Świątynia Zęba i Drzewo Oświecenia

0
230
Świątynia Zęba | fot. Marta Tutaj

Dawno, dawno temu – 500 lat przed naszą erą – książę Gautama siedział pod drzewem figowca, medytował i doznał oświecenia. Stał się Buddą (przebudzonym), a drzewo, pod którym siedział, nazwano odtąd Bodhi (Drzewem Oświecenia). Sadzonkę tego drzewa przywiozła ponad sto lat później na wyspę Cejlon kobieta – królewska córka i mniszka buddyjska, Sanghamitta, a mieszkańcy wyspy stali się buddystami.

Wiele, wiele lat później – czyli całkiem niedawno, w grudniu 2019 roku – na schodach świątyni w Kandy siedziałam ja, przyglądając się, jak mieszkańcy wyspy świętują rocznicę przybycia na Sri Lankę (Cejon) Sanghamitty, drzewka Bodhi i buddyzmu.
Niedaleko mnie na kocu piknikowym u stóp świątyni siedziały starsza pani i dziewczynka, jej wnuczka; obie w odświętnych, białych strojach. Z książeczki wypełnionej pokrętnym drukiem syngaleskim, babcia czytała wnuczce o Buddzie, o świętym drzewie i o księżniczce, która przebyła morze, by posadzić pęd na tej wyspie. W codziennej gazecie, którą sprzedawano na deptaku wokół pobliskiego Jeziora Kandy, oprócz informacji o święcie zwanym Unduvap Full Moon Poya Day i świątecznych życzeń, zamieszczono obrazek, przedstawiający Sanghamittę, przekazującą sadzonkę Bodhi królowi Cejlonu. Jako że gazetę także wydrukowano alfabetem syngaleskim, obrazek to było wszystko, co mogłam z niej wyczytać – dobrze, że go zamieszczono.

Promenada przed świątynią | fot. Marta Tutaj

Drzewo pełni księżyca
Święto Poya Day związane jest, zgodnie z nazwą, z kalendarzem księżycowym. Przypada zawsze w dniu grudniowej pełni księżyca – w ostatnim roku był to 11 grudnia. Pełni co prawda nie zobaczyłam – gdy przyjechałam poprzedniego wieczoru do Kandy, padał ulewny deszcz, który ustał dopiero nad ranem.
Siedziałam więc, patrzyłam na tłumy odświętnie ubranych Lankijczyków i myślałam, że nie jest złym pomysłem, by religia przychodziła do ludzi z sadzonką długowiecznego drzewa. Naprawdę długowiecznego, ponieważ drzewo to, zwane dziś Jaya Sri Maha Bodhi, nadal rośnie w klasztorze Mahavihara, w Anuradhapura – jednej z dawnych stolic Sri Lanki. Jest najstarszym drzewem świata o udokumentowanym rodowodzie – jego „życiorys” zapisywano przez wieki w klasztornych księgach. Według tych zapisów, liczy sobie dziś dobrze ponad dwa tysiące lat.
Botanicznie drzewo Bodhi jest gatunkiem figowca, znanym nauce jako figowiec pagodowy lub ficus religiosa. Figowce to silne i wytrzymałe drzewa, rozrastające się nie tylko przez konary i korzenie podziemne, ale i korzenie podporowe, tworzące filary i ściany otaczające drzewo z zewnątrz. Dzięki temu drzewo tworzy w zasadzie własne środowisko, skutecznie konkurując z innymi roślinami o wodę i światło. W starych figowcach czasem osiedlali się ludzie, budując własne domy między ścianami stworzonymi przez drzewo. W Indiach można spotkać całe wioski, wmontowane w pojedyncze drzewo figowca (!).

Święty ząb i królowie
Dodajmy, że schody, na których siedziałam, należały do najważniejszej świątyni buddyjskiej na Sri Lance, a także jednej z najsławniejszych na świecie, objętej od lat osiemdziesiątych patronatem UNESCO. Sri Dalada Maligawa w Kandy, znana też jako Temple of Sacred Tooth Relic, to świątynia wybudowana dla najważniejszej relikwii buddyjskiej na Sri Lance – zęba Buddy, który ma na wyspie znaczenie nie tylko religijne. Odkąd bowiem ząb trafił z Indii na Cejlon – a było to na początku IV wieku n.e.– zawsze było tak, że ten, kto miał tę relikwię, dzierżył też władzę. Tylko król sprawujący opiekę nad świętym zębem mógł panować nad całą wyspą.
Tak się składa, że Cejlon zawdzięcza tę relikwię także kobiecie, i też córce królewskiej. Ząb Buddy przywieźli z Indii księżniczka Hemamali, córka króla Guhasivy, i jej mąż, książę Dantha – ich podobizny widnieją dziś na wiszących w Świątyni Zęba starych malowidłach oraz na pomniku przed świątynią. Według legendy, księżniczka przemyciła relikwię z Indii, ukrywając ją w swoich włosach. Przekazała potem relikwię królowi Sirimeghavannie, panującemu wówczas w Anuradhapurze. Ten władca pierwszy ustanowił i zapisał obowiązek opieki monarchy nad relikwią; odtąd też święty ząb stał się symbolem władzy nad wyspą. Wraz z władcami relikwia wędrowała do kolejnych stolic królestwa – w Pollonaruvie, Dambadeniyi, Kotte, Ratnapurze, wreszcie w Kandy. Każdy sprawujący władzę starał się być jak najbliżej świętego zęba i budował dla relikwii świątynie tuż obok swej siedziby. Także w Kandy świątynia znajduje się w sąsiedztwie królewskiego pałacu.

Pomnik księcia i księżniczki | fot. Marta Tutaj

Niełatwa droga pielgrzyma
Relikwia zęba Buddy przechowywana jest w osobnej kaplicy i w specjalnym relikwiarzu, który odsłaniany jest – przy muzyce bębnów i z odpowiednim rytuałem – trzy razy dziennie. Raz w tygodniu – w środy – odbywają się też symboliczne kąpiele relikwii w pachnącej wodzie z kwiatami i ziołami. Po tej kąpieli woda jest rozdzielana między obecnych – uważa się, że ma moc uzdrawiającą. Rytuałów tych nie widziałam, ponieważ w czasie Poya Day przez świątynię nieustannie przetaczał się pochód pielgrzymów, którzy modlili się, składali ofiary z kwiatów, owoców i napojów oraz… robili sobie w różnych sytuacjach rodzinne selfie.
Także na skwerze przed świątynią nieustannie falował tłum, bo wejście do Świątyni Zęba nie jest wcale takie proste. W przeciwieństwie do turystów, którzy słono płacą za wstęp (ok. 3 tys. rupii, co jest równowartością wynajęcia w Kandy pokoju na dwie noce), lankijczycy wstęp mają wolny, ale po dwukrotnej kontroli bezpieczeństwa, obejmującej prześwietlanie torebek i bagaży, a czasem i kontrolę osobistą. W latach 80-tych i 90-tych XX w. świątynia dwukrotnie została częściowo zniszczona – w wyniku bombardowania i zamachu (starannie ją odbudowano). Także później udaremniono podobno parę prób zamachów na świątynię i znajdującą się w niej relikwię. Toteż wejście odbywa się przez „wąskie gardła” bramek kontrolnych. Ponadto na teren świątyni wchodzi się boso – dla butów turystów jest specjalna, płatna przechowalnia, oznaczona „only for foreigners”. Zadziwiające, ale na Sri Lance można wciąż zetknąć się z taką formą segregacji, i to całkiem legalnej – widywałam tak oznaczone hotele, restauracje, kluby itd. Nie udało mi się ustalić, co robili ze swoimi butami pielgrzymi lankijscy – nie było w okolicy świątyni szatni „tylko dla miejscowych”.
Po tego typu „atrakcjach” wolałam więc po prostu usiąść na schodach i obserwować Lankijczyków przy święcie. Przez ozdobiony flagami świątynnymi skwer nieustannie maszerował pochód nowych przybyszów: kilkupokoleniowe rodziny, otoczone wianuszkiem dzieci, młode małżeństwa niosące śpiące niemowlęta, kilkudziesięcioosobowe zbiorowe wycieczki, uzbrojeni w kamery i niepewnie kroczący na bosaka turyści, kobiety w sari, mężczyźni w białych koszulach i dziewczynki w odświętnych białych bluzkach, wreszcie mnisi w szatach o różnych odcieniach żółci, oranżu i czerwieni albo buddyjskie mniszki o ogolonych głowach, ubrane na biało. Wszyscy zdążali ku świątyni, niosąc ofiary i dary dla mnichów, ale po drodze stali w kolejkach do bramek, siadali na schodach, by odpocząć czy porozmawiać, albo jedli posiłki, siadając na trawnikach po obu stronach promenady świątynnej.
Robiłam im zdjęcia. Potem wracałam przez przejście podziemne w centrum Kandy, które właśnie nabierało kolorów. Grupa ochotników wykorzystała wolny dzień grudniowej pełni księżyca, by pokryć ściany korytarzy pod ruchliwą jezdnią muralami z motywami ptaków, słoni i tancerek. Znalazł się tu też, a jakże, obraz z motywem Świątyni Zęba.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o