Ognie i rydwany bogów

0
343
Katmandu, fot. Marta Tutaj
REKLAMA

Na lotnisku w Delhi sprawdzająca nasze wizy urzędniczka, ubrana w białe sari z parą złotych wojskowych epoletów, olśniła nas bollywoodzkim uśmiechem: ‑ Ach, zostaniecie na Diwali…

REKLAMA

Diwali, Święto Lamp lub Święto Ogni (diwa lub dija w języku hindi to lampka oliwna, kaganek) zaczyna się w Indiach w listopadzie, po zakończeniu jesiennych zbiorów. Staroindyjskie miniatury, przedstawiające to święto, pokazują zwykle kobiety w ozdobnych sari, krążące z lampami w ręku wśród domów, a w ogrodach tryskają iskrami race. Światło kaganków ma zwabić boginię powodzenia, Lakszmi, lub wędrującego boga Śiwę. Inne patronujące Diwali bóstwa to Ganesha, mądry bóg z głową słonia, opiekun handlu i wszelkiego biznesu oraz Kriszna, patron każdej zabawy. Opieka bogów przynoszących szczęście i obfitość jest istotna, bo Diwali jest dla większości mieszkańców Indii i tradycyjnie, i realnie, początkiem nowego roku w handlu i biznesie. Ze względu na mnogość dekoracji i świateł (w ostatnich latach prócz tradycyjnych kaganków używa się także mnóstwa importowanych lampek choinkowych i sztucznych ogni) Diwali najbardziej chyba z licznych indyjskich świąt przypomina europejskie święta zimowe.

Bhaktapur, fot. Marta Tutaj

Na słodko

Choć od Diwali dzielił nas jeszcze ponad tydzień, widok lampek oliwnych towarzyszył nam już w drodze z lotniska. W ich świetle na straganach przy drodze sprzedawano ciepłe placki z ostrym sosem, owoce i świąteczne słodycze w jaskrawych kolorach.
Na Diwali przygotowuje się góry słodyczy. W sklepiku przy ulicy ‑ ciemnej wnęce w murze zamykanej drewnianymi okiennicami ‑ dwóch mężczyzn układało wprost na ladzie lepione ze słodkiej masy róże w jaskrawych barwach (szafranowa żółć i dziki róż!). Wokół leżały inne słodkości: laddu ‑ białe i żółte kulki z mąki grochowej, kolorowe kostki barfu – z mleka, cukru i przypraw, ociekające tłustym syropem brązowe precelki i barwiona na intensywny róż cukrowa wata. Nad piramidami słodyczy czarną, rozradowaną chmurą krążyły muchy, co dla turystów – o ile nie przeszkadzały im jaskrawe kolory łakoci – było zdecydowanie odstraszające.
Moja ciekawość była silniejsza, zaryzykowałam więc skosztowanie świeżo wyłożonej kostki barfi (której muchy – miałam nadzieję – nie zdążyły jeszcze skosztować!). Okazało się, że nie tylko z wyglądu ten swoisty smakołyk przypomina… mydło. Świąteczne barfi było mdłe i bardzo pachnące.
Z kolei laddu okazało się kleiście słodkie (jak dla mnie, lepsze). Laddu należy podobno do ulubionych słodyczy boga Ganesi, którego zaokrąglona postać symbolizuje dostatek.

Żywy skansen

Dzień przed Diwali byliśmy w Bhaktapurze, liczącym kilka stuleci mieście ‑ skansenie w pobliżu Katmandu (Nepal). Aby tam wejść – przedarłszy się przez tłum sprzedawców pamiątek, żebraków i samozwańczych przewodników ‑ trzeba kupić w kasie specjalny bilet. Miejsce jest jednak warte zobaczenia. Są tu malownicze świątynie o stromych dachach i krokwiach rzeźbionych w figury wielorękich bogów. Bram i schodów strzegą kamienne posągi słoni, wielbłądów, małp i ludzi ‑ orłów. Są tu zarastające trawą królewskie łaźnie, gdzie z kamiennych głów kobry tryskała dawniej woda, wypełniając baseny rzeźbione w motyw wężowej skóry.
W wąskich uliczkach, w wiekowych domach z rzeźbionymi oknami, wciąż mieszkają ludzie, żyjąc podobnie, jak przed setkami lat ‑ suszą ziarno, rozsypując je na miejskich placach i odwracając za pomocą drewnianych łopat, wypalają w kamiennych piecach cegły i gliniane figurki, rzeźbią w drewnie misterne szkatułki, wyplatają kosze, piorą w fontannach, handlują owocami i obrazkami malowanymi na jedwabiu. W Bhaktapurze kupisz wszystko, co uznawane jest za reprezentatywne pamiątki z Nepalu: młynki modlitewne, które ‑ obracane za pomocą ciężarka na łańcuszku, odmawiają za ciebie mantrę, figurki smoka z kości jaka, drewniane maski bogów i potworów, ozdobnie pakowaną herbatę, krzywe gurkhijskie noże, skamieliny i kamienie półszlachetne, srebrną biżuterię, marionetki o czterech rękach i dwóch twarzach… Nie dość tego ‑ skręcając w lewo od Ulicy Tragarzy znalazłam stragan z żywymi mangustami, które trzyma się w domach do polowania na węże. Stały tu stosy ciasnych metalowych klatek, w jakich małe drapieżniki na każdy ruch w pobliżu podrywały się, wydając wibrujący syk i pokazując przechodniom ostre i cienkie kły.
‑ Dobre dla dzieci, bardzo, bardzo oswojone! ‑ zapewniał sprzedawca.
Obok na chodniku stał tłum ceramicznych zwierząt ‑ od trzycentymetrowych drobiazgów po figury blisko metrowe. Były to świąteczne kaganki w kształcie ptaków, słoni, ryb i osłów. Kawałek dalej sprzedawano świąteczne lampki z różowego wosku, mające kształty rozmaitych bogów ‑ słoniogłowego Ganesi, Brahmy o czterech twarzach, Śiwy z mnogością rąk i Garudy, pół człowieka ‑ pół orła.
W sąsiedztwie pod drzewem odbywała się loteria fantowa ‑ główne nagrody przywiązano do drzewa. Pierwszą stanowiła czarna koza z sanskryckim napisem na rogach, drugą ‑ koza biała.

