„Tu żyją smoki…”

0
320
Park Narodowy Komodo | fot. Marta Tutaj

Tak na dawnych mapach podpisywano niezbadane jeszcze lądy. Dziś nie ma już smoczych krain – jeśli nie liczyć czterech małych wysp w indonezyjskim archipelagu Nusa Tenggara: Rinca, Komodo, Padar i Gili Motong. Znanych też jako Park Narodowy Komodo.

Kiedy w porcie na Flores pytano mnie, czemu zamiast wykupić standardową, dwudniową wycieczkę na Komodo, chcę zamieszkać kilka dni na jednej ze smoczych wysp, odpowiadałam zwykle: – Bo chcę tam pobyć. Bo lubię, wstając rano, znaleźć na schodach smoka…
Na pierwsze spotkanie ze smokami z Komodo nie jest się jednak nigdy przygotowanym.

fot. Marta Tutaj

Spadkobiercy dinozaurów
Wpłynęliśmy do mangrowej zatoczki przy Rinca, a potem – wraz z właścicielem łodzi, który dzielnie objuczył się moim plecakiem – ruszyliśmy wykładaną kamieniami ścieżką w głąb wyspy. Nagle spory kawałek ścieżki drgnął i… pognał z tupotem przez nagą równinę.
– Nie warto – powstrzymał mnie od pościgu za spłoszonym waranem Indonezyjczyk. – Będą większe.
Niewart uwagi waran mierzył, tak na oko, jakieś półtora metra.
Poławiacze pereł, którzy w XVIII wieku jako pierwsi opowiadali Holendrom o ogromnych jaszczurkach, twierdzili, że smoki z Komodo dorastają do siedmiu metrów. Faktycznie wielkie warany nie przekraczają na ogół trzech metrów długości. Ale i to dosyć – duże samce tych jaszczurek ważą zwykle ponad 50 kg. Kiedy – przestawiając ciężko nogi i kołysząc na boki długą głową, wysuwając z paszczy rozwidlone, wężowe języki – spacerują niespiesznie wokół domów, każdy przyzna, że nie ma dziś na świecie stworzenia godniejszego imienia smoka.
Na Rinca – drugiej co do wielkości wyspie Parku Narodowego Komodo – żyje, według rachub strażników, ponad 1400 wielkich waranów. I gdyby trzymać się najbardziej dramatycznej i sensacyjnej wersji, są to podobno jedyne na świecie jaszczurki zdolne pożreć człowieka. Na wyspie Rinca wciąż opowiada się o tym, że w wiosce na wybrzeżu wielki waran porwał kiedyś sprzed chaty trzyletnie dziecko, a parę lat później na Komodo podobno został zabity przez warany niemiecki turysta. Miało się to stać w obecności strażników, a turysta, robiąc sobie zdjęcie, podszedł po prostu za blisko do dwóch wielkich jaszczurów. Inny turysta wybrał się podobno z hotelu na samotną pieszą wycieczkę i… do dziś go nie znaleziono. Ale wszystkie te horror story o waranach wydarzyły się już dawno – 20 lat temu albo dawniej…
Tak naprawdę warany nie są wcale jedynymi spadkobiercami mięsożernych dinozaurów – jeśli już, znacznie skuteczniejszymi drapieżnikami wśród gadów są krokodyle. Ale na pewno smoki z Komodo to największe jaszczurki na świecie. I niewątpliwie mogą być niebezpieczne, także dla ludzi (choć znacznie częściej dla innych gatunków).
Strażnicy parku ostrzegają przed zbliżaniem się do waranów – nawet lekkie ukąszenie „smoka” może być śmiertelnie niebezpieczne, jako że ślina tych wielkich gadów obfituje w chorobotwórczą faunę bakteryjną. Polujące warany tak właśnie podobno zabijają zdobycz – kąsają, a potem spokojnie czekają, aż ranne zwierzę padnie od infekcji. Potem wystarczy po zapachu odnaleźć padlinę. Na wyspach rozmiaru Komodo czy Rinca nie jest to przesadnie trudne.

Godzilla i inni
Na Rinca naprawdę roi się od smoków. August – wielki, ponad dwumetrowy waran, przechodził przez teren hotelu dwa razy dziennie. Wdzięcznie pozował mi przy tablicy „Park Narodowy Komodo”. Gdy wieczorem spacerował szczytem skarpy nad hotelem, jego sylwetka na tle nieba naprawdę przypominała o czasach dinozaurów.
Nieduży, najwyżej metrowy młody jaszczur buszował co dzień pod podłogą chatki na palach, gdzie była kuchnia posterunku i gdzie jadałam makaron na werandzie.
– To Godzilla – przedstawił go dowódca posterunku. – Ma około czterech lat, traktujemy go jak syna…
Dwa ciężkie, wielkie warany wylegiwały się stale w cieniu pod domkiem na palach, stanowiącym kwaterę strażników. Były tu rezydentami, żyjącymi z resztek wyrzucanych z kuchni. Strażnicy z dość szczególnym poczuciem humoru, ochrzcili je imionami Flip i Flap. Ale jaszczury nie były szczególnie rozrywkowe – zwykle leżały jak kłody, z pyskami w piasku. Tylko gdy z cienia pod kuchnią spróbował skorzystać trzeci, nieco mniejszy smok, oba jaszczury jak na komendę dźwignęły ciężkie głowy i wydały z siebie mrożący krew w żyłach, bulgoczący syk.
Najwięcej smoków gromadziło się koło mandi – indonezyjskiej łazienki na wolnym powietrzu. Węszyły między cynowymi miednicami, piły wodę kapiącą z gumowego węża, polowały. Obserwowałam młodą samicę (prawdopodobnie), która – leżąc bez ruchu w plamistym cieniu drzewa – była prawie niewidoczna. Węszący przy mandi szczur w każdym razie jej nie dostrzegł. Błyskawiczny ruch głowy, szybkie kłapnięcie – i szczur zniknął w gadziej paszczy. Chwilę później został po nim tylko krwawy ślad na wardze warana.
Emanuel, nasz kucharz, mawiał, że warany są jak koty, tylko lepsze, bo skuteczniejsi jako łowcy.
– Chodzą przy domu i polują na szczury jak koty. Tylko wyglądają trochę inaczej…
Właśnie. Jak smoki.
Na Komodo organizowano krwawe pokazy dla turystów, przywiązując kozę do pala, by amatorzy mocnych wrażeń mogli zobaczyć, jak warany ją zabijają i rozszarpują. Na Rinca tego nie robiono. Wypadek ze szczurem był najbardziej krwawą sceną z udziałem warana, jaką widziałam.
Jeden powód więcej, by na spotkanie ze smokami wybrać wyspę Rinca.

fot. Marta Tutaj

Nie tylko smoki
W pierwszą wędrówkę po wyspie miałam wyruszyć w towarzystwie strażnika (od czasu wypadku z zaginionym turystą samotne zwiedzanie wyspy jest zasadniczo zakazane!). Ale było gorąco i dość łatwo przekonałam mojego opiekuna, że uda się mi nie zaginąć. Obiecałam, że nie zabłądzę i nie dam się zjeść.
– Nie oddalaj się od zatoki. I nie zaczepiaj smoków! – ostrzegł mnie na odchodnym strażnik.
Potem wędrowałam wśród zagajników opuncji i palm borasus, z których robi się tu brunatny cukier. I po trawiastych pagórkach nad turkusowymi zatokami, wzdłuż koryt wyschniętych potoków. Słońce paliło, drobne jaszczurki – ubodzy krewni smoków z Komodo – umykały ze ścieżki, w gałęziach drzew krzyczały małpy i papugi. Jeleń z głową ozdobioną jednym tylko rozłożystym rogiem przebiegł równinę płynnymi skokami. Z zagajnika, w którym znikł, wypadło w panice stadko kur – a raczej kurów bankiwa, protoplastów kur domowych, żyjących tu dziko.
Na Rinca nie trzeba szukać kontaktu z naturą. Natura – w postaci wielkich jaszczurek, bawołów, małp, jeleni czy dzikich świń – sama przychodzi o różnych porach tuż pod chatę na palach. O świcie pobudkę urządzały mi makaki, uczesane w „irokeza” szare małpy, skaczące z drzew na dach. Nogale – duże, szarobrązowe ptaki o silnych nogach, rozkopywały ziemię tuż pod oknami domku. Wiele ich gniazd, umieszczonych w ziemnych budowlach w kształcie kopców, ciągnęło jak pasmo miniaturowych wzgórz za posterunkiem strażników. Wielkie warany wprowadzały się czasem prawem kaduka do kopców nogali, wyganiając prawowitych właścicieli.
Po południu przed hotelem przechodziły bawoły wodne, by zanurzyć się po łopatki w dołach z błotem. A w cieniu drzew za kuchnią pasły się jelenie i dzikie konie, których na Rinca żyło spore stado.
Wieczór należał do nietoperzy, które śmigały wokół dachu, co chwila wpadając na moją werandę. Duże owocożerne nietoperze, latające psy, odzywały się terkoczącymi głosami z ciemnych koron drzew. Na ścianach bungalowu cmokały i pokrzykiwały gekony toke. Pod podłogą buszowały nieduże dzikie świnie, ryjące w ziemi pod bungalowem. Najpiękniejsze widowisko zapewniały świetliki, migoczące na ścianach domów i pniach drzew. Gdy unosiły się w powietrzu, tylko bladozielona barwa światła odróżniała je od gwiazd.
Nocą wyprawiałam się z latarką nad pobliski strumień, gdzie czarne wodne węże polowały z pluskiem na drobne rybki, a czerwone kraby drążyły dziurki w wyschniętym mule.
Rankiem do biura strażników parku dotarłam równocześnie z waranem Augustem.
– Jeden smok, jedna kobieta – powiedział dowódca posterunku, obdarzony specyficznym poczuciem humoru, jak widać. – Lubię, jak z samego rana rachunek mi się zgadza – dodał z uśmiechem.
Opuściłam Rinca „okazją” – łodzią straży wybrzeża o romantycznej nazwie „Biały Piasek”, patrolującą okolicę. Strażnicy sprawdzali pozwolenia rybaków i polowali na kłusowników jeleni. Zatrzymali się na Rinca, by wziąć kąpiel w słodkiej wodzie. Przy okazji wypili połowę zapasu lokalnego piwa Bintang i coca coli, byli więc w towarzyskim nastroju. Przed świtem wyruszyliśmy w kierunku Komodo po gładkim, różowym od światła wschodu morzu.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o