W porze monsunu

0
211
Perhertian, fot. Marta Tutaj

Low season, czyli okres niskich obrotów w turystyce, trwa w Malezji od pierwszych dni stycznia do połowy lutego, kiedy zaczyna się tzw. chiński nowy rok. Jest to też pora monsunu, co może oznaczać wysokie fale na morzu, całodzienne deszcze i przerwy w kursowaniu promów. Ale oznacza to też: puste plaże tam, gdzie w sezonie trudno znaleźć miejsce, i niższe ceny.

„Nikt tam nie pływa…”

Moją podróż przez Malezję zaczęłam od wschodniego wybrzeża, co okazało się nie całkiem fortunne, ale i nie do końca błędne. Falstart zaliczyłam w Mersing, niewielkim porcie leżącym o dwie godziny jazdy autobusem od granicy z Singapurem. Warto dodać, że granicę przekracza się bezproblemowo, wsiadłszy w Singapurze na Arab Street w autobus jadący do Johor Bohoru. Podczas dwóch krótkich przystanków na granicy przechodzi się kontrole paszportowe, a dociera się do dworca w Johor Bohoru, gdzie nietrudno i wymienić pieniądze i złapać autobus do dowolnego miasta w Malezji. Podróż prostsza, niż np. dostanie się z Tarnowa do Nowego Sącza.
W Mersing, dotarłszy do jetty, czyli portu promowego, dowiedziałam się, że nie sposób dostać się na wyspę Tioman, dokąd zamierzałam płynąć, bowiem zarówno kursy promów, jak i łodzi, zostały na dwa tygodnie wstrzymane.
– Ponieważ jest monsun – poinformowała mnie szeroko uśmiechnięta Malezyjka, spowita w starannie upiętą wokół głowy muzułmańską chustę. – Wiatr, wielkie fale, niebezpiecznie! Na wyspach wszystko jest zamknięte i nikt tam nie pływa.
Wówczas jeszcze nie wiedziałam o przypadłości miłych poza tym Malezyjczyków – że często uznają coś za niemożliwe, nie sprawdziwszy tak naprawdę możliwości. Zrezygnowałam zbyt łatwo i pojechałam na dwa dni na malowniczą plażę na wybrzeżu w okolicy Kuantan. Stamtąd ruszyłam do kolejnego portu – Marang. Wylądowawszy, usłyszałam to samo: promy odwołane, łodzie nie kursują, na wyspach wszystko zamknięte. Na szczęście wieczorem poszłam na pasir malam (wieczorny targ) na wybrzeżu, gdzie prócz smacznych placków i koktajlu z kukurydzy dostałam dobrą radę.
– Przyjdź jutro koło ósmej rano do przystani – powiedział człowiek sprzedający „japonki” i fałszowane zachodnie perfumy. – Jeden człowiek z wyspy Kapas co rano odwozi syna do szkoły na lądzie. Jego żona prowadzi hotel na wyspie.
Rada była warta więcej, niż 3 ringity (1 ringit – ok. złotówki) zapłacone za „japonki”. Następnego dnia zabrałam się łodzią na wyspę Kapas z właścicielem Qimi Chalet, który – niezależnie od monsunu – chętnie wynajął mi bungalow na plaży. Wraz z parą Niemców – moich sąsiadów, którzy trafili tu tą samą drogą dwa dni wcześniej, byliśmy jedynymi turystami na wyspie. Bajeczne plaże, turkusowe morze, ogrody koralowe, łowienie ryb z pomostu, dżungla i wieczorne koncerty cykad, posiłki przy stolikach na plaży, w cieniu drzew migdałowych – tylko dla nas.

