Szlakiem Inków

0
237
Świątynia Wody - fot. Marta Tutaj

Machu Pichcu, Zaginione Miasto Inków, ich ostatnie podobno schronienie i twierdza, nie jest dziś miejscem ani niedostępnym, ani odludnym. Ciągną tu rzesze turystów z całego świata, piją piwo i jedzą hamburgery w restauracji przy wejściu, robią sobie miliony selfie na tle prehistorycznych ruin. Nie wszyscy jednak docierają tu najdłuższą drogą – pieszo, przez góry.

REKLAMA

Do Machu Picchu można dotrzeć na kilka sposobów – na przykład pociągiem z Cuzco albo autobusem z Aguas Calientes. A także pieszo, z plecakiem, szlakiem Inków przez góry. Pierwsze dwie drogi zajmują od kilku godzin do dwóch dni. Piesza trasa trwa do tygodnia, jest też droższa i wymaga wyrzeczeń.

Coca, mate i eukaliptusy
Decydując się na pociąg i autobus nie zobaczysz jednak słynnego Szlaku Inków, Świątyni Księżyca czy Miasta Wody; nie pokonasz położonej powyżej 4000 m n.p.m. Przełęczy Martwej Kobiety, przy podejściu do której oddycha się już na sposób wysokogórski. Być może nigdy też nie skosztujesz gotowanej juki i mate de coca z czajnika nad ogniskiem.
Nasza dość mieszana grupa (Francuzi, Polacy, Szwajcarzy, Holendrzy, Flamandowie, Peruwianka i Brazylijki) wkroczyła na Szlak Inków w październiku, na początku andyjskiego lata. W dolinach wszystko wtedy kwitnie: kaktusy, drzewa, krzewy i sukulenty w rozwidleniach gałęzi. Wyżej w górach kwitnie wszystkimi barwami nawet mech na skałach, a kolibry otaczają mgiełką skrzydeł dziwne rośliny, przypominające turkusowo kwitnące maczugi.
Pierwszego dnia wyruszamy z wioski Ollantaytambo, przekraczamy po wiszącym moście rzekę Urubamba i wędrujemy coraz wyżej, do doliny rzeki Llullucha, oglądając po drodze ruiny inkaskiej osady na zboczu Llactapata. Ciekawostką szlaku są drzewka eukaliptusowe, które – przeniesione z Australii – przyjęły się w Andach. Spotkani po drodze mieszkańcy wiosek nad Urubambą sprzedają wełniane skarpety, jabłka, butelki z wodą, a także cocę w liściach i w czarnych zlepkach, przypominających gumę do żucia. Yannic, student z Francji, próbuje tej „gumy” i długo potem spluwa czarną śliną. Papkę z liści zmieszano z mąką, popiołem i nie wiadomo czym.

Początek szlaku – fot. Marta Tutaj

Przed przełęczą
Próba czeka nas drugiego dnia: podejście na Paso Warmiwanusca, Przełęcz Martwej Kobiety. W słońcu po zimnej nocy temperatura szybko rośnie. Koło południa jest na tyle gorąco, że biorę kąpiel w lodowatym strumieniu po drodze. Idący wolno Holendrzy skarżą się na pieczenie w żołądku – objaw choroby wysokościowej. Francuz Renaud przysiada na kamieniu i żuje cocę. Liście są niemiłosiernie gorzkie, ale podobno zwalczają zmęczenie, poprawiają krążenie, leczą żołądek itd.
Ostatnie kilometry przed przełęczą przemierzamy noga za nogą. Dosłownie. Pięć metrów, odpoczynek. Dziesięć metrów, odpoczynek. Brakuje tchu. Jesteśmy na wysokości prawie 4200 metrów. Na wietrze nad przełęczą unoszą się, ku naszej zazdrości, drapieżne ptaki, karakary – są wyżej niż my, lekkie jak latawce.
Do obozowiska za przełęczą schodzimy w gwałtownym deszczu. Namioty po pięciu minutach „puszczają wodę”, ale na szczęście pierwszy tego lata deszcz trwa krótko. Wysychamy, my i nasze namioty, jeszcze nim słońce schowa się za góry. Brandy, student ze Szwajcarii, idzie wziąć lodowaty prysznic w budce, gdzie wężem doprowadzono wodę ze strumienia. Bierze rozpęd kawałek od budki, wbiega pod lodowaty prysznic i wrzeszczy pod nim jak opętany – wszystko dla rozgrzewki.
W nocy kałuże zamarzają. Śpimy we wszystkim, co mamy. Claudia, jedyna w grupie Peruwianka, pojawia się rankiem w białym pikowanym szlafroku. Szczególny widok w andyjskim pejzażu.

