W mroku

0
189
Nietoperz owocożerny
Nietoperz owocożerny | fot. Marta Tutaj

Wąwóz Bantimurung to miejsce sławne. Odkrył go w 1857 roku brytyjski podróżnik Alfred Russell Wallace – przyrodnik, ewolucjonista, twórca koncepcji tzw. linii Wallace’a, dzielącej Indonezję na część azjatycką oraz australijsko – gwinejską. Bantimurung, jak cała wyspa Celebes, leży dokładnie w „strefie przejściowej” – występują tu gatunki flory i fauny obu tych krain zoogeograficznych.

Skrzydła i kwiaty
W porze suchej w wąwozie roi się podobno od motyli. Ja, niestety, byłam w Indonezji w porze deszczowej. W dodatku bus z Makasar, którym przyjechałam, tłukł się długo kiepskimi drogami. Do Bantimurung dotarłam więc po południu, kiedy właśnie zbierało się na deszcz.
Przy wejściu do wąwozu stoi dziś pawilon, gdzie można obejrzeć dziesiątki motyli na szpilkach oraz wysłuchać wykładu o ochronie przyrody i zakazie odłowów motyli w rezerwacie. Kawałek dalej, przy ścieżce wiodącej w głąb wąwozu, czekają sprzedawcy martwych motyli. Podsuwają kartonowe pudełka – w każdym jest po 20, 30 okazów, przypiętych na kartonikach, wciąż skrzących się lazurem, turkusową zielenią, połyskliwym granatem, bielą, oranżem i złotem…
Zbywam zarówno sprzedawców motyli, jak czekających obok kilku potencjalnych przewodników, i szukam drogi do jaskiń.
„Takich wąwozów, urwisk i skał nie widziałem nigdzie indziej w Archipelagu Indonezyjskim – pisał o Bantimurung Wallace. – W wielu miejscach skalne urwiska wznoszą się na pięćset, sześćset stóp. Ich białe fasady jakby uginają się od zielonych girland. Skalne ściany, poprzecinane rysami i kominami, żłobione niszami, skrywają wejścia do mrocznych jaskiń. Z każdej przewieszonej części wapiennego muru spływają stalaktyty…”
Na szczęście wąwóz wciąż tak wygląda. Kipiące zielenią skalne zbocza rozbrzmiewają chórem cykad i głosami ukrytych w gąszczu małp. Kremowe motyle, złote motyle i brązowe motyle krążą wśród zieleni i przysiadają na zwieszających się nad drogą, obsypanych drobnymi kwiatami pnączach – choć to nie sezon na motyle. Po drodze znajduję też kilka nieprawdopodobnie wyglądających gąsienic – przyszłych motyli.
Większość zwiedzających dociera tylko do głównego wodospadu, gdzie nad spienioną wodą latają małe jaskółki, połyskujące w słońcu granatowymi piórami. Wśród nich majestatycznie unoszą się wielkie białe motyle, okazalsze od drobnych ptaków. Wąskie schodki z poręczą prowadzą ponad wodospad, gdzie wytyczona wyraźnie ścieżka wiedzie przez las figowców, pierzastych palm i pnączy. Wiele roślin kwitnie – drobna premia za zwiedzanie wąwozu w porze deszczowej.

Motyl z Bantimurung
Motyl z Bantimurung | fot. Marta Tutaj

Wewnątrz skał
Przed najbliższą z jaskiń siedzi w kucki człowiek w kraciastym sarongu, z wielką lampą karbidową u stóp. Zarabia, wynajmując siebie i swoje światło turystom. Odmawiam i jemu, i wchodzę do jaskiń, świecąc komórką. Toteż szatę naciekową jaskini oglądam tylko fragmentarycznie (dość, by zauważyć parę namazanych graffiti!). Za to, gdy w drugim końcu jaskini wychodzę przy kolejnym wodospadzie, mogę pod nim swobodnie wziąć prysznic, bo nikogo tu nie ma.
Idę wyżej. Dwa ciemne, szerokie otwory czernieją w zboczu za pierwszym skalnym progiem. Nikt tu nie czeka z latarnią, a niebo jest pokryte naprawdę ciemnymi chmurami. Wybieram losowo jedno z wejść.
Za ostro opadającym w dół zejściem po kamieniach zaczyna się drewniany mostek, wiodący w ciemność. Jaskinia okazuje się znacznie dłuższa i obszerniejsza od pierwszej. Mocno rozklekotany mostek prowadzi nad zalanym wodą dnem, czasem jednak kończy się znienacka, i trzeba samodzielnie znaleźć wąskie przejście do następnej komory w pełnej rozpadlin ścianie. Szata naciekowa jaskini nawet w stale słabym świetle komórki robi wrażenie – w kolejnych komorach odsłaniają się kamienne grzyby, kurtyny, filary. W jednym miejscu mostek przeciska się między wąskimi kolumnami naciekowymi, łączącymi strop z podłożem. Gdzie indziej ściana wygląda jak wodospad lawy z rdzawym połyskiem.
W jednej z szeroko otwierających się w górę komór zaczynam nasłuchiwać – ciemność nade mną jest pełna szelestów. Ostry pisk i łopot rozwiewają wątpliwości: jestem w królestwie nietoperzy. Sunąc smugą światła po ścianach i sklepieniach, znajduję ich wiele – zawieszonych głową w dół na niewidocznych dla mnie nierównościach skały. Jest sporo rudawek – wielkich nietoperzy owocożernych, które wiszą owinięte skrzydłami jak pelerynami z czarnej skóry i mrużą w świetle swoje duże oczy. Są też nietoperze mniejsze, z różowymi pyszczkami i ostrymi uszami, przypominające miniaturki Latających Małp z „Czarnoksiężnika z Oz”. Istny zwierzyniec pod stropem.
Gratuluję sobie, że nie zdecydowałam się na żadnego przewodnika – gadatliwy guide popsułby mi cały urok odkrycia sali nietoperzy… Kilkadziesiąt minut później moja euforia jednak słabnie. Docieram do wylotu jaskini, położonego w stoku w całkiem obcej okolicy. Deszcz pada w najlepsze, nagrzany tropikalny las na stoku paruje białymi obłokami. Od wylotu jaskini w dżunglę prowadzi kilka wąskich ścieżek, nie ma jednak kogo zapytać, dokąd wiodą ani którą powinnam wybrać. W deszczu na moich oczach ścieżki zamieniają się zresztą szybko w błotniste wąwozy. W dodatku zostawiłam część rzeczy przy wejściu do jaskini – nie pozostaje mi nic innego, jak ponownie przez nią przejść.
Niestety, bateria mojej komórki już sygnalizuje, że właśnie się kończy… Nie mogę dalej używać telefonu jako latarki. Jeszcze chwilę, i zostanę bez światła i bez łączności.