Bogini Kali, fot. Marta Tutaj

Zwierzęta i ludzie

W Katmandu, w okolicach naszego hotelu, na schodach apteki siedział chłopiec i malował czerwoną pastą chude psisko.
‑ Co robisz? ‑ zapytaliśmy.
‑ Maluję psa ‑ odparł chłopiec z cierpliwością, jaka należy się białym turystom. W hotelu objaśniono nam, że w drugim dniu Diwali czci się zwierzęta domowe, malując je jaskrawymi farbami i dekorując girlandami z kwiatów.
Malowany pies, jak się wkrótce przekonaliśmy, to detal. W Radżastanie, już w Indiach, ciągnęły wózki i dźwigały ciężary malowane wielbłądy i słonie. Widzieliśmy też stada białych wołów, których sierść w całości pokrywał pomarańczowy ornament; rogi miały pomalowane na czerwono i złoto.
Świątynie Katmandu odwiedzało przed świętem wielu wiernych ‑ wspinali się, jak my, dziesiątkami po schodach, wiodących ku białej stupie z wszechwiedzącymi oczami Buddy nad kopułą. Po drodze kupowali girlandy z pomarańczowych kwiatów, ziarno i ciasto pakowane w liście ‑ na ofiarę. A także orzeszki, którymi już na schodach karmili żyjące przy świątyni małpy. Na górze mnisi w bordowo‑żółtych szatach krążyli wokół stupy, obracając po drodze dziesiątki modlitewnych bębnów, a odświętnie ubrane rodziny ustawiały się w kolejki, by złożyć ofiarę w otaczających stupę małych świątyniach. Bóstwa z tych świątyń, jak nam wyjaśniono, chronią dzieci od ciężkich chorób. Wśród świątyń, posągów smoków i rusztowań z modlitewnymi młynkami dyskretnie przystawali rozmaici święci mężowie z żebraczymi miseczkami.
Nie brakowało przybyszów z Tybetu i Chin, w brązowo-purpurowych szatach i słomianych kapeluszach. Z maseczkami z gazy na twarzach, chroniącymi przed przypadkowym połknięciem jakiegoś drobnego stworzenia, modlili się wyznawcy dżinizmu. Grupa młodych Hindusek w odświętnych sari oddawała cześć ‑ dotykając dłońmi, czołem i ustami kamienia ‑ przybranemu kwiatami posągowi świętego byka.
Tuż za składającymi w świątyńkach ofiary pielgrzymami wędrowały małpy, wykradające dopiero co złożone u stóp bóstwa jedzenie. Za małpami szli mali chłopcy, z prawdziwie małpią zręcznością wyciągający przez kratę wetknięte w ryż drobne monety. Ani zwierząt, ani chłopców nikt nie przeganiał ‑ jak wyjaśnił nam pogodny mnich z żebraczą miseczką, znający trochę angielski, bogowie karmią w różny sposób tych, których zechcieli objąć swoją opieką.

Bogowie na granicy

Tej nocy miasto ‑ oglądane przez nas już z okien autobusu ‑ lśniło płomykami kaganków. Przed domami grano w karty, a na placach ludzie tańczyli przy akompaniamencie bębenków.
Rankiem, przechodząc na piechotę granicę indyjsko‑nepalską, mijaliśmy dziesiątki rydwanów bóstw ‑ umieszczonych na wózkach i przyczepach scen zestawionych z wielkich, dość kiczowatych kukieł, obrazujących wydarzenia z historii o bogach i bohaterach. Wśród kolorowych kotar niebieski Kriszna tańczył z wieśniaczkami wokół moździerza, Śiwa odcinał kolejne głowy czarnemu demonowi Rawanie, podczas gdy Sita wstępowała na płonący stos; Hanuman ‑ król małp machał ognistym ogonem, a jaskraworóżowy, ogromny Ganesia powoził rydwanem zaprzężonym w tuzin białych szczurów. Podczas wszystkich niemal świąt indyjskich rydwany takie wozi się przy dźwięku muzyki ulicami miasta, składa przed nimi ofiary, a następnie topi się figury w rzekach.
W Gorakpurze, pierwszej stacji kolejowej po indyjskiej stronie, restauracje były zamknięte z powodu święta. Świętowaliśmy więc kolejny dzień Diwali w garkuchni tuż przy ruchliwej drodze, jedząc puri – placki z ostro przyprawionymi warzywami. Przed zamknięte drzwi restauracji coraz to przybywali grajkowie zbierający datki ‑ choć nie przyjmowano klientów, zwykle ktoś uchylał wtedy drzwi, by przez szparę wysunąć drobny banknot lub miskę ryżu.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o