Australia to na pewno inny koniec świata. Boże Narodzenie, na przykład, przypada tu w środku letnich wakacji. Australijczycy z dużych miast ruszają zwykle nad morze albo na camping w buszu.
Brisbane, główne miasto wschodniego wybrzeża, nie ma wyglądu tropikalnej metropolii. Dwupoziomowe skrzyżowania, drapacze chmur, centra handlowe, kosze na śmieci, puby i markowe fastfoody… Miasto ma też muzea z salami wystawowymi projektowanymi przez dobrych architektów i interaktywnymi prezentacjami. Albo bajeczne ogrody – z podwieszanymi ścieżkami, kaskadami wodnymi, basenami do pływania i sztucznymi wyspami.
Iluzja europejskości słabnie o zmierzchu, gdy z fontanny w parku uniwersyteckim wychodzą wielkie, egzotycznie wyglądające agamy, a po trawnikach wędrują ibisy – białe ptaki o czarnych, pomarszczonych szyjach. Na drzewa przy centrum handlowym spadają stada rudawek – nietoperzy rozmiarów małego psa. A jeśli wentylacja nocą przestanie działać, może się okazać, że zapchały je spragnione wilgoci jaskrawozielone żaby wielkości spodka… Australijczycy umówili się jednak, że żyją po europejsku i na podobne objawienia nie zwracają uwagi.
Święta na Wielkiej Rafie
Na wakacje Australijczycy wyjeżdżają w grudniu. W Queensland, najbardziej turystycznym stanie tego kraju-kontynentu, mają do wyboru wiele atrakcyjnych miejsc – jak Wielka Rafa Barierowa, którą można zwiedzać ze statku, z prywatnego jachtu, z wyspy albo platformy Reef World, zacumowanej na otwartym morzu. Na platformie jest m.in. podwodny amfiteatr, gdzie można sfotografować się w towarzystwie ryb lub żółwi morskich, zaglądających przez szybę. Jest też szlak wzdłuż rafy zabezpieczony linami, który można zwiedzać z maską, płetwami i fajką albo łódź ze szklanym dnem dla tych, którzy nie chcą wchodzić do wody. Jest też mały ośrodek badawczy, prysznice, restauracje… No i żyje tu dyżurny wargacz imieniem Wally – ponad metrowa rybka z garbem na czole, która pokazuje się turystom zawsze, kiedy żółwie morskie, ośmiornice czy papugoryby odmówią współpracy.
Można też wybrać się na wycieczkę na Lady Musgrove Island. To mała wysepka osiągalna z miasta o dziwacznej nazwie 1770 (Seventeen Seventy). Miasto, nazwane tak podobno na pamiątkę przybycia do wybrzeży Australii kapitana Cooka, jest popularną destynacją wakacyjno-świątecznych wyjazdów. Na wysepce gnieżdżą się rzadkie, ciemnopióre rybitwy. A w pierścieniu korali, otaczającym wyspę, podczas pływania z maską mieliśmy spotkanie z przypominającą węża morskiego, żółto nakrapianą mureną. Była długa na 2 m, grubsza niż męskie udo i z ponurym pyskiem pełnym zębów wyglądała… no, strasznie. Okazała się jednak monstrum niezainteresowanym ludźmi.
Inna wakacyjna wyspa to Great Keppel Island – miejsce, gdzie tuż po zjedzeniu pizzy w lokalu z paszczą rekina na fasadzie, w malowniczych zatoczkach można pływać z wielkimi płaszczkami, obserwować pstrokate, pełzające po rafie rekinki albo bajecznie kolorowe ślimaki morskie. W zatoce przy Monkey Beach prawie nadepnęłam tzw. rekina gitarowego – półtorametrową płaszczkę, która – leżąc w piasku w płytkiej wodzie – do złudzenia przypomina żarłacza. Owszem, najadłam się strachu. Ale i ten morski potwór okazał się nieszkodliwy.
Po bąbelkach ich poznacie
Queensland jest pełne wysp. Oto Fraser Island – podłużna, pokryta płowym piaskiem. Rozbiwszy namiot, można tu obserwować psy dingo o jasnej sierści, przemawiające do siebie w pejzażu pustyni jękliwymi głosami. Oto Whitsunday, Wyspy Zielonych Świątek – malowniczy archipelag zielonych pagórków na lazurowym morzu, który najlepiej zwiedzać własnym jachtem. Wolicie ląd? Proszę bardzo. Oto Rainbow Beach – klify z piaskiem w najróżniejszych kolorach: od bieli do czerni, od brązu po jaskrawy pomarańcz. Piękna plaża zalewana falami w czasie przypływu, rozjeżdżana jeepami z napędem na cztery koła lub karawanami wielbłądów, gdy jest odpływ. Oto Everglades – bagna i rozlewiska do zwiedzania wygodną łodzią ze szklanym dnem, pełne wodnego ptactwa i krokodyli. Albo Eugnella National Park, gdzie bladym świtem na śródleśnych jeziorach wypatruje się dziobaków, ssaków z kaczym dziobem. Ich obecność poznaje się po wypływających na powierzchnię bąbelkach powietrza. Oczywiście są inne źródła pojawiających się na zielonawej powierzchni wody baniek – np. ruchy ryb albo muliste dno. Trzeba się nauczyć odróżniać te „dziobakowe” od przypadkowych.
Moim ulubionym miejscem w Queensland była Noosa Head, turystyczna miejscowość na Słonecznym Wybrzeżu. W Noosa są sklepy dla surferów i drogie kawiarnie, i mnóstwo willi wczasowych w stylu “włoskim”, “angielskim” i “greckim”. Ale jest też rzeka, nad którą zlatują stada czarnych kakadu, wybrzeże z najpiękniejszym przybojem, jaki w życiu widziałam, i półwysep pokryty egzotycznym lasem, gdzie można zobaczyć wspinające się na drzewa warany i chichoczące kukabury. Są tu także niedźwiadki koala – najłatwiej wypatrzyć je na drzewach eukaliptusowych nad główną ulicą, na której ustawiono znaki ostrzegające o podobnych “przechodniach”. Przed wejściem na szlak turystyczny wisi tablica z napisem brzmiącym jak z “Alicji w Krainie Czarów”: “Jeśli chcesz zobaczyć koale, szukaj przy Dzbanku Herbaty”. Teapot (Dzbanek Herbaty) to widokowe miejsce na szlaku, gdzie las schodzi do morza.
O jedną plażę dalej, pływając w morzu, obserwowałam starcie dwóch orłów na niebie, a upuszczona podczas tego starcia ryba spadła do wody o metr ode mnie. Siedząc po szyję w “Czarodziejskich Stawkach” – maleńkich skalnych zatoczkach porośniętych ukwiałami – obserwowałam delfiny. W Noosa też, pływając kajakiem po płytkich słonawych wodach rzeki, brodziłam w mangrowcach, odkrywając zawieszone nad wodą gniazda orłów i kormoranów, kolonie wielkich nietoperzy albo przemarsze krabów-żołnierzy, wędrujących po piasku zwartymi, jasnoniebieskimi kolumnami.
Czym tu straszą?
Australijczycy wierzą, że żyją w najlepszej możliwej części świata, co nie przeszkadza im panicznie bać się wielu rzeczy. Na przykład słońca (na każdym przystanku można znaleźć ostrzeżenia i adresy klinik leczących raka skóry) albo morza – z powodu rekinów i parzących meduz, a także z powodu rip curls – silnych prądów odpychających pływaków od wybrzeża. Boją się też oczywiście węży, pająków, insektów itd.
Przeciętny Australijczyk podczas swoich bożonarodzeniowych wakacji raczej unika i słońca, i morza. Na imponującej plaży w Surfers Paradise niemal wszyscy są pokryci grubą warstwą pianki z sunblokerem. A biegający po plaży ratownicy bynajmniej nie wyglądają jak ci ze “Słonecznego Patrolu” – mają na sobie pełne kombinezony, zasłaniające ciało od łydek po czubek głowy. Wielkie tablice przy plażach ostrzegają przed stingers – jadowitymi meduzami, których Australijczycy znają co najmniej tuzin. Pewien duży gatunek może przyprawić podobno pływaka o gorączkę i paraliż, jednak z mniejszymi zetknęłam się już w Indonezji – co było bolesne, ale do wytrzymania. U wybrzeży Azji oparzenia od tzw. meduz pudełkowych opatruje się sokiem z limetki, i tyle.
W Surfers Paradise wysłuchałam też kilku mrożących krew w żyłach historii o surferach zaatakowanych przez rekiny. Ale Robby, półkrwi aborygen, uczący na deptaku turystów gry na digeridoo (huczącej zdobionej rurze), zapewniał, że wybrzeże Surfers chronione jest od dawna stalowymi siatkami.
Za niebezpieczne zwierzęta uchodzą też np. kangury. Nie ze względu na swój talent do kickboxingu, ale dlatego, że wyskakują na drogę czasem tuż przed samochodem. Australijczycy jeżdżą szybko. Na autach montuje się specjalne metalowe zderzaki, które mają odrzucić potrąconego kangura. Nie lubiłam dróg w Australii. Nigdzie indziej nie rozjeżdża się tylu absolutnie rzadkich i unikalnych zwierząt.
Opuszczałam Australię z mieszanymi uczuciami. Czy jest to kraj cywilizowany? Niewątpliwie. Nigdzie nie można dostać tak bezsmakowej kawy i hamburgerów, jak w barze przy centrum komunikacyjnym w Brisbane. Każdy, nawet tani hotel ma własny basen, a każdy camping – paleniska do grilla.
Czy jest to kraj dziki? Pewnie! Spróbujcie przespać się w tanim motelu, a zawrzecie na pewno bliską znajomość z prawie zapomnianymi w Europie pluskwami. A na plaży, w pełnym słońcu, mogą pogryźć was maleńkie muszki piaskowe, których ukąszenia swędzą długo i nieznośnie.
![Trwają prace przy ul. Lwowskiej [ZDJĘCIA] Lwowska remont marzec](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/03/Lwowska-remont-marzec-3-218x150.jpg)
![Elektryczny autobus pojedzie ul. Wałową? [ZDJĘCIA] Autobus elektryczny ul. Wałowa Tarnów](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/03/IMG_20251205_125959-218x150.jpg)
![Postępują prace przy ul. Batorego [ZDJĘCIA] Remont Batorego](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/03/Remont-Batorego-7-218x150.jpg)
![Rozpoczął się Kaziukowy Jarmark na tarnowskim rynku [ZDJĘCIA][WIDEO]](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/03/DSC0008-218x150.jpg)









![Maksymilian Kwapień wrócił na scenę w Tarnowie [ZDJĘCIA] Maksymilian Kwapień](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/02/Koncert-13-218x150.jpg)










