W podróży robię wiele zdjęć, które mają przypominać miejsca lub zdarzenia. Niektóre – czy ze względu na obiekt, czy okoliczności powstania – pozostają w pamięci bardziej niż inne. Takie okazje do pamiętnych zdjęć zdarzają się czasem także i podczas krótkich spacerów w najbliższej okolicy.
Dzioby i szpony
Kiedyś siedziałam w rozwidleniu drzewa i robiłam zdjęcia sikorkom, dla których na sąsiednim drzewie zrobiłam improwizowany karmnik, zatykając połówki orzecha w suche konary. Było to zimą, na śródpolnym bagienku, częściowo zamarzniętym, osłoniętym z jednej strony pasem suchych trzcin, z drugiej – bezlistnych krzewów. Siedziałam twarzą do trzcin i nie zauważyłabym całej sceny, gdyby nie sikorki, które nagle podniosły paniczny wrzask i – porzuciwszy karmnik oraz orzechy– skupiły się wokół drzewa, na którym siedziałam. Siadały całkiem blisko, czasem niespełna metr od mojej twarzy, i krzyczały, krzyczały…
Zaczęłam rozglądać się wokół. Okazało się, że dokładnie za moimi plecami, na leżącym na ziemi pniu, wylądował krogulec. Był to młody, ładnie wybarwiony samiec, który nie zwracał na mnie uwagi, bo był zajęty. W szponach ściskał drobnego ptaka – świeżo upolowaną ziębę.
Ptaki bardzo boją się krogulców, bo to łowcy podstępni i skuteczni. Są zresztą skazani na skuteczność. Samiec krogulca – rozmiaru średniego gołębia – zimą, by przetrwać, musi codziennie zjeść „ekwiwalent dwóch wróbli” – czyli 2-3 drobne ptaki albo jedną sierpówkę. Krogulce, łowcy głównie ptaków, zimą często polują przy karmnikach. Z zasadzki. Szkoda energii na latanie.
Wiedziałam wcześniej, że powalona wierzba na bagnie to jedna ze „skubalni” krogulca, bo zdarzało mi się znajdować na niej pióra. Ale prawdopodobieństwo, że krogulec siądzie tu w mojej obecności, było nikłe. A jednak!
Musiał być naprawdę głodny, skoro nie zważał ani na dziwnie wyglądające drzewo, gdzie siedziałam, ani na wrzeszczące sikorki. Wyrwał martwej ziębie nieco piór, ale niewiele, i szybko przystąpił do uczty. Zaczął od głowy ptaka, potem wyrwał lotki skrzydeł i w kilku kęsach połknął skrzydła i nogi. Na koniec powoli łykał wnętrzności, które chyba niezbyt mu smakowały. Ale zjadł starannie wszystko. Krogulce nic nie marnują.
Był to widok dla ludzi o mocnych nerwach, choć niewiele było krwi. Trochę piór fruwało na wietrze. Krogulec zjadł posiłek w mojej obecności, wytarł dziób i szpony o drzewo, i odleciał. Dopiero wtedy sikorki przestały krzyczeć.
Kiedy indziej obserwowałam znacznie bardziej efektownego ptasiego drapieżnika, rybołowa. Krążył nad stawem, niekiedy schodząc tak nisko, że muskał powierzchnię wody, i czasem podrywał się ze sporą rybą w szponach. Wtedy leciał z nią na gałąź drzewa, gdzie rozszarpywał i zjadał zdobycz. Niestety, nie miałam wtedy aparatu, tylko lornetkę, straciłam więc okazję do zdjęć. Rybołowa ze zdobyczą sfotografowałam dopiero w Egipcie, gdzie para tych ptaków polowała nad płytkim morzem tuż przy plaży.
Znikający gryzoń
Przy karmniku na bagnie zimą osiedliły się myszy polne, które zbierały rozrzucony przez sikorki słonecznik i okruchy orzecha. Wkrótce zauważyłam, że dołączyły i inne drobne zwierzęta, jak nornice czy ryjówki. Te ostatnie – najmniejsze ssaki Polski, nierzadkie, ale wściekle trudne do sfotografowania – stały się celem sesji na śródpolnych błotach.
