Te, które rzucamy na patelnię

0
71
Na Toggian
fot. Marta Tutaj
REKLAMA

Dla większości ludzi kontakt z rybami oznacza wybieranie ości z ich tuszek na talerzu. Czasem – zarzucenie wędki. Ludzkie zainteresowanie dla ryb koncentruje się z reguły wokół takich problemów, jak je złowić, zachować świeże, przyrządzić, zjeść.

Nie będę zapewniać, że nie jadam ryb. Jadam. Znaczna część świata – od drapieżnych żółwi, krokodyli i ptaków, po delfiny i ludzi – żywi się rybami. Dwa najlepsze obiady, jakie w życiu jadłam, składały się z ryb. Pierwszy zdarzył się na Molukach, gdzie z dwiema Indonezyjkami pływałyśmy z maskami na rafie. Około południa byłyśmy naprawdę głodne, a motorówka z Ambon miała nas zabrać wieczorem. Eci, najładniejsza z nas, poprosiła miejscowych chłopaków, kręcących się przy plaży, żeby nałowili dla nas ryb. Łowili z harpunami albo na siatkę rzucaną w wodę, przynieśli sporo niedużych, barwnych ryb rafowych. Dziewczyny rozpaliły ogień w murszejącym na plaży pniu i piekły ryby w zielonych liściach migdałowca. Smakowało fantastycznie.

REKLAMA

Drugi podobny poczęstunek zdarzył mi się u wybrzeża Marmaris, a zaprosiło mnie dwóch starszych, siwowłosych Turków, braci podróżujących wzdłuż wybrzeża mieszkalną barką. Otworzyli słoik bardzo ostrych pikli warzywnych i parę piw, a potem łowili małe rybki, kręcące się przy łodzi, od razu smażyli i serwowali. Była to, zdaje się, ich typowa dieta.

Na Toggian
Na Toggian | fot. Marta Tutaj

Ryby według Michela

Jadam to, co akurat jest dostępne. Zawsze jednak uważałam się za stworzenie ziemno-wodne. Kiedy po raz pierwszy zanurzyłam głowę pod wodę, ryby ukazały mi się jako mieszkańcy nowoodkrytego świata, zjawiskowe i tajemnicze w swej różnorodności. I było tak zarówno w wodach egzotycznych, jak i miejscowych – jak polskie jeziora czy wolno płynące rzeki, które dla większości ludzi pod lustrem wody pozostają równie egzotyczne, jak powierzchnia innej planety. Od zawsze żyję w pobliżu stawów żwirowych – do moich ulubionych rozrywek należy, gdy tylko pogoda pozwala, pływanie z wielkimi karpiami, bawienie się z okoniami czy wypatrywanie szczupaków, chytrze kryjących się w wodorostach. Oczywiście, wobec różnorodności podwodnego świata, jaką można zobaczyć pływając nad rafą koralową, to zaledwie namiastka podwodnego kosmosu.

„Liczba gatunków ryb przekracza liczbę gatunków wszystkich pozostałych kręgowców. Te, które rzucamy na patelnię, zamawiamy w restauracji czy staramy się przechytrzyć w czasie weekendu, to przedstawiciele ponad 20 tysięcy niezmiernie zróżnicowanych gatunków – pisał William J. Cromie w „Żywym świecie mórz”. – Pod garnirunkiem z plasterków masła i pietruszki spoczywa stworzenie niezwykłe, naprawdę szlachetne zwierzę, władczyni mórz…”

Michel, Francuz, z którym spotkaliśmy się na Bunaken w Indonezji, i który nauczył mnie o rybach więcej, niż jakakolwiek książka, kolekcjonował spotkania z rybami. Podróżując od rafy do rafy woził ze sobą stos atlasów podmorskiego świata, i przy każdym wizerunku ryby zaznaczał, czy widział tę rybę wiele razy, kilka, czy tylko raz, albo wcale. Michel był dyslektykiem i dysgrafikiem, pisał i czytał z trudem, ale ryby potrafił odróżniać wybornie. Zdarzało się np., że pokazywałam mu stronę z trzema gatunkami skrzydlic, mówiąc, że widziałam podczas pływania jedną z tych ryb – ale nie wiem, którą. Michel robił pełną ubolewania minę.

– Jak to nie wiesz? Przecież ta – popatrz tylko! – ma inną liczbę promieni w płetwach piersiowych, niż tamte. Bardzo łatwo je odróżnić! – zapewniał.

