Syryjskie miasto chrześcijan

0
73
Syryjskie miasto
fot. Marta Tutaj
REKLAMA

Maalula to miejsce, które udało mi się zobaczyć jeszcze przed wojną w Syrii. Nie wiem, na ile się dziś zmieniło i czy przetrwa wojnę – kilka lat temu domy i klasztory Maaluli zostały zniszczone i splądrowane, miała tam też miejsce bitwa, w wyniku której siły rządowe odbiły miasto.

Syria leży poza ścisłym obszarem Ziemi Świętej, ale jest tam wiele miejsc związanych najściślej z życiem Jezusa i świętych. W drodze do Jerozolimy Jezus przeprawił się np. przez jezioro Genezaret (w Syrii zwane Kenneret); na jego brzegach rozmnożył chleb i dokonał licznych uzdrowień. A o niecałą godzinę drogi od Damaszku znajduje się jedno z ostatnich miejsc na Ziemi, gdzie do dziś usłyszeć można język, w którym rozmawiał i nauczał Chrystus – liczący ponad trzy tysiące lat temu aramejski. To właśnie Maalula, sanktuarium syryjskich chrześcijan.

REKLAMA

Rozmowa przy chlebie

Wtedy, przed wojną, pojechaliśmy tam mikrobusem z Damaszku W mikrobusie obok nas siedział człowiek w wytartej kurtce, wiozący na kolanach stos chleba. Syryjski chleb ma kształt dużych, miękkich placków, składanych w stosy. Je się taki chleb, odrywając kawałki i maczając w stanowiących miejscową specjalność „dipach” z przyprawami – najpopularniejsze z nich to sojowy hummus, bakłażanowy mutabel albo zatar – najsmaczniejsza bodaj, specjalna mieszanka ziół z sezamem i oliwą. Syryjski chleb to prawdopodobnie te same podpłomyki czy “placki przaśne”, które jadali Chrystus i jego uczniowie.

Człowiek w mikrobusie, ten z chlebem, był głuchoniemy, co nie przeszkadzało nam rozmawiać. Syryjczyk zapytał nas gestem, gdzie jedziemy – gdy powiedzieliśmy, w gestach także wygłosił pochwałę Maaluli. Damaszek – pokazał za siebie – jest malutki-malutki, ciasny-ciasny (nasz rozmówca stulił place dłoni). Maalula (wskazał przed siebie na grzbiet górski) ma dobre powietrze ( głęboki, błogi wdech), dobrą wodę (gest picia), wielkie serce (dłoń na piersi, szeroki gest). Wysiadając, dostaliśmy po świeżutkim podpłomyku.

Przejście dla świętej Tekli

Są miejsca, które już z daleka wyglądają jak szczególne punkty na Ziemi, i Maalula do takich należy. Jadąc przez płaskie, półpustynne syryjskie równiny zobaczyliśmy nagle przecinające drogę, skaliste pasmo górskie, wyglądające jak grzbiet monstrualnego, zagrzebanego w ziemi smoka. To był próg Antylibanu – kamiennych, nagich gór, które z wyglądu wydają się równie stare jak Ziemia. Domy, kościoły i klasztory Maaluli piętrzyły się na spadzistych ścianach półokrągłego zagłębienia w górskim paśmie, przyklejone w nieprawdopodobny sposób do skał i do siebie nawzajem.

Po aramejsku Maalula oznacza „wejście”. Nazwę tę nadano wiosce podobno od wąskiego, skalnego wąwozu, łączącego dwa najsławniejsze miejscowe klasztory – świętej Tekli oraz świętych Sergiusza i Bakchusa. Szczelina w skałach, w której z trudem dwie osoby może iść obok siebie, powstać miała, według legendy, w sposób cudowny, gdy św. Tekla – córka patrycjusza z Ikonium w Azji Mniejszej i uczennica św. Pawła – uciekając przed prześladowcami (jako chrześcijankę skazano ją na spalenie), natrafiła na nieprzebyte góry. Skały jednak pękły i utworzyły przejście, by mogła uciec. Legenda mówi też, że ostatnie lata życia św. Tekla spędziła właśnie w Maaluli, dokonując licznych uzdrowień i żyjąc w skalnej grocie u wylotu wąwozu, gdzie potem powstał klasztor.

Klasztor i kościół św. Tekli do nowożytnych czasów pozostały miejscem pielgrzymek chrześcijan i sławnym miejscem uzdrowień. Siedzieliśmy tam na wciśniętym między skalne ściany dziedzińcu z mozaikowymi obrazami, staliśmy przed grotą z omszałymi drzewami, gdzie podobno żyła św. Tekla. Biło tam źródło – podobno uzdrawiające – z którego pili przybywający tu pielgrzymi.

