Równiny oswojone

0
Villavincencio Plaza Mayor
Villavincencio Plaza Mayor, fot. Marta Tutaj
REKLAMA

Podczas pobytu w Kolumbii chciałam zobaczyć llanos – trawiaste równiny u podnóża Kordyliery, gdzie gauchos (południowoamerykańska odmiana kowbojów) przeganiają stada bydła, gdzie wśród traw kopią wielkie mrówkojady, toczą się pancerniki i – może – przemykają duchy z literatury latynoamerykańskiej. Ruszyłam więc do Villavincencio, miasta nazywanego powszechnie w przewodnikach „Bramą Llanos.”

(Nie) Daleko od Bogoty

Dotrzeć nie było łatwo. Teoretycznie Villavincencio jest odlegle od Bogoty o niespełna trzy godziny jazdy, ale jest to jazda przez góry, drogą z mnogością tuneli. Wystarczy, że gdzieś na trasie zdarzy się wypadek, a policja zamyka odcinek drogi, którego nie ma jak objechać. Wypadki zdarzają się codziennie. Kolumbijczycy nie należą do ostrożnych kierowców.
Staliśmy ponad cztery godziny na zakręcie drogi przed wjazdem do tunelu. Góry wznosiły się wokół strome i mgliste. We mgle przed nami i za nami migotały światła samochodów stojących w gigantycznym korku. Z tej samej mgły wynurzyły się wózki sprzedawców kawy i arepy; sprzedawcy chyba też musieli stać gdzieś w korku, bo wokół nie było żadnych domów. Moja sąsiadka w autobusie, młoda dziewczyna, modliła się na głos i niezwykle żarliwie, by policjanci odblokowali drogę i żebyśmy JUŻ jechali. Miała, zdaje się, dotrzeć na imprezę do znajomych i obawiała się, że zabawa się skończy, zanim dojedziemy.
Dojechaliśmy grubo po zmierzchu. W moim hotelu mieszkało mnóstwo Bogotczyków, którzy przyjechali do Villavincencio na weekend. Wszyscy właśnie zaliczyli llanos tours, organizowane przez lokalne biura i agencje turystyczne, i byli bardzo zadowoleni. Wzięłam od nich kilka adresów i numerów telefonów. Sprawa wydawała się prosta.
Jak wkrótce ustaliłam, program powszechnie sprzedawanego llanos tour składał się z trzech części: z wizyty w Parque Los Ocarros, który był rodzajem zoo z okazami miejscowej fauny, potem w Parque Las Malokas, gdzie były areny dla kowbojskich pokazów i ekspozycje poświęcone tradycjom llanos oraz – na koniec – wizytę w miejscowej finca,(farmie), obejmującą degustację wina, jazdę konną (opcjonalnie) i – obowiązkowo – asado. To ostatnie było piknikiem z pieczeniem całego zwierzęcia na rożnie. Surowiec na asado – rozmaite zwierzęce tusze, od kur po krowy – można było w Villavincencio kupić wszędzie.
– A co z wyprawą na llanos? – pytałam. – Obserwacją zwierząt i ludzi, noclegiem pod gołym niebem, patrzeniem w gwiazdy?
Odpowiadały mi dyskretne uśmiechy i kręcenie głową. Nie, tego się raczej nie praktykuje. Dobry hotel, tak. Park kultury, tak. Asado, jak najbardziej. A co do gwiazd, to ostatnio pogoda jest raczej pochmurna.
Przy okazji dowiedziałam się, że na miejscowych gauchos w Kolumbii mówi się llaneros.

REKLAMA (2)
Zakorkowana droga, fot. Marta Tutaj

Z parku do parku

Do Parku Ocarros wybrałam się lokalnym busem następnego dnia i była to, owszem, zajmująca wizyta. Park to zoo, ale nie do końca – leży w lesie, wokół niewielkiego jeziora. Dzięki temu wiele ptaków wodnych, a także niektóre zwierzęta – jak wielkie iguany, leśne antylopy czy małpki saimiri, żyją na tym terenie swobodnie. Spędziłam w parku w sumie dwa dni, spacerując wokół jeziora i obserwując zwierzęta, przede wszystkim te „miejscowe”, związane ze środowiskiem llanos – mrówkojady, pancerniki, świnki pekari, czajki, wężówki czy wielkie anakondy.
Z kolei Park Kultury Las Malocas okazał się skrzyżowaniem areny rodeo ze skansenem i …elementami lunaparku. Spacerowałam wśród rozległych corrali dla bydła i koni, pastwisk, stajni – miejsc tłocznych zapewne w okresie rozmaitych fiestas, ale pustych w środku tygodnia, (jeśli nie liczyć kilku koni i mułów w stajniach). Obok wybudowano nowiutką rekonstrukcję pueblito de llaneros – wioski mieszkańców llanos, całkiem malowniczej z porośniętym kwitnącymi krzewami placem centralnym i piękną w swej prostocie kaplicą pod trzcinową strzechą (gdzie była wystawa związana z wizytą w Villavincencio papieża Franciszka). I to miejsce byłoby jednak puste, gdyby nie fakt, że rano w okolicy odbywały się jakieś manewry wojskowe i teraz w miejscowej restauracji roiło się od odpoczywających żołnierzy. Wypili podobno całą kawę. Poszłam dalej.
W kilku domach pueblito zgromadzono nieco pamiątek po czasach llaneros– zdobione siodła, derki i elementy uprzęży, szerokie kapelusze, boleas, czyli kule do rzucania i pętania bydła, gitary nietypowego kształtu i … harfy, na jakich podobno powszechnie grywano wieczorami w miejscowych fincas. Pilnujący małego muzeum strażnik nieprzychylnie przyjął projekt fotografowania eksponatów, więc przeszłam dalej – do przestronnego, ładnego parku pełnego tropikalnych roślin i …makabrycznych rzeźb.

