Płynąc na Zaporoże

0
80
Zapora Ukraina
fot. Marta Tutaj
REKLAMA

Skrzetuski u Sienkiewicza płynął Dnieprem na Zaporoże kozacką łodzią, pokonującą bystrzyny i porohy. Ja oglądałam rzekę ze statku wycieczkowego niemieckiej produkcji, nazwanego “Akademik Głuszkow”, mającego na pokładzie dwa bary i restaurację, serwującą pięć (!) obfitych posiłków dziennie. Czterodniowy rejs kosztował 100 dolarów amerykańskich. A czasy właśnie się zmieniły…

Z Kijowa ku Czerkasom
Statek był pełen biznesmenów, bo wiózł misję handlową, zorganizowaną wspólnie przez ukraiński Klub Przedsiębiorców i krakowską Fundację Promocji Gospodarczej. Polskich biznesmenów przywieziono autokarem do Kijowa, skąd wyruszał “Akademik Głuszkow”. Biznesmeni ukraińscy wsiadali stopniowo po drodze, w miejscowościach nad Dnieprem, gdzie statek stawał w czasie rejsu. Wszyscy skupiali się w barach, intensywnie zajmując się “integracją” – która, jak wiadomo, wymaga alkoholu.

REKLAMA

Zaokrętowaliśmy się wieczorem, kiedy na bulwarach nad Dnieprem rozbłyskiwały neony typu „Casino”, „River Palace”,”Gucci” albo „Pizza” – wszystkie pisane grażdanką (!). Było to przed 2006 rokiem i była to Ukraina pretendująca do Europy. Wiele budynków i pomników przy głównej ulicy, Chreszczatiku, poddano niedawno renowacji – zabytkowe monastery lśniły w światłach reflektorów prawdziwie bajkowymi barwami, a między rzęsiście oświetlonymi mostami na Dnieprze ulokowały się drogie hotele i restauracje. Nad miastem jednak wciąż górowały: lustrzany łuk, upamiętniający połączenie Ukrainy z Rosją oraz monumentalny pomnik Matki Ojczyzny – stalowy posąg, przypominający odrobinę Statuę Wolności.

Rankiem, wraz z kolorowym mrowiskiem świateł Kijowa, Matka Ojczyzna została za rufą statku. Rejs zaczął się niemal sielsko. Wschodzące słońce barwiło na purpurowo gęste mgły na rzece. Na bojach, wyznaczających szlak żeglowny po Dnieprze, suszyły skrzydła kormorany. Piaszczyste brzegi z pochyłymi drzewami, czaple i mewy na mieliznach. Tu i ówdzie na falach kołysały się pojedyncze łódki – rybacy stawiali sieci w poprzek nurtu. Suszone drobne ryby, sprzedawane na wagę albo w opakowaniach, były lokalnym przysmakiem.

Brezentowe namioty, rozbite na brzegach (tereny campingów wędkarskich) nie zakłócały szczególnie wrażenia, że od czasów Sienkiewicza na Dnieprze niewiele się zmieniło. Wrażenie było jednak złudne – zza kolejnego zakrętu rzeki wyrosły wysokie kominy, portowe dźwigi i ściany blokowisk. Długa, porośnięta drzewami keja oddzielała od koryta rzeki port Czerkasy, gdzie stały załadowane węglem barki – statki najczęściej spotykane na tym odcinku Dniepru.

Historia Czerkasów sięga XIII wieku, jednak w mieście niewiele zostało z długiej historii. W pobliżu miejscowego bazaru, wczesną jesienią zasypanego arbuzami, bakłażanami i papryką, niszczała osiemnastowieczna kamienica; reszta zabudowy to lata pięćdziesiąte XX wieku. W Czerkasach był kiedyś historyczny cmentarz kozacki, jeden z najstarszych nad Dnieprem. W parku, który w radzieckich czasach urządzono na terenach cmentarza, budowano właśnie cerkiew.

Główną atrakcją stoiska z upominkami w miejscowym domu towarowym były kubki z malowanymi Kozakami; obok sprzedawano klocki lego i włoskie buty. Przed wejściem do domu handlowego dwóch młodych ludzi zachęcało do zdjęć – można się było sfotografować z pluszowym wilkiem z rosyjskiej kreskówki „Wołk i zajac”, ale też z Myszką Miki w złoto szamerowanym mundurze.

Nasz biały statek, zbudowany w latach 80. w niemieckiej stoczni w Rostoku, z portu Czerkasy wypłynął znów na szeroko rozlane wody Dniepru. Godzinę płynęliśmy wśród pól, łąk i trzcinowisk, zanim zza zakrętu znów wynurzyły się dymiące kominy, długie mosty i bloki – to Dniepropietrowsk, miasto prawie dorównujące rozmiarem Warszawie. W porcie, na tle lustrzanej ściany bankowego biurowca, ramiona dźwigów ładowały tony złomu na odrapane barki.

Na kei dla statków spacerowych śpiewał chór seniorów w prawie ludowych strojach. Obok dwie kobiety sprzedawały białe i czarne koszule, haftowane w ukraińskie wzory. Z baru na górnym pokładzie patrzyliśmy na zawieszone nad rzeką liczne mosty, huczące ruchem ulicznym.

– Nie wiem, czy należy aż tak zmieniać świat – zwierzyłam się Witalijowi, młodemu człowiekowi z Kijowa, obsługującemu bar.

