Tam, gdzie król polował

0
186
Lasy Radłowskie jezioro
fot. Marta Tutaj
REKLAMA

Pierwszy raz trafiłam w Lasy Radłowskie dlatego, że… zabłądziłam. Było to dawno temu, srogą zimą – na białej leśnej drodze gdzieś skręciłam w niewłaściwą stronę. W efekcie, zamiast dotrzeć do szosy i przystanku pekaes, trafiłam na groblę rozległego, zamarzniętego stawu, nad którym unosił się w powietrzu duży ptak drapieżny (zapewne błotniak). Kilka saren uciekło przede mną i biegły przez staw, ślizgając się na przyprószonym śniegiem lodzie… Jakbym się znalazła w filmowym kadrze – zimowa scena, aż nierealna w swoim pięknie.

O królu i orłach
Las Radłowski to 30-hektarowy rezerwat nad Kisieliną, utworzony dla najdalej na północ wysuniętego stanowiska szafranu spiskiego, zwanego też krokusem, a w Radłowie i okolicach – „józefówką”, bo kwiaty zwykle rozwijały się na marcowe imieniny Józefa. Natomiast Lasy Radłowskie jako park krajobrazowy – albo kompleks leśny po prostu – to obszar dużo większy, leżący na terenie sześciu gmin i będący podobno wschodnim krańcem niegdysiejszej Puszczy Niepołomickiej. Takiej puszczy, w jakiej polował jeszcze król Jagiełło.

REKLAMA

A że polował i w Radłowie, wiadomo dzięki niedawno zmarłemu profesorowi Franciszkowi Ziejce, radłowianinowi z urodzenia, który zbierał m.in. historyczne ciekawostki o tym regionie. W bibliotece UJ odkrył dokumenty świadczące, że król Jagiełło polował w Radłowie, i to przez dobrych parę tygodni. Towarzyszyła mu w tej wyprawie spora część krakowskiego dworu, toteż zachowały się rachunki, dotyczące utrzymania dworu podczas królewskich łowów.

Na co polował król, z dokumentów nie wynika, ale nie zabrakło mu na pewno w Lasach Radłowskich jeleni i dzików, mógł i niedźwiedź się trafić. Do dziś zdarza się tu spotkać łosie. Mnie się to co prawda nie zdarzyło, spotykałam głównie sarny i jelenie, ale przez parę lat z rzędu stale w tym samym miejscu, niedaleko wyjścia z lasu, widywałam wieczorami wychodzącego na obchód jenota. Nie reagował panicznie na mój widok – przyglądał mi się i spokojnie przekraczał drogę. Wierzyłam więc, że mnie poznaje.

Nad śródleśnymi stawami prócz czapli, kormoranów, dzikich gęsi i kaczek, wiele razy widywałam bielika, króla polskich orłów. A także rybołowa – który bardziej niż bielik przypomina białego orła, a i poluje bardziej widowiskowo, bo chwyta ryby w locie nurkowym tuż nad powierzchnią stawu, wprost z wody. Bardziej kameralnie, w skali makro nad jednym ze stawów zdarzyło mi się obserwować zacięte walki godowe drobnych jaszczurek żyworodnych. A na wodzie – godowy taniec perkozów rdzawoszyich. W rowie nad stawem stanęłam kiedyś oko w oko, – a raczej na odległość dzioba – z czarnym bocianem. A w borówkach otoczyły mnie młodziutkie kuny, które prawdopodobnie nie widziały jeszcze nigdy człowieka…

Wędrówka przez las jest jak podróż, bo nigdy nie wiadomo, co spotkasz i zobaczysz – jeśli tylko nie robisz nadmiernego hałasu, a oczy i uszy masz otwarte.

Lasy Radłowskie Drozd
Drozd | fot. Marta Tutaj

Zbieracz monetek

Zdarzało mi się – choć znacznie rzadziej, bo w końcu las to las – spotykać po drodze także ciekawych ludzi. Jak Marcina, krakowianina z pochodzenia, biologa z wykształcenia, który zawędrował w Lasy Radłowskie szukając… nietypowych grzybów.

