Światy ziołami pachnące

1
36
Kartynia
fot. Marta Tutaj
REKLAMA

Zanim bliżej poznałam Karyntię, najcieplejszą i najbardziej turystyczną części Austrii, zachwyciła mnie tam jedna rzecz. A może dwie. Już w Klagenfurcie, dużym mieście przemysłowym, stanowiącym „bramę” Karyntii, w samym centrum zobaczyłam ogromny piętrowy garaż, cały pokryty pnącymi roślinami. I trawniki miejskie sięgające powyżej kolan, kwitnące mnóstwem barwnych, polnych kwiatów.

Kwitnąca Karyntia
A był to ledwie początek. Wysokie, kwitnące łąki widywałam w Karyntii w centrum miast, na poboczach dróg i ścieżek rowerowych. Przydomowe podwórka i boiska szkolne pełne były kwiatów i wysokiej trawy. Czy to nie przeszkadza z nich korzystać? – pytałam. Ależ nie, odpowiadano. Jak jest mecz, to się trawę wykasza, odrośnie razem z kwiatami. Byle nie kosić zbyt często…

REKLAMA

Także pola karynckie i nieużytki wśród nich kwitły kwiatami. Na podmokłych terenach z wysokiej trawy wychylały się dzikie storczyki. Nawet w płytkiej strefie karynckich jezior – m.in. dużego, długiego Ossiachsee, przez które kursował prom – rosły łąki. Zatoki kwitły rdestem ziemnowodnym albo pokryte były listkami kotewki orzecha wodnego – rośliny, której owoce kiedyś jadano. W Polsce jest dziś bardzo rzadka, objęta ścisłą ochroną.

Grethe, moja gospodyni, ze swojego domku na stoku, przy zmywaniu czy gotowaniu oglądała przez szerokie okno kuchenne skalny masyw Mittagskogel. Była z tego widoku dumna, podobnie jak ze swojego piętrowego na stromym terenie, przydomowego ogródka. Najlepszą jego część, na spłachetku żyznej ziemi poniżej domu, przeznaczyła na zioła, których używała w kuchni.

Był tam lubczyk, melisa, bazylia, kolendra, trzy rodzaje mięty, był koper włoski i ogrodowy, był majeranek i kminek (dzięki czemu dowiedziałam się, jak wygląda jako roślina!), była szałwia i rozmaryn, ale także np. piołun i bylica pospolita – niezbędne podobno do mięsa i sałatek. Na skraju grządki nie zabrakło krzaczków dzikiej róży i jałowca. Grethe podkreśliła, że inne rośliny – jak tymianek, szczaw, rumianek czy dziurawiec – woli zbierać na łąkach. Dziko rosnące są podobno bardziej aromatyczne, intensywne w smaku albo skuteczniejsze leczniczo. Pytała, jakie zioła najczęściej rosną w Polsce. Niewiele umiałam jej powiedzieć.

W Polsce to jakoś nie wychodzi. Od kilkunastu co najmniej lat mówi się i pisze o pożytkach z łąk, od kilku lat obowiązują u nas dyrektywy unijne dotyczące wysokich zatrawień, od kilku lat zdarzają się nawet protesty w sprawach nieustannego w sezonie koszenia trawników… W kampanii na rzecz utrzymania łąk podkreśla się, że kosiarki do trawy produkują dodatkowy hałas i spaliny, że wysokie trawy i drzewa produkują znacznie więcej tlenu, niż niskie trawniki, chronią też przed pyłem, zanieczyszczeniami powietrza. Wpływają na klimat, obniżają latem temperaturę w miastach, i są bardzo, bardzo potrzebne pszczołom, których z kolei my potrzebujemy… Ale nic z tego nie wychodzi. My, Polacy, kochamy beton, bo nie zrzuca nasion i liści (!) A jeśli w sąsiedztwie domu czy bloku tolerujemy jakąś zieleń, to musi to być strzyżony przy samej ziemi trawnik, jak na stadionach… Łąka przy domu czy bloku, nawet maleńka, jakoś nie mieści się w wyobrażeniach statystycznego Polaka.