Miejsce Księżyca, miejsce wody
Dzień trzeci zaczynamy widokowym podejściem pod Runturacay, półkoliste ruiny świątyni Księżyca. Rafael, nasz przewodnik rysuje na piasku gwiazdozbiory Inków: Pardwa, Lis, Lama, Krzyż, Żaba, Wąż. Z doliny podnoszą się w górę chmury – gdy podchodzą pod Runturacay, wygląda to jakby mgła pochłonęła świat za murami. Półkoliste ruiny wiszą na skraju nicości.
Idziemy wciąż wyżej, do zimnych jezior pod granią, potem – z kolejnej przełęczy – schodzimy w dół pełną słońca doliną. Do ruin Sayamarca, miasta zawieszonego na stoku. Dno doliny zacienia górski las, z drzewami brodatymi od przypominających glony porostów. Po południu droga wiedzie przez las, potem odkrytą ścieżką, z widokami na bajeczne góry w kolorach jesiennych Tatr. I przez Tunel Inków – wąską szczelinę w litej skale. Miejscami lewy skraj ścieżki to pionowe urwisko – usiadłszy, można się poczuć jak na krawędzi świata.
Za trzecią przełęczą (3650 m) mijamy jeszcze ruiny Phuyupatamarca, gdzie oddawano niegdyś cześć bóstwom wody. Martwe miasto wciąż wypełnia głos wody – studnie i rynny, doprowadzające wodę do rytualnej łaźni z wygładzonych kamieni, nadal działają. Kamiennymi stopniami, wydeptanymi przez inkaskich gońców, schodzimy w dół.

Świątynia Księżyca – fot. Marta Tutaj

Miasto Słońca
Czwartego dnia wstać trzeba przed świtem, by zobaczyć wschód słońca z Intipunku – kiedyś Bramy Słońca. Niebo jest zachmurzone, lekceważę więc tę atrakcję, idę dalej. Dzięki temu oglądam Machu Picchu jeszcze puste, przed przybyciem turystów – z lamami pasącymi się na skrajach ulic i jaszczurkami, wykonującymi taneczne pokłony słońcu na liczących ponad pięćset lat murach.
Za chwilę nadciągną tłumy. Będą się ustawiać w grupy i fotografować, przyjmując telewizyjne pozy na tle ruin i gór. Będą pić piwo albo colę, wysyłać zdjęcia znajomym, świętować rodzinne jubileusze albo się oświadczać (od kilkunastu lat panuje moda na odbywanie zaręczyn na stoku nad Machu Picchu, niektórzy też docierają tu w ślubnych strojach, by zrobić sobie zdjęcia na „początek nowego życia”). Ale przez chwilę po wschodzie miasto Inków należy tylko do jaszczurek, ptaków, lam i słońca. I mnie, skoro tu stoję.
Odkrywcy ruin Machu Picchu w 1911 roku wierzyli, że mają przed sobą „Zaginione Miasto” – fortecę, w której pobici Inkowie ukryli się w górach, by przetrwać złe czasy.
Hiram Bingham, członek ekspedycji Yale University i National Geographic, był pod wrażeniem monumentalnych budowli na skalnych urwiskach, kamiennych tarasów i ogromnej liczby schodów. Najsłynniejszym miejscem „Zaginionego Miasta” jest Piramida Słońca, ale w południe zwiedzający najchętniej gromadzą się w zacienionej uliczce, gdzie podobno przed wiekami zmęczeni gońcy indiańscy wzmacniali się chichą. Kamienie rozgrzewają się szybko; nawet święty głaz na szczycie Zaginionego Miasta, napełniający podobno dotykających go siłą i energią, traci chyba w tym upale swe regenerujące właściwości.
Po południu schodzimy przez gaje kwitnących bananowców w dolinę Urubamby. Po drodze egzotyczne spotkania – roje kolorowych motyli i nektarników, stada zielonych papug, wreszcie – chłopiec w inkaskiej tunice, z krajką na czole, biegający w górę i w dół po kamiennych stopniach. Do Machu Picchu kursują autobusy – piesza ścieżka przecina co chwilę biegnącą serpentyną drogę kołową. Chłopca w inkaskim stroju zatrudniają kierowcy autobusów, by wybiegał na drogę i z powitalnym okrzykiem machał turystom. Ma to dodawać drodze kolorytu.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o