Przerwa w podróży

0
54
Przerwa w podróży
fot. Marta Tutaj
REKLAMA

Siedzieliśmy drugi tydzień na wyspie Tioman, bo fale były wysokie i promy nie kursowały. Nie jest to złe miejsce, jeśli się już utknie w podróży.

Tioman to wyspa przy wschodnim wybrzeżu Malezji, w odległości ponad 30 km od wybrzeża. Jest stosunkowo duża – prawie 40 km długości i ponad 10 km szerokości, z lekko górzystym centrum porośniętym dżunglą i kilkoma turystycznymi wioskami na wybrzeżach. Największa z nich, Tekek, ma nawet kilka dróg dostępnych dla samochodów (pozostałe nie!), małe lotnisko (nieczynne po sezonie), a także jeden bankomat i dwa sklepy wolnocłowe. Air Batang leży po sąsiedzku, o kilka kilometrów do przejścia plażą, nadmorskim bulwarem i ścieżką przez dżunglę. W sezonie, czyli od marca do października, bywa tu sporo turystów. Po sezonie, w porze monsunów, to – pomijając wiatry i deszcze – jedno z najspokojniejszych miejsc świata.

REKLAMA

Praktyczni Latynosi

Na Tioman kursuje prom z portu Mersing, ale po sezonie często zawiesza działalność i na wyspie można „utknąć” na dłużej. Tak zdarzyło się nam – grupce posezonowych, wielonarodowych turystów w Air Batang.

Byli więc Ian i Gwenda, para angielskich emerytów, przyjeżdżających na Tioman co roku. Było dwoje Argentyńczyków, moich sąsiadów; dziewczyna miała na imię Melina, bo jej matka pochodziła z Grecji. Pedro, chłopak, w odpowiednim kostiumie wyglądałby jak rasowy gauczo. Miał spory zapas yerba mate i parzył ją kilka razy dziennie w blaszanym kubku. Mate pije się przez rurkę, zwaną bombilla, ale że Pedro zgubił ją gdzieś w podróży, zrobił zastępczą bombillę z obudowy długopisu. Siedząc na malezyjskiej wyspie, na schodkach drewnianego bungalowu nad morzem, sączyliśmy więc po kolei mate… przez długopis. O dziwo, smakowała wspaniale.

Była też para z Brazylii: piękna, ciemnoskóra dziewczyna i chłopak, mieszkający i pracujący w Holandii. Brazylijczyk miał w bagażu dwa czy trzy długie noże i pętlę do wchodzenia na drzewa. Z tym ekwipunkiem wspinał się na palmy, mangowce i durianowce, i zaopatrywał nas w świeże owoce. W Air Batang w styczniu działały tylko dwie restauracje (w piątki jedną zamykano!), i to otwierane tylko rano i wieczorem. Kto chciał mieć lunch (Anglicy!), ten zamawiał rano więcej kanapek na wynos, albo odbywał długi spacer do Tekek. Na szczęście u Brazylijczyków zawsze były świeże owoce, którymi dzielili się chętnie, bo Paulo stale uzupełniał zapas. Brazylijczycy przynosili też owoce do restauracji, gdzie spotykaliśmy się wieczorem. Zwykle były to kokosy i mango, czasem banany albo pożywne, ale cuchnące owoce durianu. Towarzystwo przy stole uzupełniali Robert, Kanadyjczyk prowadzący na Tioman klub nurkowy, jego ładna i inteligentna narzeczona pochodząca z Nepalu oraz młoda Hinduska z USA – jedyna obecnie klientka na kursie nurkowania.

Owoce
Mango i muszle | fot. Marta Tutaj

Życie w deszczu

Pogoda na Tioman w styczniu była… tropikalna inaczej. Słońce pokazywało się tylko czasem, za to zdarzały się gwałtowne, wbijające w ziemię deszcze albo całodniowe mżawki. W grudniu, gdy nad Filipinami przeszedł cyklon, zawadzając i o Malezję, nad Tioman przechodziły całodobowe burze z piorunami i wiatrem na tyle silnym, by zedrzeć blachę z kilku domów w Air Batang. Przetrwaliśmy to w budynku dormitorium, gdzie mieszkali Brazylijczycy, trochę odsuniętym od wybrzeża.

Burzliwa pora miała jednak swoje zalety. Było ciepło, i jeśli tylko nie wiało zbyt mocno, można było pływać i korzystać z plaż, pustych teraz. Drobny deszcz nie przeszkadzał. Przy końcu plaży wiatr zwalił dwie palmy z młodymi kokosami, mieliśmy więc darmowy bufet – zrywaliśmy zielone kokosy, które Paulo otwierał swoim długim nożem, a my piliśmy słodki sok.