Woda w Maaluli była zresztą naprawdę dobra – wszyscy pili ją wprost z cementowych rynien na poboczach drogi, skąd spływała z górskich źródeł.

Nie umiem sobie wyobrazić tych miejsc dziś. W 2013 roku, w okresie, gdy Maalulę zajęli rebelianci, klasztor splądrowano i uprowadzono żyjące tu zakonnice. Zniszczono też wówczas wiele domów mieszkających w mieście chrześcijan. Chrześcijanie to syryjska mniejszość religijna – niewiele ponad dziesięć procent ludności. Tylko w Maaluli i dwóch jeszcze innych miastach stanowili istotną cześć populacji.

Syryjskie miasto
Maalula | fot. Marta Tutaj

Święci żołnierze

Stojąc o zmierzchu u stóp klasztoru w Maaluli, słuchaliśmy odzywających się w kościołach dzwonów, co jest niezwykłą odmianą po dominujących w innych syryjskich miastach nawoływaniach muezinów. W sklepikach poniżej klasztoru sprzedawano różańce z półszlachetnych kamieni i kolorowo malowane medaliony, przedstawiające Matkę Bożą i chrześcijańskich świętych, w otoczeniu fragmentów modlitw, zapisanych po arabsku i aramejsku. Te religijne pamiątki dla europejskiego oka wyglądały zdecydowanie egzotycznie. Potem wąwozem i grzbietem wzgórza z klasztoru św. Tekli przeszliśmy do najstarszego w Maaluli klasztoru św. Sergiusza i św. Bakchusa. Obaj patroni tego miejsca byli oficerami armii rzymskiej i ulubieńcami cesarza Maksymiana – do czasu, gdy odkrył, że są chrześcijanami. Za odmowę składania ofiar rzymskim bogom obu żołnierzy publicznie torturowano i uśmiercono. Ich śmierć datuje się na 303 rok n.e. Klasztor w Maaluli powstał ok. dziesięć lat później, należy więc do najstarszych na świecie. Naukowcy potwierdzili, że drewno, z którego zrobiono zabytkowe drzwi kościoła, ma około dwóch tysięcy lat!

Nie ma pewności co do wieku kamiennych ołtarzy bardzo nietypowego kształtu. Co ciekawe, jeden ze znajdujących się w kościele obrazów – podwójna ikona, przedstawiająca w dolnej części scenę Ostatniej Wieczerzy – pokazuje Chrystusa i jego uczniów przy stole łudząco przypominającym te nietypowe ołtarze.

Pierwotnie pokrywające ściany świątyni freski zachowały się tylko we fragmentach. Kościół posiadał zbiór cennych, często starożytnych ikon. Najsłynniejsza z nich – ikona Najświętszej Dziewicy z Dzieciątkiem – według tradycji ma być kopią wizerunku namalowanego przez św. Łukasza Ewangelistę.

W niskim, kamiennym kościele obejrzeliśmy kilka obrazów, przedstawiających patronów klasztoru, Sergiusza i Bakchusa. Na najciekawszym jeden ze świętych miał nienaturalnie dużą dłoń, okrytą ozdobną koszulką ze srebrnej blachy. Miało to symbolizować pomoc i ochronę, jaką mieszkańcom górskiego sanktuarium zapewniają święci.

W skałach powyżej klasztoru ciemniały czarne otwory. Były to wejścia do słynnych „skalnych domów” Maaluli – być może starożytnych grobowców albo schronień pierwszych chrześcijan. Wspięliśmy się do kilku z nich – były w nich komórki albo stajnie dla osłów i kóz. W niektórych grotach zachowały się jednak resztki pieców i kamienne ławy do spania, świadczące, że kiedyś mieszkali tu ludzie.

Przy klasztorze św. Sergiusza spotkaliśmy dwie ładne, ciemnookie dziewczęta, inne od typowych Syryjek. Po pierwsze, nie miały włosów przykrytych muzułmańskimi chustami, po drugie, zagadnęły nas same i bez oporów rozmawiały po angielsku. Były lokalnymi przewodniczkami; oprowadziły nas po kościele, opowiadając o zgromadzonych tu zabytkach. Usłyszawszy, że jestem z Polski, zaprowadziły nas do ikon podarowanych klasztorowi przez generała Władysława Andersa. Na koniec zaś, pochylając głowy przed jednym z ołtarzy, nasze przewodniczki odmówiły „Ojcze nasz” w języku aramejskim.

Niektórzy – powiedziała jedna z nich – przyjeżdżają do Maaluli specjalnie po to, by usłyszeć ten język.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o