Halloween po kolumbijsku

REKLAMA (3)

Była to ekspozycja obrazująca duchy i zjawy występujące w legendach llanos. Wśród odwiedzających park Kolumbijczyków ta swoista kolekcja cieszyła się dużym zainteresowaniem – przychodzili wyposażeni w zbiorki legend, czytali objaśnienia przy każdej figurze i robili mnóstwo zdjęć.
Jak dla mnie, przypominało to raczej lunaparkowy tunel duchów i potworów, tyle że stoją one w pełnym słońcu, w otoczeniu egzotycznej roślinności i kwitnących drzew. Ogród byłby ładniejszy bez tej szczególnej kolekcji jaskrawo pomalowanych rzeźb, ale cóż – de gustibus non disputandum.
Stoi tam m.in. kilka odmian brujas, czyli czarownic – przeważnie bardzo brzydkich, z długimi zębami, a czasem skrzydlatych. Jako Ognista Kula występuje duch kobiety, która w gniewie zabiła swoje dziecko. Juan Machete – zombie z wielkim nożem – w zamian za majątek zaprzedał duszę diabłu. El Silbon (Gwizdek) to człowiek z workiem kości, który straszy wędrowców gwizdaniem i prześladuje pijaków (!). Do bardziej oryginalnej kategorii należy El Tuy – gnom dosiadający łaciatej świni, który mści się na ludziach krzywdzących dzieci i zwierzęta oraz Jednonoga – duch wyciętych na terenie llanos drzew. W tej halloweenowej kolekcji straszydeł jest także postać historyczna, i to niezbyt wiekowa, bo z XX wieku – Rompellano, czyli Eduardo Fernandez. Był on najpierw w rabusiem w typie Janosika, potem przystał do rewolucji i stał się bohaterem narodowym, na koniec zaś w deszczową noc upił się w towarzystwie niewłaściwych ludzi – dwóch funkcjonariuszy tajnej policji. Został przez nich zamordowany, pochowany ukradkiem i w ten sposób dołączył do grona lokalnych duchów. Jak przystało na szlachetnego rozbójnika i rewolucjonistę, Rompellano broni ludzi krzywdzonych.
W tylnej części ogrodu, na niewielkim jeziorku, są jeszcze figury widmowego przewoźnika Juana de Los Rios i indiańskiej bogini – rusałki z tęczowym ogonem. Te akurat rzeźby spodobały się ptakom, które uwiły na nich gniazda. Można tam zobaczyć m.in. brązowo-żółte, hałaśliwe bentewi, złocisto-szare klinodziobki, żółte szafranki, niebieskie cukrowniki, a także kaczki na wodzie, wędrujące wśród trawy ibisy i polatujące kolibry. Zdecydowanie jest to najprzyjemniejsza część kolekcji strachów.

Alocas – kula ognia, fot. Marta Tutaj

Skórka z adwokatem

Zamiast asado postanowiłam skosztować dania dodającego kolorytu ulicom w Villavincencio, zwanego lechona (czyt. leczona). Serwowane w małych barach i na ulicznych stoiskach, bardzo przypominalo produkt asado – wyglądało jak upieczona w całości świnia o zrumienionej skórce. Trzeba jednak dodać, że z pieczonej świni lechona zawiera …głównie skórkę właśnie. Którą wypełnia się przyprawionym ryżem z curry, grochem i pieczonym mięsem. Porcję lechony (2-3 $) serwuje się na zielonym palmowym liściu, z białą arepą, czyli kukurydzianym plackiem i – koniecznie – chrupkim kawałkiem świńskiej skóry. Bardzo syte danie i smakuje nieźle, choć w spożyciu kawałka skóry pomógł mi nieco czatujący przy drzwiach kot – najwyraźniej amator lechony. Na deser miałam świeże, aromatyczne avocado. Przepraszam, aguacate. Nie należy się mylić. Avocado w Kolumbii oznacza adwokata (zawód, nie trunek).
Llaneros widziałam na ulicach Villavincencio – mężczyźni w kapeluszach z dużymi rondami, z przerzuconym prze ramię cienkim, płóciennym poncho. Nosili krótkie, drewniane laski owinięte rzemieniem. Sprzedawca lechony powiedział mi, że bez względu na wiek należy zwracać się do nich „caballeros”.
Poza tym, cóż… Stojąc na przystanku po drodze z Ocarros do Villavincencio, obserwowałam objeżdżanie koni przed niewielkim domem przy drodze. Dwóch młodych ludzi – nie wiem, czy llaneros, bo byli ubrani całkiem zwyczajnie, w T-shirty i bejsbolówki – ćwiczyło wskakiwanie na siodło i z siodła podejmowanie przedmiotów z ziemi. Albo kłusowali dookoła domu. Może chodziło głównie o to, by konie trochę się poruszały.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze