najdalszy kontynent

0
49
Australia
fot. Marta Tutaj
REKLAMA

Australia to na pewno inny koniec świata – nawet jeśli cześć Australijczyków próbuje udawać, że tak nie jest. Woda w umywalce spływa tu w odwrotną stronę, a Boże Narodzenie przypada w czasie letnich wakacji.

Po trochę bałaganiarskich, o każdej porze tętniących życiem ulicach miast azjatyckich, Brisbane w samo południe sprawia wrażenie miejsca z innej planety: nowoczesne, czyste, budowane planowo i… puste. Gdy mikrobus z lotniska przemierza centrum miasta, przechodniów na ulicach można policzyć na palcach –nikt tu nie chodzi pieszo, chyba że turyści…

REKLAMA

Przy zachmurzonym niebie Brisbane mogłoby uchodzić za typowe miasto “euroamerykańskie”: dwupoziomowe skrzyżowania, drapacze chmur, centra handlowe, kosze na śmieci, puby i fastfoody… Miasto ma też nowoczesne muzea, z salami wystawowymi projektowanymi przez dobrych architektów i interaktywnymi prezentacjami, uruchomianymi dotknięciem palca. Albo ogrody – z wielopoziomowymi ścieżkami, kaskadami wodnymi, basenami do pływania i sztucznymi wyspami. Rezerwaty oswojonej egzotyki…

Iluzja europejskości słabnie o zmierzchu, gdy z pełnej nenufarów fontanny w parku uniwersyteckim wychodzą wielkie, prehistorycznie wyglądające agamy, a na drzewa przy centrum handlowym spadają stada rudawek – nietoperzy rozmiarów małego psa (!).

Rankiem w ogrodzie można znaleźć śpiącego oposa workowatego – ciekawskie stworzenie, przypominające nieco szopa. Hotelowy wentylator okazuje się zatłoczony wielkimi zielonymi żabami rozmiaru spodka… Na skwerku za przystankiem autobusowym buszują – zamiast wróbli – kolorowe papugi z długimi ogonami. Australijczycy jednak umówili się, że żyją po europejsku, i na podobne fenomeny nie zwracają wcale uwagi.

Surfers Paradise
Surfers Paradise | fot. Marta Tutaj

Wstęp na Wielką Rafę

Na wakacje Australijczycy wyjeżdżają w grudniu. W Queensland – najbardziej turystycznym stanie tego kraju-kontynentu – mają do wyboru sporo atrakcji. Na przykład Wielka Rafa Barierowa, którą można zwiedzać ze statku, z jachtu, z którejś wyspy albo z platformy Reef World, zacumowanej na otwartym morzu. Na platformie jest podwodny amfiteatr, gdzie można sfotografować się w towarzystwie ryb lub żółwi morskich, zaglądających przez szybę, jest wytyczony linami szlak wzdłuż rafy, gdzie pływa się z maską, albo łódź ze szklanym dnem dla tych, którzy nie chcą wchodzić do wody. Mają tu też mały ośrodek badawczy, prysznice, dwie restauracje i dyżurnego wargacza imieniem Wally – metrową rybę z garbem na czole, która pokazuje się turystom zawsze, kiedy żółwie morskie, ośmiornice czy papugoryby odmówią współpracy.

W Rockhampton Alvin – lokalny dziwak z mnóstwem tatuaży na ciele, który spaceruje pod słońcem Antypodów tylko w szortach i kapeluszu (biali mieszkańcy Australii żyją w lęku przed rakiem skóry; na każdym przystanku można znaleźć adresy klinik i ostrzeżenia, że rak skóry zniszczy “twoje body art” – modne artystyczne tatuaże!) – doradza mi kilka innych miejsc do zwiedzenia. Na przykład Lady Musgrove Island – małą wysepkę osiągalną z miasta o dziwacznej nazwie “1770”, pełną ciemnopiórych rybitw, do których można podejść na wyciągnięcie ręki, otoczonej pierścieniem korali. Miejsce, gdzie spotkanie z dwumetrową, żółto nakrapianą mureną czy stadem koników morskich o najdziwniejszych kształtach nie jest rzadkością.

Jest także Great Keppel Island – turystyczna wyspa, gdzie dociera się promem. Tuż po zjedzeniu pizzy w lokalu z wejściem w formie paszczy rekina można w malowniczych zatoczkach oglądać wielkie płaszczki, pstrokate, pełzające po rafie rekinki albo kolorowe ślimaki morskie.

Wchodząc do wody, prawie nadeptuję półtorametrową płaszczkę, która, leżąc w piasku w płytkiej wodzie, do złudzenia przypomina prawdziwego rekina – wrażenie na tyle silne, że tego dnia nie wchodzę już do wody.

Piaski, dziobaki, koale

Queensland jest pełne wysp. Oto Fraser Island – podłużna, pokryta płowym piaskiem. Można tu spotkać oko w oko psy dingo o jasnej sierści, przemawiające do siebie w pejzażu pustyni jękliwymi głosami upiorów. Oto Whitsunday Islands, Wyspy Zielonych Świątek – archipelag zielonych pagórków na lazurowym morzu.

Wolicie ląd? Proszę bardzo. Oto Rainbow Beach, Tęczowa Plaża, klify z piaskiem w najróżniejszych kolorach – od bieli do czerni, od brązu po jaskrawy pomarańcz – w Wielkim Parku Piasków. Plaża zalewana jest falami w czasie przypływu, a zwiedzana jeepami z napędem na cztery koła lub karawanami wielbłądów, gdy jest odpływ. Oto Everglades – bagna i rozlewiska do zwiedzania wygodną łodzią ze szklanym dnem, pełne wodnego ptactwa i krokodyli. Albo Eugnella National Park, gdzie bladym świtem na śródleśnych jeziorach wypatruje się dziobaków, a po południu można się wykąpać w jeziorku pod wodospadem.

Moim ulubionym miejscem w Queensland było jednak Noosa Head na Słonecznym Wybrzeżu. W Noosa były sklepy dla surferów, drogie kawiarnie, i mnóstwo willi wczasowych w stylu “włoskim”, “angielskim” i “greckim”… Ale była też rzeka, nad którą zlatywały stada czarnych kakadu, wybrzeże z najpiękniejszym przybojem, jaki w życiu widziałam, i półwysep pokryty egzotycznym lasem, gdzie można było zobaczyć wspinające się na drzewa warany i chichoczące kukabury. Były także koale – najłatwiej wypatrzyć je było na drzewach eukaliptusowych nad główną ulicą, na której ustawiono znaki ostrzegające o podobnych “przechodniach”.

To tu, pływając w morzu, obserwowałam starcie dwóch orłów na niebie, a upuszczona podczas tego starcia ryba spadła do wody o metr ode mnie. Siedząc po szyję w “Czarodziejskich Stawkach” – maleńkich skalnych zatoczkach porośniętych ukwiałami – obserwowałam delfiny. W Noosa też, przemierzając kajakiem płytką, słonawą rzekę, odkrywałam zawieszone nad wodą gniazda orłów i kormoranów, kolonie wielkich nietoperzy albo tłumy jaskrawoniebieskich krabów-żołnierzy, wędrujących po rzecznych łachach zwartymi kolumnami, jak ruchomy dywan.

Brisbane
Brisbane | fot. Marta Tutaj

Bać się czy nie bać?

Przeciętny Australijczyk podczas swoich bożonarodzeniowych wakacji unika i słońca, i morza. Na imponującej plaży w Surfers Paradise – niezbyt odległym od Brisbane “turystowisku” na Złotym Wybrzeżu, z wieżowcami wchodzącymi już na plaże – plażowicze pokrywają ciała gęstymi, białymi przeciwsłonecznymi piankami… A ratownicy bynajmniej nie wyglądają jak ci ze “Słonecznego Patrolu” – mają na sobie pełne kombinezony, zasłaniające ciało od stóp po czubek głowy.

W nadmorskich miastach wielkie tablice ostrzegają przed “stingerami” – jadowitymi meduzami, których Australijczycy znają co najmniej tuzin. Z niektórymi z nich, muszę dodać, zetknęłam się wcześniej w Indonezji, gdzie nie uważa się ich za szczególnie niebezpieczne, a oparzenia – czasem bardzo bolesne, fakt! – opatruje się sokiem z limetki (!).

W Surfers wysłuchałam paru mrożących krew w żyłach historii o atakach rekinów. Ale Robby, półkrwi aborygen, uczący na deptaku turystów gry na digeridoo (huczącej zdobionej rurze), zapewniał, że wybrzeże Surfers chronione jest od dawna stalowymi siatkami. A w Airlie Beach, miasteczku na północy Queensland, znany przyrodnik i hodowca zwierząt, Rob Bredl, na oczach turystów siadał na pięciometrowym krokodylu i twierdził, że nie jest to wcale szczególnie niebezpieczne…

Wyjeżdżałam z Australii z mieszanymi uczuciami. Czy jest to kraj cywilizowany? Niewątpliwie. Nigdzie nie można dostać tak bezsmakowej kawy i hamburgerów. I każdy, nawet tani hotel ma własny basen, a każdy camping specjalne paleniska do grilla.

Czy jest to kraj dziki? O, tak! Spróbujcie przespać się dłużej niż jedną noc w motelu lub schronisku poniżej 50 $ za łóżko, a zawrzecie bliską znajomość z pluskwami – pasożytami, o których w Europie zdążyliśmy już zapomnieć! Całkiem możliwe, że spotkacie też wielkie karaluchy, których obecność w hotelu uważa się za „naturalną”…

Cywilizację od dzikości i egzotyki dzielą – w gruncie rzeczy – drobiazgi.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o