Rendez-vous z żarłaczem

0
275
Zatoka na Perhentian | fot. Marta Tutaj

Rekinów boją się podobno wszyscy. Ja na pewno, choć nie zawsze tak było. W czasie pierwszej podróży na Galapagos pływałam tuż nad odpoczywającymi w płytkiej wodzie żarłaczami piaskowymi, i nie było w tym niczego mrożącego krew w żyłach.

Rekinowi rekin nierówny
Podobno zdarza się, że żarłacze galapagoskie atakują czasem ludzi, ale przy wyspie Genovesa, skacząc z łódki do krystalicznej wody, nie wiedzieliśmy o tym. A duże, powolne rekiny nie tylko nie próbowały nas straszyć, ale wręcz unikały kontaktu. Gdy dokazujący w wodzie holenderscy studenci próbowali się fotografować tuż przy nich, żarłacze poruszały płetwami i znikały w chmurze piasku… by zmaterializować się kilkanaście metrów dalej i znów zapaść w bezruch.
Co innego jednak rekin leżący na piasku, co innego aktywnie pływający i polujący. Zrozumiałam to z niezwykłą wyrazistością podczas samotnego pływania z maską w Indonezji, przy wysepce Pasir, na południu Sulawesi. Wynajęłam wtedy w porcie łódź rybacką, by dotrzeć na rafę, odległą od wybrzeża o kilkaset metrów. Tam zostawiłam rybaków w łódce, by z płetwami i w masce zanurzyć się w wodzie nad rafą.
Było pięknie. Pływałam wśród kolorowych rogatnic i koster, znalazłam kilka muren, zielono-różowe langusty i brzytewniki – drobne, podłużne rybki unoszące się na wodzie jak kawałki trawy morskiej. Byłam zajęta droczeniem się z zamieszkującymi ukwiał błazenkami, gdy pojawił się rekin.
Nie był zbyt duży – ledwie nieznacznie dłuższy ode mnie, na pewno poniżej dwóch metrów. Nie był też jakiś szczególnie przerażający – ot, jasnoszara, smukła ryba o ostrym pysku. Gładka, schludna i szybka. Bardzo szybka.
W tym właśnie problem. W wodzie wygląda to tak: rekin wypływa nagle z błękitu i znów znika w błękicie. Jeśli wszystko jest w porządku, to nie pojawia się więcej. Tak przynajmniej postępują przyzwoicie zachowujące się rekiny rafowe. Duże, eleganckie ryby, które widzi się tylko przelotnie. Pojawiają się i znikają. I tyle.
Rekin przy wyspie Pasir tak się jednak nie zachował. Nie tylko wrócił raz i drugi, ale w ogóle pojawiał się jakoś za często… I z różnych stron. I coraz bliżej.
Dość szybko uświadomiłam sobie, co się dzieje: ta duża, elegancka ryba pływa wokół mnie. Prawdopodobnie nie jest to dobry znak.

Wybrzeże Sulawesi | fot. Marta Tutaj

Ucieczka z wody
Próbowałam obracać się tak, by nie tracić rekina z oczu. Oczywiście, daremnie – w wodzie człowiek z płetwami może i nie jest całkiem bezradny, ale wobec mieszkańców morza, nawet znacznie mniej szybkich i zdecydowanych, niż rekiny, jest zwyczajnie niepełnosprawny. Efekt moich prób był raczej żałosny: rekin pływał wokół mnie, ja obracałam się wokół własnej osi, a mimo to nie nadążałam za nim – nawet wzrokiem. Nie było wątpliwości, kto kogo tak naprawdę obserwuje. Ani kto kogo – w razie czego – zje.
Rekin pojawiał się i znikał. W chwilach, gdy go widziałam, mogłam się zorientować, że nie rezygnuje i zacieśnia kręgi. Przyszło mi do głowy, że nie jest to chyba pospolity rekin rafowy – ten powinien mieć czarno znaczoną płetwę grzbietową. Mój rekin miał biały koniec szczytowej płetwy. Mało znałam się wtedy na rekinach i nadal mało o nich wiem. Ale znów miałam wrażenie, że to nie jest dobry znak.
Rekin był o jakieś trzy metry ode mnie – może, bo strach ma wielkie oczy, a maska zmienia nieco odległości – gdy zdecydowałam się stanąć na wysokim, niemal wystającym z wody koralowcu, i krzyknąć na drzemiących w łodzi rybaków. Na moje rozpaczliwe gesty włączyli silnik i podpłynęli do mnie. To prawdopodobnie rozstrzygnęło o przebiegu spotkania – rekinowi, którego kształt wciąż widziałam w wodzie z mojego stanowiska na koralowej wieży, najwyraźniej nie spodobał się dźwięk silnika i bliskość łodzi. Płynnie zawrócił i… zniknął w błękitnym mroku.
A ja – mimo że czasu do odpływu było jeszcze sporo – jakoś wolałam wsiąść do łodzi. I już darować sobie pływanie tego dnia.