Spędzaliśmy całe godziny pływając w morzu, a wieczorami – siedząc na schodkach bungalowu, gorączkowo przerzucając atlasy i pokazując sobie nawzajem ostatnio spotkane ryby. Potem Michel pojechał na Wyspy Toggian specjalnie po to, żeby zobaczyć i „zaliczyć” kardynałki piżamowe – nieduże rybki, wyglądające, jakby ktoś przebrał je w piżamy, żyjące w wodach przy zaroślach mangrowych.

Rybka Sierżant
Rybka Sierżant | fot. Marta Tutaj

Pływanie z własnym pilotem

Ja trafiłam na Toggian – wyspy leżące w rozległej morskiej zatoce – parę lat później. I spotkałam tam – jak wszystkim większym stworzeniom morskim przystało – własną rybę-pilota.

Pilot to nieduża rybka, która przyłącza się do znacznie większych od siebie, pływających istot – wielorybów, rekinów, żółwi. Towarzyszy im wiernie, gdziekolwiek płyną.

Moja rybka-pilot miała nie więcej, niż pięć centymetrów długości, i była żółta, w gęste czarne paski. Odkryła mnie, gdy wybrałam na popołudniowy morski „spacer” w przesmyku za wyspą Toggian. Przesmyk z jednej strony ograniczały zarośla mangrowe, z drugiej – skalne wybrzeże. Na dnie przesmyku rosło trochę wysokich korali. Wycieczka w ten podwodny świat była dość udana. Wśród korali spotkałam grupę dużych skarusów – metrowych, ogryzających korale ryb z charakterystycznymi garbami na głowach. A w płytkiej wodzie, bliżej mangrowców, odkryłam drobne, barwne mureny i strzelczyki – niewielkie rybki znane z tego, że potrafią strzelać strużką wody do siedzących nad wodą owadów. Znalazłam tam też parę gatunków kardynałków, w tym piżamowe – te, których szukał Michel (i których ostatecznie w czasie tamtej podróży na wyspy nie spotkał). Potem wypatrzyłam je jeszcze w kępie dennych korali w przesmyku. Dało mi to, przyznam, pewne poczucie satysfakcji.

W drodze powrotnej od mangrowców musiałam przepłynąć przesmyk w poprzek, nad głęboką wodą. Właśnie podczas tej, dość nudnej, drogi wpław, zauważyłam u siebie jakby drobne zaburzenie widzenia – jakieś żółtawe migotanie przy górnej krawędzi maski. Trzeba się było parę razy obrócić na wodzie, by odkryć przyczynę. Była nią drobna, pasiasta rybka, trzepotliwie pływająca przy mojej masce, tuż nad oczami.

Zaczęłam się z nią droczyć – robiłam uniki, by ją zgubić i zdezorientować, opędzałam się jak od osy. Nie dała się odgonić ani zniechęcić – znikała czasem z pola widzenia, ale już po chwili zajmowała swoje stanowisko przy krawędzi maski. Gdy nurkowałam nad koralami, nurkowała także, a potem płynęła – nieodłączna – wraz ze mną ku powierzchni. Nie próbowała schronić się wśród korali ani nie dołączyła do stadka dużych papugoryb w przesmyku. Towarzyszyła mi przez następne dwie godziny, gdy pływałam wzdłuż skalistego wybrzeża i badałam płytkie jaskinie. A gdy wreszcie wyszłam z morza i rozmawiałam z sąsiadką z hotelu, stojąc na płyciźnie, ruchliwa żółto-czarna rybka pływała cały czas gorliwie dookoła mojej stopy. Co zdumiewające, odnalazła mnie także następnego dnia, podczas porannego pływania, i towarzyszyła mi znowu całe przedpołudnie, jak gdyby w naszej znajomości nie było żadnej przerwy. Byłam tym ponownym spotkaniem naprawdę wzruszona.

Dopiero znacznie później sprawdziłam w atlasie, że moja rybka-pilot była młodocianą postacią żółtego karanksa (trewala) – sporej, dorastającej do półtora metra, szybkiej i pięknej ryby. Mam nadzieję, że po rozstaniu ze mną ułożyła sobie życie z jakimś sympatycznym stworzeniem wodnym. I że została z czasem dorodnym karanksem.

Oczywiście, karanksy należą do moich ulubionych ryb. I to nie na talerzu.

REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments