Petra, dzień przedostatni

0
366
Domy w skałach | fot. Marta Tutaj

Przedhistoryczne miasto Nabatejczyków to jedno z najsławniejszych miejsc na Ziemi. Jedni znają je z filmu „Indiana Jones i ostatnia krucjata”, inni – jako archeologiczną sensację i jeden z najważniejszych zabytków na liście Cudów Świata UNESCO. To miejsce jest turystyczną Mekką Jordanii. Na długo przed Chrystusem żyli tu ludzie, którzy nie tylko rzeźbili monumentalne świątynie w skałach, ale też mieli w domach łazienki z bieżącą wodą i ogrzewanie podłogowe.

Od namiotów do domów z ogrzewaniem
Nabatejczycy początkowo podobno byli nomadami, żyjącymi w namiotach i – w jaskiniach. O tym, że zaczęli osiedlać się wśród skał w okolicach rzeki Wadi Musa, zdecydowały zapewne walory obronne tego miejsca, wprost niesamowite. Bez długiego wspinania się po stromych skałach do Petry czy raczej Rakmu – jak nazywali swoje miasto Nabatejczycy – dotrzeć można tylko jednym, wąskim wąwozem wśród wysokich, pionowych ścian. Przy wylocie wąwozu – tam, gdzie znajduje się sztandarowy zabytek Petry, wykuta w skale fasada Al- Chazny, czyli „Skarbca” (choć prawdopodobnie był to raczej monumentalny grobowiec) – garstka ludzi mogłaby powstrzymać armię. Było to też idealne miejsce do pobierania opłat od karawan, pragnących w bezpiecznym mieście Nabatejczyków skorzystać z odpoczynku, wody lub okazji do handlu.
Miasto próbowali zdobywać m.in. Pompejusz, Herod Wielki sprzymierzony z Kleopatrą czy cesarz rzymski Oktawian August – nie udało im się. Królestwo Nabatejczyków zachowało niezależność i zamożność przez kilka wieków (okres jego świetności trwał od ok. IV w. p.n.e. do I w. n.e.). Miasto miało własne akwedukty z ceramicznymi rurami, łaźnie i fontanny, świątynie, teatr rzymski i domy z ogrzewaniem pod podłogą (!) – w Muzeum Petry można zobaczyć rekonstrukcje. Niezwykły rozwój od koczowniczych namiotów. Petrę-Rakmu zdobył dopiero cesarz Trajan, a w czasach wojen krzyżowych – największy wódz Bliskiego Wschodu, Saladyn. Ale miasto mocno już w tym czasie podupadło, głównie za sprawą kilku trzęsień ziemi w I w. n.e.
W latach 60-tych XX w. zaczęli tu pracować archeolodzy. Miasto Nabatejczyków ponownie zachwyciło świat niezwykłą architekturą wykutych w skałach monumentalnych budowli. W 2007 roku Petra została uznana za jeden z siedmiu cudów świata pod patronatem UNESCO.

Czekające wielbłądy | fot. Marta Tutaj

Koronawirus niestraszny turystom
Do Wadi Musa, miasta w sąsiedztwie Petry, dotarłam 13 marca br. wprost z pustyni Wadi Rum. Pogoda tego dnia w całej Jordanii właśnie się popsuła, zaczęło mocno wiać i padać. Toteż po południu w Muzeum Petry (nowoczesny budynek z eksponatami z wykopalisk w Petrze i okolicznych osadach Nabatejczyków oraz multimedialnymi prezentacjami, dotyczącymi różnych etapów historii miasta) było sporo turystów. O groźbie koronawirusa przypominały maseczki, noszone przez część jordańskiej obsługi, nie przez wszystkich jednak. W Vistors Center przy głównej bramie kilku strażników piło herbatę, przyjaźnie zagadując przechodzących. Żartowali, że na następny dzień też życzą sobie deszczu, bo jest to piątek – w Jordanii dzień wolny, do turystów dołączą więc tłumy „weekendowych” Jordańczyków. Kiepska pogoda może zniechęci choć część tego tłumu.
Ranek wstał jednak słoneczny i przed bramą do Petry od rana stały długie kolejki. Szczęśliwie tuż przede mną jakiś miejscowy przewodnik wpadł na koncept, że wędrująca z nim duża grupa nie musi kupować biletów pojedynczo i wycofał z ogonka ponad 20 osób. Przy bramie do wąwozu As-Sic, znanego z filmu z Indiana Jonesem, przybito nam jeszcze na biletach pieczątki, i ruszyliśmy – jak niegdyś przemierzający pustynię kupcy – drogą Nabatejczyków.
Pracujący w Petrze Beduini – prawdziwi czy udawani – byli na zwykłych stanowiskach. Po drodze do Grobowca Obelisków – kiedyś prawdopodobnie świątyni – można było wynająć konie lub zaprzężone w nie dorożki. Pod „Skarbcem” na okazje do zdjęć lub przejażdżki czekały już wielbłądy (a raczej wielbłądzice – jeszcze dawno temu w Syrii dowiedziałam się, że turystom wynajmuje się tylko samice wielbłąda, łagodniejsze i bardziej posłuszne). Świeciło słońce i fasada „Skarbca” płonęła żywymi kolorami.

