W drodze do Colca

0
38
Chłopiec-z-lamą
Chłopiec z lamą | fot. Marta Tutaj
REKLAMA

Wąwóz Colca wyrzeźbiła rzeka Majes i dokonała nie byle jakiego dzieła. Ten surrealistycznie malowniczy kanion – sławny lamami, kondorami, wulkanami, gorącymi źródłami i malowniczymi strojami mieszkających tu Indian – ma 100 km długości i 3400 m głębokości.

REKLAMA

Tę turystyczną atrakcję Peruwiańczycy zawdzięczają zresztą… Polakom. Przełom rzeki Majes jako pierwsza przebyła łodzią w 1981 roku ekspedycja polskich studentów. Prawie 30 lat później wąwóz badali pod względem przyrodniczym i geologicznym polscy naukowcy. A kolejna polska ekipa przepłynęła najbardziej niedostępny, 20-kilometrowy odcinek spływu kanionem.

Wyprawy polskich kajakarzy czy wspinaczy do kanionu Colca pod koniec XX w. stały się niemal naszą narodową tradycją. Polacy też jako pierwsi podjęli próbę obrony kanionu Colca przed… Peruwiańczykami, którzy zaplanowali tu budowę szerokich dróg i mostów dla ruchu turystycznego.

Pejzaż z pomarańczowymi ptakami

Po drodze do Colca trzeba „przeskoczyć” wysokość 4300 m n.p.m. Wycieczka wysokogórskimi drogami pozwala podziwiać bardzo różnorodne krajobrazy: od puny, półpustynnej wyżyny porośniętej kępkowatą trawą, po zielone terasy pól na porysowanym przez rzekę plateau, albo panoramy wulkanicznych szczytów. W punkcie widokowym Mirador de Tapay, gdzie staje się po drodze, bo jest tu widok na cztery strony świata (dosłownie), ułożono setki kamiennych „wieżyczek” z nazwami widocznych stąd wulkanów.

Z Puno do Arequipy jechałam rozklekotanym lokalnym autobusem, przemierzającym pustynię żwirową – krainę białego pyłu i różowych kamieni. Pył walił kłębami przez nieszczelne okna, więc podczas jazdy nie przyglądałam się specjalnie drodze. Gdzieś nad płytkim, słonym jeziorkiem pejzaż za zakurzoną szybą przekrzywił się nagle, jak w źle ustawionym kadrze. Autobus toczył się, kołysząc, odchylony od pionu o jakieś czterdzieści stopni. Spojrzałam na drogę – i to nie była droga! Jechaliśmy po osypującej się, piaszczysto-kamienistej skarpie, z licznymi dołkami i wyrwami. W Europie nie mogłaby pretendować nawet do miana drogi w budowie. A jednak wszyscy tędy jeździli – ciężkie ciężarówki, szkolne autobusy, klimatyzowane autokary.

Góry nad nami były brunatne i białe, z nalotem soli i zerodowanej gleby. Jechaliśmy dalej, przez Rezerwat Salinas i Aguada Blanca – wyżynę o brunatnożółtych trawach, ze słonymi jeziorami, nad którymi latały czerwonaki. Na horyzoncie zalśnił bielą śnieżny masyw wulkanu Misti, a czerwonaki w locie pięknie wyglądają na jego tle. Flamingi amerykańskie mają intensywną, różowo-pomarańczową barwę, i czarne końce skrzydeł. Mój sąsiad w autobusie, nauczyciel z Arequipy, opowiedział mi, jak to na początku XIX wieku pewien Anglik zostawił romantyczny opis tej okolicy, zachwycając się bielą skrzydeł flamingów, latających nad lagunas. – Był chyba ślepy! – zaśmiewał się Peruwiańczyk. – Przecież wszyscy wiedzą, że flamingos są pomarańczowe!

Kanion-w-Colca
Kanion w Colca | fot. Marta Tutaj

Wersje lamy

Do wąwozu Colca – a raczej punktu widokowego nad nim – wykupiłam standardową wycieczkę w małym biurze podróży w Arequipie. Kierowca naszego wysłużonego busa miał na imię Veto i szeroki, zawodowy uśmiech… Na pylistych górskich drogach był „u siebie” –pozdrawiał spotkanych po drodze kierowców, zabójcze zakręty brał bez drgnienia brwi, a w długich, wykutych w skale tunelach, których po drodze było wiele, światła włączał dopiero wtedy, gdy turyści drętwieli ze strachu.

Rankiem w kierunku wąwozu Colca wyruszało co dzień kilkadziesiąt minibusów z turystami. Ulubiony sport kierowców to wyprzedzanie się nawzajem na karkołomnej trasie. Veto lubił wyprzedzać innych, i robił to – z czystego zamiłowania – w najbardziej nieprawdopodobnych i ryzykownych miejscach pełnej wyrw i nagłych zakrętów drogi. Zawisając kołami nad przepaścią, uśmiechał się do pasażerów, przepraszając, że trochę zatrzęsło.

Razem z Mikaelą, Niemką z uniwersytetu w Arequipie, bawiłyśmy się świetnie, wrzeszcząc z tyłu samochodu: „Adellante, Veto!”. Siedzący bardziej z przodu turyści – Hiszpanie, Peruwiańczycy i Latynosi z USA – cierpieli tymczasem na mdłości – dopiero co przylecieli do Peru i zapewne nie zdążyli się zaadaptować do życia na wysokości, a jazda Veto nie pomagała… Z ulgą przyjęli krótki postój w rezerwacie wigoni.

