Tam, gdzie złota pustelni samotność

0
157
Kościół w Rytwianach
Kościół w Rytwianach
REKLAMA

Do wnętrza wiodą trzy bramy. To trzy filary reguły kamedułów – modlitwa, milczenie, samotność. Po ich przekroczeniu oczom ukazuje się skromny biały kościół, otoczony pustelniczymi domkami, wzniesionymi na wzór dawnych eremów. Mury kryją nieprzebrane skarby sztuki i architektury baroku – dzieła znanych włoskich mistrzów. Świątynia jest jak kameduła – zewnętrznie uboga, w środku – bogata. Trzeba niewiele ponad godzinę jazdy z Tarnowa, by przenieść się w świat odległy od współczesnej cywilizacji, zatopiony w świętokrzyskich lasach – dębowych, bukowych i grabowych, jesienią przybierających złote barwy. Dystans i cisza dają szansę refleksji nad życiem i przemijaniem. Pustelnia Złotego Lasu, zbudowana około 400 lat temu, jest dziś otwarta dla każdego – o ile dostosuje się do panujących tu od wieków reguł.

To miejsce oddalone około trzech kilometrów od centrum miejscowości Rytwiany, w pobliżu Staszowa. Przybysza stawia przed światem zatopionym w wielkiej historii i pięknej przyrodzie. Dowodzi, jak wielkie rzeczy mogą się dokonać w efekcie ludzkich dramatów. Oferuje to co znane i to co zapomniane. Wszystko, co konieczne, by zregenerować ciało i ducha, by oderwać się od świata. Taka jest idea relaksacyjno-kontemplacyjnego centrum SPeS. Salus per Silentium: zdrowie przez ciszę.
Klasztorne ogrody są dostępne od świtu do zmierzchu. Powstały na miejscu tych pierwotnych. Klimatyczne oczko wodne, drewniane huśtawki, kolekcja starych rolniczych narzędzi, wiaty grillowe, alejki i – jak przed wiekami – uprawy warzyw i ziół. Na dziedzińcu – restauracja serwująca potrawy oparte na starych przepisach, lodziarnia. Niewielki sklepik oferuje klasztorne miody, ręcznie robione krówki, anielskie landrynki, olejki kąpielowe, żele, ziołowe tabletki na ból gardła – produkty czerpiące z receptur sprzed wieków. Można wypożyczyć rower lub kijki do nordic-walking i udać się na przejażdżkę lub spacer po okolicznych wielohektarowych lasach. Dla ciała – jeszcze niewielkie spa i siłownia. Dla ducha – prócz ciszy i spokoju – rekolekcje i turnusy terapeutyczno-wypoczynkowe, duchowe przewodnictwo kapelana oraz możliwość zwiedzania pamiątek niezwykłej kamedulskiej przeszłości tego miejsca.

REKLAMA

Klasztor – dziedzica Tęczyńskiego
Jan Magnus Tęczyński, herbu Topór, był potomkiem potężnego rodu i ważną postacią polskiego renesansu. Podczaszy królowej, cześnik koronny, elektor Władysława IV Wazy, wojewoda krakowski. Człowiek wykształcony. Podczas studiów we Włoszech przyjaźnił się z Galileuszem. To on był protektorem bratanka Jana Kochanowskiego, Piotra. Namówił go do przetłumaczenia słynnego wówczas dzieła Torquato Tassa „Jerozolima wyzwolona” na język polski. Modernizował zamki, będące w posiadaniu rodziny, fundował klasztory. Miał córkę Izabelę i trzech synów. Wydawało się więc, że może być spokojny o przyszłość jednego z najgodniejszych ówczesnych rodów. Los bywa jednak okrutny. W ciągu pięciu lat stracił wszystkich męskich potomków. Zginęli w niecodziennych okolicznościach. Córka została żoną Łukasza Opalińskiego – dali początek rodowi, który przejął dobra Tęczyńskich. Nazwisko jednak miało przepaść. By je ochronić, Jan z pomocą brata Gabriela, wojewody lubelskiego, zdecydował się na ufundowanie w Rytwianach drugiego w Polsce klasztoru ojców kamedułów (którzy kilka lat wcześniej osiedlili się na podkrakowskich Bielanach, na Srebrnej Górze). Ten klasztor miał być synem, dziedzicem, który zachowa pamięć o rodzie po wsze czasy. Kamień węgielny położono 1 maja roku 1624. Trzynaście lat później biskup krakowski konsekrował świątynię pod wezwaniem Zwiastowania NMP.
Dziś jest ich garstka, wówczas do kamedulskich zakonów, należących do tych o najsurowszej regule, chętnych było wielu, a liczba miejsc ograniczona. Wybrani musieli czekać na śmierć zakonnika, by zająć jego miejsce. Wokół świątyń budowano eremy, skromne domki z niewielkimi ogródkami. Zgodnie z zasadami mnisi żyli w samotności, w milczeniu i na modlitwie. Sami troszczyli się o pożywienie. Kobiety mogły tu bywać tylko trzy razy w roku i to wyłącznie w kościele. Dzięki Janowi Tęczyńskiemu do Rytwian zawitali szczególni lokatorzy – ogoleni na łyso, z długimi brodami i w białych habitach. Żyli tu 200 lat – do carskiego dekretu o kasacji zakonu. W ślad za nimi przybył barok najwyższej próby.

Pierwsza z bram prowadzących do klasztoru w Rytwianach
Pierwsza z bram prowadzących do klasztoru

Włoska perła w złotym lesie
Jak już wspomnieliśmy, barokowa świątynia w Rytwianach z zewnątrz robi umiarkowane wrażenie. Po przekroczeniu jej progu, przybysz zamiera w zachwycie. To barok, którego nie powstydziłyby się włoskie miasta – a Italia to przecież kolebka tego stylu. Zasługi trzeba oddać Janowi Tęczyńskiemu, ale przede wszystkim ówczesnemu przeorowi Venantemu da Sabiaco, który jest autorem całej koncepcji architektonicznej i wykonawcą części wystroju wnętrza – urzekającego wysublimowaniem. Tego co on pozostawił puste, nikt już wypełnić się nie ośmielił. Przez kilka lat w Rytwianach pracowali także szeroko znany Jan Baptista Falconi – oraz Karol de Prevot.
Świątynia ma charakter bazyliki. Kamienne portale nad wejściem głównym i bocznym pochodzą z lat 30. XVII wieku. Dekoracje sztukatorskie pokryły niemal całe wnętrze. Według badaczy to właśnie w Rytwianach miał zostać skrystalizowany kamedulski kanon ikonograficzny. Na sklepieniach kolebkowych z lunetami umieszczono bogate manierystyczne sztukaterie. Podobne dostrzec można w kaplicach św. Romualda i św. Jana Chrzciciela. Będąc w rytwiańskim kościele (obecnie prowadzony jest w nim remont) warto zwrócić uwagę również na dzieła krakowskiej wczesnobarokowej snycerki, niezwykle cenne kropielnice i lavabo, epitafium i tumby Stanisława Opalińskiego oraz unikatowe posadzki – marmurowe i ceglane.

Barokowe wnętrze kościoła (przed renowacją)
Barokowe wnętrze kościoła (przed renowacją)

Klasztor – ratunek pułkownika Dowgirda
Rytwiany to obowiązkowy punkt dla tych, którzy śledzili przygody pułkownika Krzysztofa Dowgirda i wachmistrza Kacpra Pilcha, wprowadzani muzyką Waldemara Kazaneckiego. Mowa o kultowych „Czarnych chmurach” oczywiście, pierwszym polskim serialu płaszcza i szpady, rozgrywającym się w drugiej połowie XVII wieku, gdy ważyły się losy utrzymania przy Rzeczpospolitej Prus Książęcych. Rytwiany „zagrały” przygraniczny klasztor, w którym rozstrzygała się przyszłość Dowgirda – w odcinku IV („Przeprawa”), gdy uciekał z Prus i kończącym film epizodzie X („Pościg”), gdy, uprowadzony, miał być oddany w ręce elektora. To tu wymknął się elektorskim, docierając do klasztoru w wozie siana, a później opuszczając go w wozie trupy komediantów. To tu, po porwaniu, przywiozła go czarna karoca poczty elektorskiej, tu został uwięziony wraz z wracającym na drogę cnót obywatelskich rotmistrzem Zarembą, tu uwolnili go przebrani za mnichów Pilch z kompanami. To na dziedzińcu kościoła Zwiastowania NMP żywota dokonał kapitan rajtarów Knothe, zabity w pojedynku przez Zarembę.
W klasztorze powstało muzeum serialu. Urządzono go w pomieszczeniu, gdzie braciszkowie wraz z piękną aktorką z trupy upili kapitana Knothe, który podpisał glejt umożliwiający wozom komediantów opuszczenie murów eremu. Zgromadzono tu m.in. rekwizyty z filmu, fotosy oraz pamiątki z benefisu, który – z okazji 40-lecia powstania – zorganizowano w Rytwianach nakręconemu w 1973 roku serialowi. Obejrzeć można też figury głównych bohaterów oraz replikę słynnego czarnego powozu. Fani „Czarnych chmur” rozpoznają czy jest to właściwy pojazd, bo w drogę nie ruszył przecież jeden. To trzeba jednak uczynić osobiście.

Zakonnica w szafie
Słynna „zakonnica w szafie” przechowywana jest właśnie w klasztorze w Rytwianach. Tak naprawdę to wizerunek Anny Dziulanki, tragicznej bohaterki jednego z największych mezaliansów XVII wieku. W tej dziewczynie z ludu zakochał się Stanisław Łukasz Opaliński. Potajemnie wzięli ślub, na co rodzina pana młodego zareagowała jego wydziedziczeniem. Szczęście nie trwało długo. Po pięciu latach Anna zmarła, ponoć ze zgryzoty. Rozpacz Stanisława starali się uśmierzyć zakonnicy z Rytwian, którzy z wosku wykonali odlew postaci jego żony wraz z maską pośmiertną. Do dziś zachowało się jedynie popiersie, przechowywane w Rytwianach, w szafie. A zakonnica? Anna ubrana jest w czarno-biały strój podkreślający jej skromne pochodzenie, który do złudzenia przypomina ubiór dzisiejszych zakonnic.
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o