Świątynia Duszary | fot. Marta Tutaj

W drodze ku Grobowcom Królewskim
Od Al -Chazny do rzymskiego teatru i dalej, do świątyni boga Duszary, zwanej na użytek turystów Pałacem Córki Faraona (Kasr Bint Firaun), ciągną się liczne stoiska z pamiątkami, napojami i przekąskami, jaskinie pełne wielbłądów, osłów i mułów. Dziewczynki z zakrytymi kwefem twarzami sprzedawały pocztówki, chude psy z nadzieją łasiły się do grzebiących w pleckach turystów. Mężczyźni z identyfikatorami przy burnusach oferowali swoje usługi jako przewodników, a żołnierze w zielonych uniformach i chustach w czerwony rzucik fotografowali się z turystami i ogólnie „byli obecni”. Nie kupiłam wielbłąda z brązu, fajki wodnej ani malowidła z widokiem Petry i skręciłam w górską ścieżkę ku wykutym rzędem w skale Grobowcom Królewskim, a potem – w górę po kamiennych stopniach – ku punktom widokowym wysoko na górskim grzbiecie. Nabatejczycy musieli mieć wyjścia ze swego wąwozu ścieżkami przez góry, kiedyś zapewne znane tylko im. Dziś to w zwiedzaniu Petry „alternatywne trasy”, dostępne tylko z przewodnikiem. Moja ścieżka była trochę mniej uczęszczana, okupowana głównie przez jeźdźców na mułach (tylko te wierzchowce radziły sobie na górskich ścieżkach) oraz sprzedawców górskich cebul i… odłamków skały. Rakmu – nabatejskie imię Petry – oznaczało wielobarwność, różnokolorowość, i w skalnych komnatach Grobowców Królewskich zobaczyć można, skąd się to wzięło. Szarobrązowe z zewnątrz skały od środka znaczone są barwnymi pasmami, gdzie czerwień, biel, czerń, brąz i inne kolory łączą się w niezwykłe, naturalne desenie.
Ze skalnego grzbietu z imponującym widokiem wróciłam w dół, by przez ruiny Świątyni Lwów i chrześcijańskiego kościoła, w którym zachowały się mozaiki ze zwierzętami, dotrzeć z powrotem do nabatejskich świątyń i prowadzącej znów w górę ścieżki do bizantyjskiego Klasztoru (Ad-Dair) – budowli podobnej do „Skarbca”, lecz większej i chyba jednak mniej barwnej. Podejście jest raczej dla wytrwałych, choć przy skalnej ścieżce nie brak stoisk z suwenirami, kawą i sziszą. Schodzący z powrotem turyści tradycyjnie pocieszają wchodzących, że jeszcze „tylko kwadrans” czy „tylko kilka minut” – co motywuje do dalszej wspinaczki.
Na górze wiało i sypało piaskiem. W kawiarni z widokiem na Klasztor, siedziało wielu turystów. Spotkałam m.in. grupę Polaków zwiedzających Jordanię na rowerach. Podobnie jak mnie, odwołali im lot powrotny do kraju. Zastanawiali się, czy nie wracać drogą lądową, przez Turcję, ale aby tam dotrzeć, musieliby przejechać ogarniętą wojną Syrię. Ostatecznie przebukowali się na wcześniejszy lot – ten sam, co ja, na kilkanaście godzin przed zamknięciem jordańskich granic. Zastanawialiśmy się, czy spotkamy się na lotnisku.
Przez Wielką Świątynię i As-Sic wracałam już w deszczu. Po drodze do mojego hotelu właściciel sklepu z pamiątkami zaprosił mnie na herbatę i rozpalił gazowy piecyk, bym mogła się wysuszyć.
Petrę zamknięto trzydzieści godzin później.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o