Lama jest narodowym zwierzęciem Peru, ale lama lamie nierówna. W okolicach Arequipy najwyżej cenione są wigonie – najsmuklejsze z amerykańskich „wielbłądowatych”, żyjące prawie dziko na objętych terenem rezerwatu puna i żywiące się suchoroślową trawą tych wyżyn, zbyt łykowatą dla owiec. Raz do roku okoliczni Indianie ruszają z koszykami na punę, nawołując: „Su, su!” – wabią do siebie wigonie i strzygą ich cenną wełnę, kilkakrotnie droższą od wełny lam i alpak.

Turyści, przystający w rezerwacie po drodze do kanionu Colca, mogą oglądać wigonie tylko z daleka. A przecież zwierzęta te potrafią paść się spokojnie o kilka metrów od drogi, po której przetaczają się autokary i ciężarówki! Jeszcze lepiej do dróg przystosowały się ptaki puny, ścierwniki i karakary. Często można zobaczyć, jak spacerują po asfalcie, szukając ciał zwierząt potrąconych przez samochody. Rezerwat nie wszystkich chroni.

Powyżej rezerwatu zaliczyliśmy jeszcze kilka postojów – m.in. przy Castillos de Callali, gdzie w zboczach gór sterczą iglice rzeźbionych przez erozję skał. A także przy płytkim jeziorku na podmokłej łące, gdzie brodziły alpaki – najbardziej kudłata wersja lam – i ibisy.

Indianki-przy-drodze
Indianki przy drodze | fot. Marta Tutaj

Kapelusze i kondory

Wieczorem i my weszliśmy do wody – w programie wycieczki była kąpiel w wulkanicznych źródłach w La Calera. Siedząc po szyję w ciepłej, lekko pachnącej siarką wodzie, wdychaliśmy chłód górskiego wieczoru i obserwowaliśmy pojawiające się na niebie gwiazdy. Obok grupka miejscowych seniorit wygrzewała się na stopniach basenu, stanowiąc przedmiot podziwu jankeskich nastolatków. Para płowowłosych Norwegów porzuciła górskie buty i ubłocone plecaki na skraju basenu. Ciemnoskóra piękność w srebrnym kostiumie leżała w parującej wodzie jak syrena w łaźni… Krótko mówiąc, nastrój błogiego odprężenia działał na wszystkie nacje.

Nocowaliśmy w Chivay – wiosce znanej z największej w okolicy liczby folklorystycznych restauracji, kapel indiańskich, i… kapeluszy. Indianki z żyjących tu szczepów Cavanas i Collaguas noszą szczególnie ozdobne kapelusze – pierwsze z błyskotkami, cekinami i tiulowymi ozdobami, drugie – kapelusze w całości pokryte misternym, kolorowym haftem. Podobno kobiety zamężne odginają ronda kapeluszy do góry, zaś dziewczęta i małe dziewczynki zerkają kokieteryjnie spod rond zacieniających twarze.

Najskromniejszy kapelusz znad wąwozu Colca kosztował – jako miejscowa pamiątka – sto dolarów. Indianki z obu szczepów gromadziły się na skraju drogi, w nadziei sprzedania turystom także wełnianych rękawiczek, kapeluszy, haftowanych portfeli. Towarzyszyły im dzieci, lamy, osły i na pół oswojone drapieżne ptaki. Wszyscy chętnie pozowali do zdjęć – za drobną opłatą. Dziewczynka ze szczepu Cavanas pozowała z myszołowem, który rozsiadł się na jej kapeluszu. Nasz uśmiechnięty kierowca przywitał się jak stary znajomy z przygarbionym starcem, dźwigającym na ramieniu innego, nieco mniejszego ptasiego drapieżcę. – Ola, Segundo! Que tal? (jak leci?) Que tal, Raco? – zwrócił się do ptaka. Raco, przetłumaczył Veto, oznacza andyjski wiatr.

Ptaki bardziej imponujące od Raco można zobaczyć w najbardziej urwistej części kanionu Colca, w okolicy Cruz del Condor. Z grani z kamiennym krzyżem można tu patrzyć z góry na największe latające ptaki świata. Czasem przysiadają i na ramionach krzyża.

Turyści natomiast obsiadają skraj grani, wyciągając w przepaść długie obiektywy kamer i aparatów fotograficznych. Z tego skalnego „skraju świata” widać urwiste ściany wąwozu, porośnięte agawą i wysokimi kaktusami, piętrzące się w zawrotnej perspektywie nad rzeką Majes. Między urwiskami poniżej szybują kondory. Ptaki bywają kapryśne – czasem dłuższą chwilę lecą wprost w obiektyw, by ułamek sekundy przed ujęciem zwinąć skrzydła i uciec w dół. A gdy już uda się zrobić zdjęcie, to oglądając je potem, można odczuć rozczarowanie. Dorosły kondor ma rozpiętość skrzydeł przekraczającą trzy metry (!). Gdyby sfotografować go obok człowieka, dałoby to wyobrażenie o rozmiarach ptaków. Ale uchwycone w pejzażu pod Cruz del Condor wielkie ptaki tracą wymiary… Dlatego, że tu wszystko – rzeka i skalne ściany, urwiska i białe wulkany na horyzoncie – jest o tyle większe niż kondory.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o