W Kartynii Mittagskogel
W Kartynii Mittagskogel | fot. Marta Tutaj

Safari w trawie

Kiedy byłam młodsza, spędzałam wiele czasu na łąkach. Wystarczyło usiąść w trawie i patrzyć uważnie dokoła, a człowiek czuł się jak na safari. Było to safari miniaturowe, ale tym niemniej fascynujące. Motyle sondowały długimi trąbkami kwiaty, obok pszczół z ciężkimi koszyczkami na nogach, pełnymi pomarańczowego pyłku. Przyłączały się dziwaczne muchy o białych twarzach i kolorowych odwłokach albo drobne, wyglądające jak klejnoty złotolitki. Ważka o oczach jak płynne światło konsumowała obok jakąś muchę, która mniej miała szczęścia… Na białe baldachy kminku czy marchwi wspinały się jaskrawoczerwone, czarno nakrapiane strojnice, jak postaci z karnawału. Cytrynowozielony pająk kwietnik złapał rudą, większą od siebie pszczołę, ale zanim zdołał ją obezwładnić, zdobycz opadły drobne, ciemne muchy-szakale… Niezrażone tym pasikoniki grały jak szalone na każdej łodydze, pocierając nogami wibrujące skrzydła. Osa klecanka, szczupła w tali jak… osa, starannie budowała z szarej celulozy wielokomorowe gniazdo. Trzmiele, moi ulubieńcy, w kilku odmianach barwnych i wielkościach, skrupulatnie badały kwiaty, czasem znikając całkiem w jakimś kielichu.

Rusałka na sadźcu
Rusałka na sadźcu konopiastym | fot. Marta Tutaj

Były też spotkania z roślinami. Na przykład znajdowałam gąszcz przytulii z drobniutkimi, białymi lub żółtymi kwiatkami. Jeszcze z czytanych w dzieciństwie baśni wiedziałam, że to roślina magiczna, bardzo nielubiana przez topielców i demony wodne – dzieciom wplatano ją we włosy lub zaszywano w ubraniu, by chronić je przed utonięciem. A roślina z niewielkimi kwiatkami o intensywnej granatowo-fioletowej barwie to farbownik lekarski. Naparem z niej leczono kiedyś choroby skóry, złamania i stłuczenia, a także barwiono alkohole i konfitury. A niepozorna roślina z dolnego piętra łąki, z fioletowymi kwiatkami, to bluszczyk kurdybanek – kiedyś w kuchni polskiej jedna z podstawowych przypraw: do kartoflanki, jajecznicy, mięs, twarogów, nawet do masła… Dziś jeszcze jest obowiązkowym dodatkiem np. do tradycyjnych dań wielkanocnych w Czechach. Jeszcze bardziej niepozorna lebiodka to nic innego, jak niezbędne w kuchni włoskiej, francuskiej czy meksykańskiej oregano. Ale także roślina lecznicza i magiczna – jedzenie jej miało m.in. poprawiać dobry nastrój oraz… zapewnić miłość ukochanej osoby.

Szałwia czy dziurawiec to już w ogóle roślinna arystokracja – od starożytności nie tylko leczono nimi prawie wszystko, od wypadania włosów po choroby serca, nerek czy wątroby… A moją ulubioną, stojącą wśród trawy jak kwitnąca świeca dziewannę, „ziele czarownic”, dodawano do jedzenia zwierzętom gospodarskim, by nie chorowały na płuca…

Można tak długo. Kiedyś świat nie był jak beton. Był dla ludzi pełen barw, zapachów, magii, życia i pożytków wszelakich – jak łąka.

REKLAMA

1
Dodaj komentarz

1 Liczba komentarzy
0 Odpowiedzi
0 Obserwują
 
Komentarze z największą ilością reakcji
Najbardziej negatywny komentarz
1 Autorzy komentarzy
  Ustaw powiadomienia  
NAJNOWSZE NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Powiadom o
Nikola

Ziółka są serio mega dobre na wszelkie dolegliwości watroby. Oczywiście dieta to podstawa, ale osłonowa piję sobie dwa razy w tygodniu hela vitale i czuję się serio dobrze 🙂