Oczywiście, grzybów tu nie brak. Podczas wysypu prawdziwki można zbierać nawet wprost z drogi. A tutejsi ludzie mają swój sposób zbierania i swoje „miejsca” – gdzie zatrzymują się, przemierzając las rowerem. Kiedyś spotkałam człowieka, jadącego rowerem obciążonym dwoma wielkimi koszami na kartofle, pełnymi dorodnych prawdziwków. Zapytał, czy nie mam przy sobie zapasowej reklamówki albo worka. – Bo nie mam już gdzie tego pakować, a zostały mi jeszcze dwa miejsca do sprawdzenia…

Miejscowi zbierają prawdziwki, podgrzybki, czasem – choć mniej entuzjastycznie – maślaki, kozaki, kurki. Marcin jednak, którego spotkałam kiedyś w zimowym już lesie na początku grudnia, ma inne preferencje. Szukał wówczas monetek i „rusałek” (!).

Monetka, dukatka lub – naukowo – zimówka aksamitnotrzonowa to złocisty grzyb rosnący w grudniu na pniach drzew. Kępki wyglądają podobno pod śniegiem jak stosiki monet. Rusałką Marcin nazywał wodnichę, żółtawy, zimowy grzybek związany z sosną. Dania z grzybów, powszechnie uważanych za niejadalne, to było jego hobby. Wiosną zbierał żółciaka siarkowego, soplowatą hubę rosnącą na pniach. Młode owocniki tego szkodnika drewna znakomicie smakowały panierowane jak kotlety – zapewniał Marcin.

Na początku lata można go było spotkać w lesie z koszykiem pełnym… czerwonych muchomorów. Ściślej, były to muchomory czerwonawe, które wyglądają jak te czerwone, ale są dobrymi grzybami jadalnymi. Jesienią Marcin zbierał m.in. rosnące na leżących gałęziach ucho bzowe, które – jako bliski krewny chińskich grzybów mun – nadawało się do dań kuchni chińskiej.

To dzięki Marcinowi pierwszy raz skosztowałam marynaty z szyszkówek, delikatnych grzybów rosnących na spadłych szyszkach, i zupy z twardzioszków przydrożnych (!). On też pokazał mi miejsca, gdzie rosły rzadkie odmiany mchu i porostów albo chronione grzyby, jak czareczka czy sromotnik.

– Od dziecka byłem krótkowidzem – mówił o sobie. – Nauczyłem się przyglądać różnym rzeczom z bliska…

Lasy Radłowskie muchomor
Muchomor | fot. Marta Tutaj

Dzika pobudka

W Lasach Radłowskich nie brak miejsc uczęszczanych, wręcz tłocznych – jak okolice stawu Wróblik ze ścieżką edukacyjną, czy asfaltowa droga nad stawem Okniska, najpopularniejsze bodaj „spacerowisko” w okolicy. Na szczęście jednak dla piechura – jak ja – jest tu wciąż sporo „niszy”.

Czasem zresztą całkiem blisko miejsc uczęszczanych. W ub. roku spacerowałam w pogodny, jesienny dzień nad stawem Okniska. Zeszłam ledwie parę metrów w bok od bitej drogi (którą ciągnął sznur spacerowiczów z rowerami, hulajnogami, rolkami, dziećmi, psami, piłkami, koszykami piknikowymi itd.). Chciałam sfotografować ptaka czy późnego motyla – nie pamiętam już, co, a zdjęcie się nie zachowało. Weszłam do rowu przy ścieżce, by mieć lepsze ujęcie – i wtedy nagle się okazało, że stoję po kolana w dzikach.

Stado spało spokojnie, ukryte pod zarastającymi rów gęsto w tym miejscu jeżynami. Gwar dochodzący z pobliskiej drogi najwyraźniej im nie przeszkadzał, przywykły. Moje wtargnięcie do rowu natomiast narobiło zamieszania. Kilka ciemnych, niewysokich grzbietów wystartowało jak rakiety, wyrzucając nogami grudy darni, i z kwikiem pomknęło w zarośla. Dwa inne dziki, wyraźnie wyższe, zachowało więcej godności. Wyskoczyły co prawda z rowu jak wiewiórki, ale były bardziej poirytowane, niż wystraszone. Fukały z oburzeniem, co brzmiało groźnie. Na szczęście i one wolały jak najszybciej się oddalić – wciąż fukając, pobiegły truchtem za resztą stada. I dobrze, bo nie miałam czasu na ucieczkę czy jakąkolwiek reakcję.

Co najdziwniejsze, niemal surrealistyczne, działo się to mniej niż pięć metrów od drogi, którą wciąż ciągnęli spacerowicze jak pochód pierwszomajowy – rozgadani, pokrzykujący, nawet grający jakiś rap z telefonów, i tak zajęci sobą podczas tego spaceru „na łonie natury”, że nie zauważyli uciekającego z tętentem, kwikiem i fukaniem stada dzików.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o