Wybrzeże w okolicy Kuantan, fot. Marta Tutaj

Romantycznie i w promocji

Na kolejną wyspę, Perhentian, dotarłam dzięki dobrze poinformowanemu właścicielowi schroniska w Kota Bahru, miasta w pobliżu tajskiej granicy. Na wyspę kursowała raz dziennie motorowa, wściekle skacząca po falach łódź. W przystani powitał nas szeroko uśmiechnięty Hindus w nienagannym uniformie obsługi najdroższego na wyspie hotelu, Shari-la – skupiska bungalowów położonych na stoku nad morzem. Gdy zasugerowałam, że najdroższy hotel na wyspie raczej nie jest w moich możliwościach finansowych, Hindus zapewnił, że ależ tak, jest. – W porze monsunu podróżują głównie budget tourist. Dostosowaliśmy ceny…
Pokój nad należącą do hotelu „Romantyczną Plażą” wynajęłam za 30 ringitów.
Na „Romantyczną Plażę” przed ósmą rano przypływały rekiny. Krążyły w płytkiej wodzie przy brzegu. Na szczęście były to pospolite rekiny rafowe, które nie zaczepiają człowieka i z reguły schodzą mu z drogi. Jednego udało mi się nawet przestraszyć, gdy – w masce i płetwach – pojawiłam się nagle zza kępy korali. Rekin zrobił błyskawiczny zwrot i pomknął jak strzała w błękitny mrok.
Inną dużą rybą w okolicy był wielki, co najmniej metrowy wargacz, żyjący pod porośniętym koralami głazem. Nie był zbyt piękny – szaro-czarny, plamisty, z głową z jednej strony białą, jakby po zranieniu czy oparzeniu. Jednak ryba tych rozmiarów zawsze budzi zainteresowanie, toteż szukałam go i zwykle znajdowałam rankiem, wiszącego ukośnie w wodzie z szeroko rozstawionymi płetwami, podczas gdy smukłe, błękitno-czarne rybki-czyściciele skubały jego plamistą skórę. Żółwie morskie pojawiały się przy „Romantycznej Plaży” zwykle po południu. Skubały wodorosty o trójkątnych liściach, rosnące na głazach, a czasami wynurzały się całkiem blisko z głębokim westchnieniem, by wypuścić z płuc zużyte powietrze i zaczerpnąć świeżego.
Były jeszcze żółte, błękitno nakrapiane raje z jadowitymi kolcami w ogonie, skrzydlice unoszące się nieruchomo w wodzie, jak rozpięte na rusztowaniu swych promienistych płetw, roje ryb-motyli, błyskających intensywną żółcią, jaskrawym szafirem i oranżem, były błazenki, ukrywające się w fioletowych ukwiałach i wynurzające się na widok intruza z bojową miną. Wcześniej, na wyspie Kapas, spotkałam wyjątkowo walecznego błazenka, który – gdy się z nim drażniłam – z pasją kąsał mój palec. Przy „Romantycznej Plaży” żyły mniej śmiałe, ale rzadsze gatunki tych rybek, czarno-białe i pomarańczowe z czarno-szarym cieniem. Przy dnie unosiły się w wodzie ryby-brzytwy, przypominające klingi noży i ryby-nietoperze – jak pożółkłe liście, unoszące się na falach.

Chińska świątynia w Mersing, fot. Marta Tutaj

Smaki raju

Nie mniej ciekawie było ponad wodą. Po południu, gdy po długim pływaniu z maską wygrzewałam się na głazach, czekając na zachód słońca, nad morzem śmigały morskie orły, po pniach palm nad plażą biegały w górę i w dół, trajkocząc i poświstując, palmowe wiewiórki. A po zaścielających plażę koralowych odłamkach spacerowały z chrzęstem wielkie warany monitory, które wychodziły po południu z lasu, by ogrzać się w słońcu.
Pływając wzdłuż wybrzeża przekonałam się też, że warany morskie z Galapagos, które podziwiałam kilka lat temu w innej części świata, nie są bynajmniej jedynymi jaszczurkami sprawnie pływającymi w morzu. Młode warany monitory z malezyjskiej plaży radziły sobie w słonej wodzie nie gorzej, pływając w niej i nurkując wężowym ruchem, z przyciśniętymi do tułowia kończynami.
Inne jaszczurki – brązowe scynki z żółtym pasem na boku – przemykały, na wyścigi z dużymi krabami skalnymi, po kamieniach. Na kwitnący krzew koło mojego bungalowu w dzień zlatywały roje fantastycznych motyli i ciężkich, niebiesko-czarnych pszczół. Nocą natomiast te same kwiaty ściągały nietoperze, które zawisały w powietrzu, by skosztować pyłku. Większe nietoperze, „latające psy”, zlatywały na owocujące drzewa palmowe w poszukiwaniu owoców.
Po południu też na plażę schodzili z wypożyczonymi w hotelu maskami i płetwami malezyjscy amatorzy snorkelingu. Muszę przyznać, że mieliśmy z tego sporo zabawy, bo Malezyjczycy mają własne wyobrażenie o pływaniu: wchodzą do wody kompletnie ubrani, kobiety i dziewczęta nawet w chustkach na głowie, na które wciskają maski. Mimo, że są na płyciźnie, wszyscy wkładają dodatkowo kamizelki ratunkowe, dzięki czemu już prawie nie mogą się ruszać. Nie szkodzi: płetwy w tym sporcie służą już głównie do tego, by stać na dnie w wodzie po ramiona i obserwować belony – długie, smukłe ryby, wabione zielono zabarwionym chlebem tostowym. Bellony, które uwielbiają się bawić, biorą chleb z ręki, a spowite w unoszące się na wodzie stroje Malezyjki krzyczą z entuzjazmu, że robią coś tak niebezpiecznego… Mimo wszystko daje im to tyle radości, że zarozumiali Europejczycy, obserwujący rzecz z brzegu, starają się nie śmiać zbyt głośno…
Wraz ze znajomymi z plaży zbieraliśmy zielone orzechy kokosowe. Rozbijaliśmy je o skały, by dostać się do soku, i kończyliśmy tę szczególną ucztę skąpani w mleku kokosowym (otwierając w ten sposób kokosy nie da się nie wylać części soku na siebie!) Ida, Niemka, zawsze podkreślała, jak znakomity dla cery jest taki prysznic :). A jedząc przy lampkach oliwnych na plaży świeże ryby z rusztu lub kałamarnice w sosie imbirowym (danie warte polecenia, szczególnie z sokiem z limetki!), czy też pochłaniając obfite śniadanie z ryżu curry, pierożków somosa, grzanek i sorbetu w hotelowej restauracji z widokiem na zatokę, można uwierzyć, że jeśli nie jest się jeszcze w raju, to całkiem, całkiem blisko…

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o