Koniec światła
Cóż robić – przywiązuję blado świecący telefon do kostki nogi, by przynajmniej od czasu do czasu widzieć podłoże. Drewniany mostek, jak miałam okazję stwierdzić wcześniej, stracił akurat tyle desek, ile zachował, a podejścia po kamieniach są śliskie. Stąpam więc noga za nogą, dotykając wszystkiego co przede mną. Dzięki temu, kładąc rękę na ścianie, czuję, że coś z mnogością nóg i czułków spod niej ucieka. W krótkim błysku z komórki przyglądam się stworzeniu – wygląda jak wielki wij na dłuugich nogach. Postanawiam, że jest nieszkodliwy, i idę dalej.
Komórka się wyłącza. W mroku jaskinia pełna jest głosów: mostek skrzypi, spadające krople wody budzą wielokrotne echo. Jest też wiele tajemniczych, niemiarowych odgłosów – nagłe pluski w wodzie pod mostkiem, chroboty wśród kamieni, coś, co przypomina ciche stąpanie…
W jaskiniach krasowych Celebes odkryto podobno nieznane wcześniej nauce gatunki zwierząt – ryby, kraby i krewetki… Nasłuchując w mroku, wyobrażam sobie, co jeszcze może się tu kryć.
Straciłam rachubę czasu. Nie wiem, czy na zewnątrz jest jeszcze jasno, ani czy ciągle pada. Myślę o tym, że można było wziąć jakieś zapasowe światło – jeśli nie latarkę, to chociaż jakąś świeczkę. Po omacku na dnie kieszeni znajduję mały pakiecik zapałek z jakiegoś hotelu. Zostały w nim tylko cztery zapałki. Lepiej zachować je na „czarną godzinę” – gdybym np. zgubiła drogę. Jeśli mam stąd wyjść, to po ciemku. Na szczęście jaskinia jest wysoka. Trzymając się drewnianego mostku, powinnam trafić do wyjścia. Muszę tylko naprawdę, ale naprawdę uważać pod nogi. Utknąć ze zwichniętą kostką w jaskini, gdzie przez parę dni nikt może nie dotrze to kiepski pomysł.
Ruszam dalej, prawie na czworakach, dotykając dłońmi desek i kamieni pod nogami. Mostek skrzypi, krople wody spadają z echem. A ciemność wokół jest jak żywa.

Nietoperze na stropie
Nietoperze na stropie | fot. Marta Tutaj

Więcej skrzydeł
Wyczułam to bardziej, niż usłyszałam. Obudziły się nietoperze. Mrok wokół pełny jest teraz ruchu i błoniastych skrzydeł. Blisko, bardzo blisko mnie. Pełznąc po dnie jaskini, czuję na twarzy i ramionach ruch powietrza, słyszę trzepot lub kłótliwe piski. Na szczęście nikt mi nigdy nie wszczepił lęku przed nietoperzami. Oczywiście lepiej, żeby żaden na mnie nie wpadł.
I już śmieję się sama z siebie. Mrok to żywioł nietoperzy. Owszem, ja jestem w tej jaskini ślepa jak kret, ale one mają echolokację, węch i co tam jeszcze. Ja ich nie widzę, ale one „widzą” mnie zapewne lepiej, niż ja je przedtem, w słabym świetle. Widzą mnie i omijają w locie. Dlaczego miałyby na mnie wpadać?
I tak, pełznąc w ciemności po dziurawym mostku, z burzą nietoperzy nad głową, nagle poczułam się… dobrze! Dopadło mnie niespodziewanie poczucie harmonii ze światem. Przecież jestem częścią tej ciemności. Owszem, nieprzeniknionej i czarnej, pełnej ruchu, może nawet zatłoczonej…, ale bezpiecznej! Skrzydlate stworzenia, stworzenia, które w niej przemykają, wiedzą o mnie i uważają na mnie…
Do placyku przy bramie wąwozu dotarłam o zmierzchu, w deszczu. Wodospadem spływały smugi brunatnego błota, w kipieli na dole wirowały splątane gałęzie. A pod okapem skał, gdzie nie dotarł ulewny deszcz, wciąż unosiły się wielkie białe motyle.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o