W Australii i gdzie indziej
O tym, że boję się rekinów, przekonałam się rok później, pływając w zatoczce u wybrzeża Bali. Była to płytka zatoka ze skalnym dnem, porośniętym młodymi koralami. Znałam to miejsce, pływałam tam wcześniej i nigdy nie czułam się niepewnie, choć wiedziałam, że zaglądają tam czasem rekiny. Po spotkaniu przy wysepce Pasir dość jednak było, że mignął mi elegancki, szary kształt, a zaczęło dziać się ze mną coś dziwnego: nagle przyspieszył mi oddech, serce zaczynało łomotać, ruchy stawały się szybkie i chaotyczne. I mogłam skupić się już tylko na jednym: rozpaczliwie chciałam wyjść na brzeg.
Jeszcze gorzej było w Australii, gdy na wyspie Keppel, podczas pływania w bajecznej Monkey Bay (Małpiej Zatoce), dostrzegłam leżące na piaszczystym dnie długie, ciemne kształty z trójkątnymi płetwami grzbietowymi. Leżały spokojnie, czasem tylko wznosząc wokół siebie chmury piasku, i nie wykazywały zainteresowania moją osobą. Jednak na ich widok natychmiast wyszłam z wody. I nie zdecydowałam się wejść do niej ponownie, choć na plaży było gorąco.
Była to panika – jak okazało się wieczorem w schronisku – pozbawiona realnych podstaw. Ciemne kształty na dnie zatoki nie były bowiem rekinami. Jak wyjaśnił mi właściciel schroniska, pokazując dodatkowo ilustracje w atlasie – to były duże płaszczki. Nomen omen, rekinokształtne.
Gdybym je widziała pływające, rozpoznałabym to sama. Niestety, gdy leżały na dnie, ich szerokie dolne płetwy ukryte były w piasku, widać zaś było „rekinokształtne” grzbiety. Niepotrzebnie spanikowałam i straciłam okazję przyjrzenia się tym ciekawym stworzeniom.

Rekin rafowy | fot. Marta Tutaj

Moment zaskoczenia
Niestety, nie wyleczyło mnie to ze strachu przed rekinami. Napady paniki pojawiały się potem wielokrotnie w ciągu kilku następnych lat, przy chwilowych nawet i niegroźnych spotkaniach. A przecież nie boję się zwierząt tylko dlatego, że są duże czy wyglądają groźnie. Pływałam z wielkimi orleniami i z płaszczkami biczoogonowymi – choć wiedziałam, że te ostatnie mają kolce jadowe. Pływałam z mureną olbrzymią, która miała ze dwa metry długości, pysk pełen ostrych zębów, i wyglądała jak morski smok. Po spotkaniach z meduzami zostało mi nawet parę blizn, i choć takie spotkania bywały bolesne, nigdy z obawy przed nimi nie odmówiłam sobie kąpieli. Wielkim wargaczom, skarusom, barrakudom czy moim ulubionym karanksom lubiłam towarzyszyć, jeśli tylko mi na to pozwalały. Pływałam z wężami morskimi – niewątpliwie jadowitymi, choć z reguły nieinteresującymi się ludźmi. Spotkaniem z ośmiornicą, która udawała na płyciźnie kępę martwych korali, i która – gdy się o nią potknęłam – otworzyła mi się nagle u stóp do rozmiarów plażowego parasola, byłam po prostu zachwycona. Więc co, u licha, z tymi rekinami?!
Samopoczucie poprawił mi dopiero drobny incydent przy malezyjskiej wysepce Perhentian. Każdego ranka chodziłam tam popływać z maską w zatoczce z kolorowymi skałami, dnem z pokruszonych korali i wybrzeżem porośniętym palmami kokosowymi. Każdego też ranka spotykałam tam wielkiego strzępiela, którego nazwałam Scarface (Blizna), bo miał na pysku białawą bliznę, jakby po oparzeniu.
Nie był piękny: szaro-czarny, plamisty, z głową z jednej strony zniekształconą. Był jednak dzięki temu rozpoznawalny. Każdego ranka opuszczał kryjówkę wśród kamieni, by poddać się toalecie – czyszczeniu pyska, skóry i skrzeli przez drobne rybki czyściciele. Nie ułatwiałam im pracy – gdy podpływałam, strzępiel zwykle rezygnował z toalety i dawał szybkiego nura pod głazy. Wiedziałam jednak, że te duże ryby z czasem oswajają się z obecnością ludzi – w niektórych miejscach ich dokarmianie jest nawet atrakcją turystyczną. Miałam nadzieję, że trochę oswoję Scarface’a.
Pewnego ranka, wypatrując strzępiela, między głazami na dnie natknęłam się na rekina. Panika na jego widok po prostu mnie sparaliżowała. Może dlatego rekin nie zauważył mnie w pierwszej chwili – szukał czegoś przy dnie, wśród głazów. Toteż, gdy wypłynął zza głazu, znalazł się niemal dosłownie „nos w nos” ze mną, zawieszoną pod powierzchnią wody. Zobaczyłam jego tępo zakończony nos i małe oczy. Dzieliło nas może pół metra wody, a niżej – kawałek skały. Poczułam, że się duszę. Nie byłam w stanie oddychać.
To trwało ułamek sekundy. W następnym ułamku rekin spojrzał na mnie, zrobił błyskawiczny zwrot i odpłynął bardzo szybko, zupełnie bez dostojeństwa. Nie było wątpliwości. Przestraszył się i uciekł!
Odzyskawszy oddech, leżałam chwilę na wodzie, rozkoszując się świadomością, że udało mi się wystraszyć rekina. Nie wiem, czy wyleczyło mnie to do końca z rekinofobii (nadal nie przepadam za spotkaniami z tymi rybami sam na sam w wodzie). Ale myśl o rekinach nie powstrzymuje mnie już przed założeniem maski i wejściem do wody.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o