Najlepsze safari

0
448
Yala - krajobraz | fot. Marta Tutaj
REKLAMA

Safari w języku suahili pierwotnie oznaczało po prostu podróż, a z polowaniem na zwierzęta wiązało się ze względu na konieczność zaopatrzenia w żywność. Dziś to słowo używane jest na całym świecie jako określenie wycieczki w celu obserwacji i fotografowania zwierząt – bezkrwawych już, na szczęście, łowów.

REKLAMA

Dudek i inni

W Yala – jednym z najbardziej znanych parków narodowych na Sri Lance – safari zaczęło się nam mało egzotycznie – od dudka, który tuż za bramą szukał czegoś w rdzawym pyle drogi. Dla Europejczyków to ptak znany, ale wszystkie wypełnione turystami dżipy sumiennie przystawały, by turyści mogli wykonać fotki, a przewodnicy z powagą objaśniali, że oto przed nami common hoopoe – co jest angielską nazwą dudka. Chwilę potem, nad malowniczym jeziorem, ze skałą zwaną „Kamiennym Słoniem”, mój przewodnik wskazał na żerujące w trawie przy drodze zwierzątko i powiedział z tym samym namaszczeniem: – Mamy tu też króliki. Zachowałam wyraz twarzy godny Kamiennego Słonia.
Po tym wstępie safari w Yala zaczęło jednak szybko nabierać i egzotyki, i kolorytu. Po wyspach trawy między jeziorami a morskim brzegiem spacerowały nakrapiane jelenie czitale i cięższe od nich, szarobrązowe sambary – te, na które polowały wilki z „Księgi dżungli” Kiplinga. W rozlewiskach po obu stronach drogi spacerowały na długich nogach kolorowe dławigady indyjskie i azjatyckie marabuty, czaple purpurowe, krwawodzioby i czerwononose czajki. Białe czapelki i czarne kormorany suszyły skrzydła na wystających z wody gałęziach. Spokrewnione z łyskami modrzyki i dziko żyjące na Sri Lance pawie konkurowały ze sobą w intensywności niebieskiej barwy i połysku upierzenia. Na niskich drzewach przysiadały kolorowe gołębie i żołny, a także wojowniki i rybożery – ptaki przypominające orły. W cieniu pod drzewami wypatrzyłam żerującą dziką świnię, a wędrującym wzdłuż drogi bawołom towarzyszyły małe czaple, żółtookie majny i barwne szpaki bramińskie. Tam, gdzie drzewa lub krzewy miały kwiaty, buszowały drobne nektarniki i szlarniki – złotozielone ptaszki także żywiące się nektarem. Nad drogą latały żółte motyle i lankijskie jaskółki o ceglastoczerwonych brzuszkach.

Yala – lampart | fot. Marta Tutaj

Gwiazdy parku
Oczywiście, wszyscy uczestnicy safari szukali głównych atrakcji – w przypadku Parku Yala są to słonie i lamparty. Po to przyjeżdżają tutaj turyści, więc przewodnik w każdym dżipie starał się doprowadzić swoich klientów do tych zwierząt.
Przewodnicy safari w kenijskich parkach narodowych, które zwiedzałam przed laty, uzbrojeni byli w silne lornetki i nieustannie wpatrywali się w sawannę. Dziś jest inaczej – przewodnicy w Yala nie muszą używać lornetek. Mają przecież telefony komórkowe. Podczas jazdy po wyboistych drogach parku nieustannie konferują w sieci z innymi przewodnikami i z centralnym biurem parku.
Turyści mają być zadowoleni, w Yala powinni więc zobaczyć słonie i lamparty, po to wydali kilkadziesiąt euro za dwu-trzygodzinną wycieczkę. Jeśli więc któryś z przewodników wypatrzy słonie albo lamparta, zawiadamia centralę, która instruuje innych przewodników. W efekcie przy „głównych atrakcjach” zbiera się na wąskiej drodze tyle dżipów z turystami, ile jest akurat w parku. W Yala jest ich sporo. Słonie oglądaliśmy więc, stojąc w długim korku.
Nasze słonie okazały się dość głęboko ukryte w zaroślach. Stado samic z młodymi żerowało; stłoczeni na drodze, słyszeliśmy, jak posapują i łamią gałęzie. Atmosfera w korku na drodze była dość nerwowa, bo nikt nie wiedział, czy słonie zdecydują się wyjść z gęstwy, w której nawet stado tak dużych zwierząt mogło się skutecznie ukryć. Co jakiś czas niedaleko drogi ruszały się gałęzie i migał nam jakiś fragment słonia; wtedy wszyscy wychylali się z aut i przygotowywali aparaty/kamery/komórki. Alarm okazywał się fałszywy. Słonie jadły dalej.
Są to jednak zwierzęta, które stać na uprzejmość – w końcu kilka samic z młodymi wyszło z gęstwy i przekroczyło drogę całkiem niedaleko mojego dżipa. Jestem im za to wdzięczna, bo gdyby zrobiły to w innym miejscu, nie miałabym okazji do zdjęć. Podczas safari tego typu turystom nie wolno wysiadać z samochodów.
Jeszcze tłoczniej było w miejscu, gdzie zauważono lamparta. Wielki kot – owszem, bardzo piękny i chyba najedzony – drzemał na konarze wysokiego drzewa. Miejsce drzemki było widoczne, ale dość odległe od drogi, którą w żółwim tempie posuwały się dwa sznury aut, blokując całą jej szerokość. Na tym odcinku drogi były dokładnie dwa miejsca, gdzie drzewa nie zasłaniały widoku na lamparta. Turyści w każdym z samochodów mieli najwyżej kilkadziesiąt sekund na zrobienie zdjęć. Byłam wśród szczęśliwców – udało mi się złapać parę ujęć. Przyznam jednak, że byłabym szczęśliwsza, gdybym mogła znaleźć sobie spokojne miejsce w kolczastym buszu i stamtąd poobserwować lamparta. Nawet bez zdjęć.

Mlilwane – antylopa blesbok | fot. Marta Tutaj

Na własnych nogach
Przed laty, na pierwszych safari w Kenii i Tanzanii, byłam zachwycona, że mogę patrzyć na zwierzęta z samochodu. Potem jednak zaczęłam to robić inaczej. W Suazi (dziś eSwatini), małym afrykańskim państewku, można było zamieszkać na terenie parku narodowego Mlilwane, i zwiedzać okolicę tak, jak się chciało – samochodem lub pieszo. Codziennie odbywałam jedno lub dwa safari na piechotę.
Park znajdował się na dawnych terenach myśliwskich króla Suazi, na pograniczu gór i sawanny. Poza krokodylami nie było tam większych drapieżników, ale nie brakowało antylop różnych odmian – od gnu i kudu po niale i impale. Były też zebry, guźce, małpy i wiele ptaków. Za najgroźniejsze zwierzęta uchodziły hipopotamy, które wieczorami wychodziły czasem z wody i lubiły spacerować w okolicach campingu. Ale, o ile mi wiadomo, nikomu z mieszkańców campingu nic się nie stało.
A wędrówka po okolicy dostarczała wspaniałych wrażeń. Wśród traw, nad którymi unoszą chmury ważek o pstrych skrzydłach, którymi ciągną stada gnu – zawsze w mgiełce podniesionego ciężkimi kopytami pyłu. Górskimi ścieżkami, na których można było spotkać krętorogie antylopy kudu, drogami, przy których pasły się guźce – dziwaczne świnie żyjące w norach. Przejazd samochodem nigdy nie zapewni takich wrażeń, jak siedzenie wśród stada niali i obserwowanie, jak antylopa karmi młode, a niedorosłe samce tuż obok ścierają się w pojedynkach na rogi. A wśród wysokich traw można znienacka stanąć oko w oko z pasącą się zebrą czy blesbokiem.
Wędrując zboczem góry, znalazłam się kiedyś w sąsiedztwie stada pawianów górskich, które przemykały wśród trawy jak rozpędzone kule, a ich wartownik – młody samiec na pobliskim drzewie – wydawał ostrzegawcze okrzyki. Leżąc na brzegu jeziora i obserwując ibisy, zauważyłam nagle, że tuż pode mną, mniej niż metr pod wodą, leży na dnie duży krokodyl – na szczęście chyba śpiący. Nic nie da się porównać ze świtem nad jeziorem, pod skarpą podziurawioną jak sito norkami czerwonych żołn. Tuż po wschodzie słońca te barwne ptaki wylatują z norek niemal wszystkie naraz, kolorową chmurą na chwilę zasłaniając niebo. Na drzewach przysiadają wokół czaple, ibisy, dzioborożce… O, tak. Takie safari naprawdę lubię.
Safari w Yala też miało jednak swoją premię. Wracaliśmy już o zmierzchu, przejeżdżając po drodze przez pobliski Park Bundala. Mój kierowca, trochę przewodnik-amator, zatrzymywał się chętnie przy stadach czapli, przy słonych jeziorach, odwiedzanych przez pelikany, a także przy przechodzących przez drogę żółwiach wodnych. Nad rozlewiskami świeciliśmy latarkami, by wypatrzyć krokodyle albo małe, nocne czaple. Z drogi podrywały się chmary nocnych motyli i całe stada lelków – nocnych ptaków o szerokich „paszczach”. W którymś momencie jak wędrowne skały przez drogę przeszły słonie – ciche i czarne na tle nieba…

Takie safari także lubię.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o