Z barmańskim zrozumieniem uśmiechnął się znad napełnianej szklanki:

– Niet. Nie nada.

Nowa cerkiew w Czerkasach
Nowa cerkiew w Czerkasach | fot. Marta Tutaj

Lenin, Dymitr i Kozacy

Przed Zaporożem, niegdyś początkiem prawdziwych Dzikich Pól, teraz blisko milionowym miastem, dawniej były porohy – skały sterczące z koryta Dniepru, czasem tak wysokie, że powstawały między nimi wodospady. Dziś są tu głównie zapory i śluzy, umożliwiające pokonanie statkom zmiennego poziomu wody w korycie rzeki. W samym Zaporożu, tuż koło Chortycy – wyspy, na której była kiedyś pierwsza sicz, czyli warowna osada kozacka (wg „Ogniem i mieczem” Skrzetuski wpadł tu w ręce Chmielnickiego!), nurt rzeki przegradza ściana hydroelektrowni.

Obok port im. Lenina, nad którym wciąż w czasie mojej podróży górowała postać wodza radzieckiej rewolucji. Nie stracił popularności – na plantach wokół pomnika chętnie spacerowali mieszkańcy miasta, a pod wysokim cokołem młode pary tuż po ślubie składały kwiaty (!). Potem nowożeńcy i goście jedli hot dogi na ławeczkach pod pomnikiem – taka nowa świecka tradycja J.

Kilka skalistych wysepek w nurcie Dniepru ocalało – jak Chortyca. Czarne Skały, Wrota Chortycy, miejsce gdzie przybijały niegdyś kozackie czajki, są dziś rezerwatem przyrody.

Na stromych skałach rosły kępy żółtych kwiatów i suche trawy, nieco przypominające stepową roślinność. A z brzegów wyspy patrzyły w dal kamienne posągi o zatartych rysach, pamiętające czasy dużo dawniejsze niż Kozaczyzna – Chortyca to także miejsce licznych wykopalisk archeologicznych. W miejscowym Muzeum Kozackim umieszczono także znaleziska z czasów pierwszego osadnictwa na wyspach dnieprowych.

Na trawiastych stokach Chortycy spoczywały też ostatnie kozackie armaty. I stało kilka niewielkich, współczesnych pomników, upamiętniających co sławniejsze postacie Kozaczyzny. Jeden z nich poświęcono Dymitrowi Wiśniowieckiemu, który – choć książę! – chętnie uczestniczył w kozackich wyprawach i założył pierwszą sicz warowną na Chortycy. Przodek Jeremiego Wiśniowieckiego z „Ogniem i mieczem” był niespokojnym duchem – prowadził Kozaków na Ruś, na Krym, na Mołdawię i do Turcji. Wpadł też w końcu w ręce sułtana i skończył życie na palu, jako rozbójnik. Na pomniku, który wystawiono mu na Chortycy, ma po kozacku ogoloną głowę, wąsy, a w uchu kolczyk.

Skały Chortycy
Skały Chortycy | fot. Marta Tutaj

Od bazaru do plaży

W nowych czasach Chortyca została atrakcją turystyczną, odwiedzaną przez wycieczki, także zagraniczne. Kozaków we wszelkim wyborze – jako figurki szachowe i „matrioszki”, przyciski do papieru, dzwoniące zabawki dla dzieci, ornamenty w haftach albo postacie z kopii osiemnastowiecznych rycin – kupić można było na miejscowym bazarze. Wódka pod nazwą „Kozacka Rada” – z reprodukcją obrazu Riepina „Kozacy zaporoscy piszą list do sułtana” – sprzedawała się jak woda. Obok handlowano chlebem, mlekiem, jajkami i piwem, arbuzami, butami i nożykami do jarzyn, haftowanymi poduszkami, suszonymi rybami (a jakże!), a także żywymi kurczętami i… perskimi kotami (!). Pod budką z chlebem siedział mały, jasnowłosy chłopiec z niemowlęciem w ramionach, żebrzący o datki – głównie wśród turystów.

W trolejbusie, którym podczas krótkiej wycieczki “na ląd” jechaliśmy z powrotem do portu z Bulwaru Szewczenki (Taras Szewczenko, największy poeta ukraiński, jest tu wszędzie – na pomnikach, ulicach, gmachach, na burtach statków pływających po Dnieprze!), pasażerowie wypytywali, skąd jesteśmy, gdzie jedziemy i zapraszali do domu na kolację – jakby chcieli odreagowywać długą izolację. Przyjęliśmy kilka karteczek z adresami i numerami telefonu.

„Akademik Głuszkow” stał przy nadbrzeżu obok plaży w Zaporożu – piaszczystej, dość czystej, z niebieskimi parasolami. Mogłaby uchodzić za morską, gdyby nie stan wód rzeki – mętnych od zielonkawych sinic.

– Ryby są, ale woda nieczysta – tłumaczono nam już w Kijowie. Na plaży w Zaporożu nie było tłoku, ale kilka osób się kąpało.

– Misza – spytałam ochotniczego przewodnika, poznanego w trolejbusie. – Wy się tu kąpiecie?

– Da. My ukrepliajemsa protiw chołoda i chimiczeskich substanciej (Hartujemy się przeciw zimnu i substancjom chemicznym) – odparł z szerokim uśmiechem.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o