Z ryjówką jest kilka problemów. Po pierwsze jest niebywale skryta, najchętniej porusza się korytarzami pod ściółką i suchymi liśćmi, skąd wychyla się na moment krótki jak mgnienie, by porwać okruch i zniknąć. Po drugie – ryjówka żyje w czasie innym niż człowiek. Jest nie tylko szybsza, niż migawka aparatu (przynajmniej mojego!), a także nieustannie drży, wibruje. Wiedziałam, że ostre zdjęcia mogą się okazać nieosiągalne. Toteż nagrywałam filmiki. Ale cóż… Kiedyś zmierzyłam czas ryjówce, która wypadła z podziemnego korytarza, przebiegła krótki dystans, złapała kawałek orzecha, pobiegła z powrotem i zniknęła. Cała akcja trwała 0,7 sekundy (!).
Jednak pewnego ranka jedna z ryjówek wyszła spod ziemi, by popracować zębami nad strąconą przez ptaki połówką orzecha. To był prawdziwy traf! Wgryzała się w orzech ponad 10 sekund, co pozwoliło mi nagrać filmik i zrobić kilka zdjęć, które ostatecznie okazały się nieostre, ale i tak byłam dumna z siebie i tej śmiałej ryjówki.
Ryjówka, zwana też sorkiem, ma z ogonem do 7 cm długości i waży 9 gramów.
Na pokrzywie i w zbożu
Jeszcze większym wyzwaniem okazał się krewniak ryjówki, rzęsorek rzeczek, który polował zimą w… ścieku. Ten maleńki drapieżnik to prawdziwy komandos – pływa i nurkuje w lodowatej wodzie, skąd wyławia sobie drobne rybki lub wodne owady. Jest ponadto – podobnie jak ryjówka – ssakiem jadowitym. I bardzo skrytym. Wypatrzyłam go kiedyś przypadkiem przy wypływie wody do rowu i – choć zdjęcia i tym razem nie wyszły dość ostre – także nagrałam podczas nurkowania.
Mój trzeci trudny gryzoń to badylarka – drobna, wspinająca się po roślinach, rudawa myszka. Widywałam w zaroślach jej okrągłe, plecione gniazda, ale oko w oko spotkałam ją tylko raz w życiu – i na szczęście miałam wtedy w ręku aparat. Zamierzałam sfotografować wspinającego się akrobatycznie na badyl ślimaka i weszłam w wysokie pokrzywy, gdy zobaczyłam tuż przy ramieniu siedzącą na łodydze myszkę. Na mój widok na chwilę skamieniała i zdążyłam zrobić kilka ujęć, zanim młoda badylarka odzyskała zdolność ruchu i szybko zbiegła po łodydze w dół, używając ogonków liści jak szczebli drabiny.
Oczywiście karmnik na bagnie odwiedzały i większe zwierzęta. Wiewiórki, regularnie podbierające ptakom orzechy, pozwalały mi się fotografować w bardzo różnych pozycjach i sytuacjach. Lisy, które miały rewiry na bagnie, podchodziły także całkiem blisko, a jeden z nich nawet bez lęku patrzył w obiektyw. Podejrzewałam, że we wczesnej młodości miał kontakt z jakimś fotografem przyrody. Koziołek sarny przychodził do karmnika na kukurydzę i jabłka. Kiedyś podszedł tak blisko, że niemal otarł się o mnie bokiem. Miałam wrażenie, że obliże obiektyw.
Najpiękniejsze spotkanie z sarną miałam jednak podczas spaceru skrajem pola pszenicy. Wiał wtedy silny wiatr – kłosy kołysały się i szemrały, gałęzie krzewów na miedzy łopotały na wietrze. Może dzięki temu udało mi się podejść tak blisko do koziołka, który stał w zbożu i skubał kłosy.
Robiłam zdjęcia bez maskowania, a on o mniej niż dwa metry ode mnie spokojnie jadł. Czasem podnosił oczy i patrzył – jak mi się zdawało – wprost na mnie. Ale wiatr robił swoje – w zbożu było tyle ruchu i szumu, że nawet płochliwa sarna przeoczyła i człowieka, i szmer migawki.













![Maksymilian Kwapień wrócił na scenę w Tarnowie [ZDJĘCIA] Maksymilian Kwapień](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/02/Koncert-13-218x150.jpg)