Mimo problemów z zaopatrzeniem był czas obfitości – dojrzałe mango leżały na ścieżce, bo zrzucały je zarówno małpy, wędrujące przez wioskę w dzień, jak i nietoperze owocożerne, żerujące w nocy. Dojrzałe kokosy z hukiem spadały z palm. Mieszkańcy wioski zbierali na plażach małże, wyrzucone przez fale na płyciznę. Łowienie ryb na Tioman zawsze było łatwe – wystarczyło wejść z kawałkiem sieci do wody i rzucić kilka razy…

Nie tylko ludzie żyli z drzew i morza. Na mangowcach i wysokich drzewach durianu żerowały całe rodziny makaków, pasiaste wiewiórki i duże nietoperze – „latające psy”. Nad morzem łowiły alcjony – duże szafirowo-białe zimorodki, czaple i orły morskie. W małym stawku za bungalowem Argentyńczyków pływały wężowymi ruchami wielkie jaszczurki – warany monitory, i brodziły ptaki. Tylko w tej jednej dziurze z wodą naliczyłam kilka gatunków czapli i dwa zimorodki, był także bączek – najmniejsza czapla, i kurki wodne.

Pod moim bungalowem, stojącym na palach, co wieczór przechodził w drodze do pobliskiej rzeczki jeżozwierz malajski. Czasem spotykałam go wieczorem koło mostku, jeśli wieczór był dość pogodny na spacer. W takie wieczory brzegi rzeczki rozbrzmiewały głębokimi głosami żab termitówek, kolorowych i niemal okrągłych, a ze względu na donośny głos zwanych „żabimi wołami”. Konkurowały z nimi cykady z dżungli, rzekotki, a czasem także toke, największe z gekonów, wydające nocą głosy przypominające kaszel i pokrzykiwania. Do cichszych sąsiadów należały małe gekony, biegające po ścianach, wędrujące po werandach ropuszki oraz nietoperze różnych rozmiarów, przemykające wokół domów jak cienie.

Maka i mango
Maka i mango | fot. Marta Tutaj

Sąsiedzkie spotkania

Z nietoperzem problem miał Anglik Ian, bo jeden z tych latających ssaków sypiał pod dachem nad jego werandą. Niestety, był to nietoperz owocożerny. Ian twierdził, że nie miałby nic przeciw owadożernemu sąsiadowi, bo po nim zostają na werandzie resztki posiłku, które można zwyczajnie zamieść. Natomiast odchody nietoperza owocożernego są nie tylko płynne i cuchnące, ale także o takim składzie chemicznym, że przeżerają deski werandy. Ian zbierał stare worki, które podkładał nietoperzowi. Ten jednak często w nocy zmieniał miejsce zwisu, toteż rano weranda w innym miejscu wymagała skrobania.

W dzień najgłośniej odzywały się – zwykle głębokimi, melodyjnymi gwizdami -dziko żyjące na Tioman gwarki. Mniej muzykalne majny, coś jak tropikalne kosy, trzymały się blisko ludzkich siedzib i chętnie korzystały z resztek. Czasem jadały z nami z jednego stołu. W kwitnących krzewach buszowały barwne nektarniki, zielone papugi, inny ptasi drobiazg i roje motyli.

Kiedy tylko pogoda pozwalała, zanurzaliśmy się w morzu, by patrzyć na podwodny świat. Rafa wokół Tioman została zniszczona, ale obecnie korale odrastają, a kolorowych ryb nigdy nie brak. Po piaszczystym dnie przemykają wielkie raje, drobne babki, wąsate sumy, zmieniające barwy mątwy i ośmiornice. W koralach ukrywają się nieprawdopodobne mureny o zębatych pyskach, drobne rybki w lśniących kolorach i pstrokate langusty. Nie brak większych stworzeń. Kiedyś, gdy unosiłam się w wodzie nad kępą korali, poczułam, że coś mnie dotknęło – obejrzałam się w sam czas, by zobaczyć rekina rafowego, na szczęście właśnie zmykającego. Kiedy indziej wzdłuż całego wybrzeża ścigała mnie podnawka – ryba przyczepiająca się za pomocą przyssawki do większych ryb i żółwi morskich. Prawdopodobnie podczas sztormu straciła dotychczasowego gospodarza i szukała… czegokolwiek większego, by się „podpiąć”.

Innego dnia w czasie pływania wyszłam na maleńką plażę na skraju dżungli, by odpocząć. Położyłam się na płaskim, rozgrzanym głazie i zdrzemnęłam chwilę. Ocknąwszy się, zobaczyłam, że obok, po sąsiedzku, leży na skale przypominający smoka waran monitor, który także chciał się ogrzać. Przez chwilę z bliska patrzyliśmy sobie w oczy, potem jaszczur zamigotał długim językiem i powoli zsunął się na piasek. Szkoda. Nie przeszkadzał mi.

Tego wieczora Paulo, częstując nas bananami, opowiadał, jak pół dnia śledził stado małp, by znaleźć palmy z dojrzałymi owocami. Pedro puścił w obieg kubek z yerba mate, a nepalska dziewczyna Roberta przyniosła placuszki z ziaren, które upiekła.

Siedzieliśmy drugi tydzień na wyspie Tioman, czekając, aż promy zaczną kursować. To naprawdę nie jest złe miejsce na przystanek w podróży.

REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments