Tam, gdzie syn winy ojca „odkupił”

0
88
Bazylika pw. św. Józefa w Klimontowie
Bazylika pw. św. Józefa w Klimontowie
REKLAMA

Na początku, ok. 1240 r. był Klemens – kasztelan krakowski. Od niego swą nazwę wziął Klimontów – zaskakujące swą niezwykłą architekturą świętokrzyskie miasteczko, położone niewiele ponad 100 kilometrów na północny-wschód od Tarnowa. Później byli Ossolińscy.

Właśnie z tą rodziną wiąże się rozwój Klimontowa. Wjeżdżając tu, trudno się spodziewać tak niecodziennych pamiątek przeszłości. Dopiero obejrzawszy je, można stwierdzić, że to szczególni świadkowie historii, których próżno szukać gdzie indziej.
O, ironio! Dziś trudno w to uwierzyć, ale pierwszym sakralnym obiektem, który – z inicjatywy Hieronima Ossolińskiego – wzniesiono w Klimontowie, był zbór kalwiński. Sam Hieronim to głośny przywódca kalwinów w Małopolsce, w czasach króla Zygmunta Augusta. Jego spadkobiercy, gorliwi zwolennicy kontrreformacji, kalwinów stąd przepędzili i zrobili wszystko, by o nich zapomniano.
Syn Hieronima – Jan Zbigniew, na katolicyzm przeszedł w wieku 20 lat, po śmierci ojca. Jako człowiek bardzo religijny, na początku XVII wieku sprowadził tu dominikanów i ufundował im kościół (pw. św. Jacka) oraz klasztor. Jego syn Jerzy (brat Krzysztofa, właściciela zamku w Ujeździe) był natomiast fundatorem barokowej bazyliki. Przypomina rzymskie kościoły, porównywana jest z budapeszteńską, pw. św. Stefana. Klimontowski kościół, noszący wezwanie św. Józefa, bardzo szybko został uznany za jeden z najoryginalniejszych zabytków XVII wieku. Dziś odwiedzają go wycieczki z całego kraju. Znajduje się nieopodal centrum miasteczka, a tym samym domu, w którym dzieciństwo spędził Bruno Jasieński – twórca polskiego futuryzmu, syn Jakuba Zysmana – pierwowzoru postaci doktora Judyma z powieści Stefana Żeromskiego, bohater pieśni Jacka Kaczmarskiego.

REKLAMA

Klimontowska bazylika
Świątynia fundacji kanclerza Jerzego Ossolińskiego jest dziś kościołem parafialnym. W niedziele odprawianych jest tam pięć mszy świętych, a w dni powszednie – dwie. To oznacza, że kościół jest w miarę dostępny. A jest tu po co przyjechać. Architekt Wawrzyniec Senes, na ziemi świętokrzyskiej realizował projekty nawiązujące do najpiękniejszych wzorów włoskiego baroku. Bazylika budzi podziw wszystkich docierających na klimontowskie wzgórze, na którym została posadowiona. Ukończono ją w połowie XVII wieku. Korpus wzniesiono na rzucie elipsy, wpisanej w wielobok. Od wschodu dobudowano prostokątne prezbiterium, od zachodu znajduje się kruchta z głównym wejściem, a po bokach dwie wieże. Od południa – zakrystia, od północy – skarbczyk. Przed wejściem do wnętrza, warto zaopatrzyć się w broszurkę, która je opisuje. Samemu trudno dostrzec i właściwie ocenić wszystkie niezwykłe detale i wyposażenie.
Rokokowe wnętrze zachwyca tym bardziej, że rozświetlone jest prostokątnymi oknami, zamykającymi lunetę. Warto zwrócić uwagę na złocony ołtarz główny, z połowy XVIII wieku, z obrazem św. Józefa z Dzieciątkiem, rzeźbami świętych – Antoniego i Jana Kantego oraz aniołów. Stiukowy fryz pod gzymsem to dzieło samego Jana Chrzciciela Falconiego datowane ok. 1647 roku. Chór i organy także są rokokowe – zdobi je postać króla Dawida z harfą, w otoczeniu aniołów.
Konfesjonały sprowadzono z Wiednia na początku XIX wieku. Tak samo datowane są empirowe stalle i ławki.
Przepiękny wczesnobarokowy ołtarz Krzyża Świętego w obramowaniu drzewa Jessego wybudowany został przed rokiem 1650. W jego centralnym miejscu umieszczono figurę Ukrzyżowanego Jezusa. Na zasuwie – obraz św. Tomasza, powyżej Jezus Ubiczowany, a w zwieńczeniu – chusta św. Weroniki.
W podziemiach kościoła znajdują się barokowe nagrobki Ossolińskich. Także Jerzego, który nie doczekał końca budowy. Zmarł mając jedynie 55 lat.

Dom Brunona Jasieńskiego
Dom Brunona Jasieńskiego

Dominikańskie włości
Od bazyliki wiedzie wąska uliczka. Na jej końcu – dominikański zespół poklasztorny, zwany „Perłą Ziemi Klimontowskiej”. Dominikanie to zakon powołany w średniowieczu dla „kaznodziejstwa i zbawiania dusz”. Zakon żebrzący. Założył go w Tuluzie św. Dominik – by zwalczał herezję i schizmę. Pewnie dlatego zaprosił ich do Klimontowa Jan Zygmunt Ossoliński (ojciec Jerzego). Pewnie dlatego, by odkupić „winy” swojego rodzica. Budowla łączy gotyk z elementami architektury renesansowej. Do wnętrza wejść nie można. Od wielu lat jest remontowana. Prace w całym obiekcie prowadzone są tak długo, bo ochronić i odrestaurować trzeba wiele. Z opisu wiadomo, że najstarszy ołtarz pochodzi z XVII wieku – jest to „Drzewo Jessego” z krzyżem świętym. Znajduje się tam też cykl obrazów przedstawiających sceny z życia dominikanów, a także oryginalna szafa Bractwa Różańcowego z malowaną na drzwiczkach sceną Zwiastowania. W klasztorze, otoczonym dużym ogrodem, porośniętym ogromnymi wiekowymi drzewami, kiedyś było 17 mnisich cel. Dziś mieści się tu dom pielgrzyma, który oferuje 12 miejsc noclegowych – z kuchnią i parkingiem.

Kościół i część klasztoru dominikanów w Klimontowie
Kościół i część klasztoru dominikanów w Klimontowie

Wiktor Zysman czyli Bruno Jasieński
„Młody, genialny, ręce łańcuchem mu skuł. Żyd, komunista. Niemieckie imię, nazwisko polskiej szlachty” – tak o Brunonie Jasieńskim śpiewał w epitafium dla niego Jacek Kaczmarski. Twórca polskiego futuryzmu, awangardowy poeta – którego prawdziwe nazwisko brzmiało: Wiktor Zysman – urodził się w Klimontowie, w domu naprzeciw bazyliki, na początku ulicy, którą zamyka dominikański klasztor. Tu spędził dzieciństwo. Wracał jako student, by w 1919 roku założyć teatr, w którym występowali miejscowi aktorzy – niepiśmienni. Tekstu uczyli się, powtarzając czytane im frazy. Wystawili m.in. „Wesele” Wyspiańskiego. Jasieński wprowadził do dramatu nową rolę – Widmo Głodu, które cytowało fragmenty „Manifestu Komunistycznego”. To był początek fascynacji Brunona komunizmem. Nie zakończyła się dla niego dobrze. Został stracony w podmoskiewskiej Kommunarce. Zanim się to jednak stało, wiódł życie, którym można by obdzielić przynajmniej kilku ludzi.
Był rok 1920. Już jako Bruno Jasieński został powołany do odbycia przeszkolenia wojskowego w Chełmie. Tam zorganizował wieczór poetycki, który zakończył się jego aresztowaniem – za obrazę podoficera. Gdy przebywał w areszcie, odwiedził go ponoć inny student podchorążówki – późniejszy kardynał Stefan Wyszyński. Jeszcze w tym samym roku zaangażował się w tworzenie ruchu futurystów. Przyjaźnił się z Aleksandrem Watem i Anatolem Sternem. Publikował razem ze Stanisławem Młodożeńcem i Tytusem Czyżewskim. Jest współautorem manifestu polskiego futuryzmu „Nuż w bżuhu”. Mieszkając w Paryżu, coraz bardziej zbliżał się do komunistów. Tam napisał „Słowo o Jakubie Szeli” i – chyba najbardziej znaną powieść – „Palę Paryż”. Jej opublikowanie zakończyło się skandalem – nie pierwszym w życiu młodego Brunona. Tym razem skutkowało wydaleniem poza granice Francji. Gdy dopłynął do Leningradu, witały go tłumy. Dostał pracę w radzieckich czasopismach. Radykalizował się jeszcze bardziej. Został członkiem zarządu Związku Pisarzy Radzieckich. Zaangażował się w sowietyzację… Tadżykistanu. W okresie wielkiej czystki aresztowało go NKWD. Przez lata myślano, że zmarł w gułagu. Pod koniec ubiegłego wieku okazało się jednak, że 17 września 1938 roku został skazany na karę śmierci. W tym samym dniu wyrok wykonano…
Czy Bruno Jasieński idee równości i sprawiedliwości wyniósł z rodzinnego domu? Bardzo możliwe. Jego ojciec, zasymilowany Żyd był znanym w okolicy lekarzem, ale też społecznikiem. To on – z myślą o zwykłych obywatelach miasteczka i okolic – założył w Klimontowie „sklep polski”, w którym można było kupić nasiona i narzędzia rolnicze. To on założył także Towarzystwo Pożyczkowe (później przekształcone w istniejący do dziś w jego dawnym domu Bank Spółdzielczy). To on wreszcie posłużył Stefanowi Żeromskiemu – mocno z ziemią świętokrzyską związanemu – jako pierwowzór postaci doktora Tomasza Judyma – głównego bohatera „Ludzi bezdomnych”.
Dziś w Klimontowie mają z Brunonem Jasieńskim problem. Na turystycznych tablicach informacyjnych próżno szukać oznaczenia jego rodzinnego domu. Choć stoi tuż obok. Dziś mieści się tam Urząd Miasta i Gminy oraz bank. Na ścianie budynku – jedynie tablica z informacją, że został założony przez Jakuba Zysmana. Co prawda nieopodal jest tabliczka Świętokrzyskiego Szlaku Literackiego, ale trzeba zapytać mieszkańców, by wiedzieć, który budynek wskazuje. Kiedyś jego imieniem nazwano ulicę w stolicy województwa. Dziś jednak nosi ona imię Zbigniewa Herberta. Jak podają oficjalne źródła, patrona zmieniono, gdyż w ocenie Instytutu Pamięci Narodowej nazwa ulicy została określona jako „wypełniająca normę ustawy o zakazie propagowania komunizmu”.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o