19 majestatycznych budowli ze śmigłami (każda o wysokości prawie 28 metrów) powstałych w pierwszej połowie XVIII wieku i ustawionych wzdłuż wielokilometrowego kanału to jedna z największych turystycznych atrakcji Holandii. Stoją 15 kilometrów od Rotterdamu, w miejscu zwanym Kinderdijk, co w tłumaczeniu na polski oznacza dziecięcą groblę.
Pływająca kołyska
Nazwa powstała po wielkiej powodzi, która nawiedziła tamtejsze tereny w nocy z 18 na 19 listopada 1421 roku. Legenda głosi, że kiedy nawałnica nieco się uspokoiła, mieszkaniec jednego z ocalałych polderów poszedł obejrzeć straty, jakich dokonała woda. Idąc brzegiem zobaczył pływającą kołyskę, w której spokojnie spało niemowlę. Przed zatonięciem ratował je kot, zręcznie przeskakujący z jednej na drugą stronę kołyski.
Pierwszy wiatrak – ogromna pompa napędzana wiatrem – powstał tam w 1738 roku, do dzisiaj jest symbolem nowatorskiej myśli technicznej i zwycięskiej walki człowieka z żywiołem. W 1997 roku Kinderdijk wpisane zostało na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.
Ciepło było tylko w kuchni
W tragicznej powodzi zginęło kilka tysięcy mieszkańców. Ogromne połacie żyznej, torfowej ziemi na stulecia wyłączone zostały z użytkowania. Aby zapewnić sobie bezpieczeństwo mieszkańcy kopali szerokie kanały, do których spływał nadmiar wód. Na początku XVIII wieku Holendrzy opracowali plan budowy zespołu wiatraków, dzięki którym osuszano uprawne ziemie. Do 1760 roku w Kinderdijk z ogromną mocą pracowało już 19 ogromnych pomp. I mimo że sto lat później ich rolę przejęła elektryczna przepompownia, to niderlandzka inżynieria wodna do dzisiaj uważana jest za najlepszą na świecie.
Wiatraki pełniły nie tylko rolę pomp, były także domami. W jednym z nich, udostępnionym do zwiedzania, przekonać się można w jakich warunkach żyli ich budowniczowie. Mimo że dziwi niewielka powierzchnia, jaką można było wykorzystać na mieszkanie, to z reguły rodziny, które w nich bytowały i pracowały, liczyły nawet po kilkanaście osób. Jedynym ogrzewanym pomieszczeniem była kuchnia, w której gotowano posiłki, a panie domu miały kącik do szycia odzieży czy naprawiania rybackich sieci. W jej wnęce, za zasłoną, znajdowało się posłanie dla gospodarzy, nad nim umieszczona była półka z miejscem na kołyskę dla najmłodszego dziecka.
Wiatraki są domami
Łóżka dla reszty pociech znajdowały się w niewielkich niszach na różnych poziomach wiatraków. Największą powierzchnię budowli stanowią strome schody, oprócz tego w każdej z nich znajdowały się pomieszczenia do wędzenia ryb, na samym zaś dole każdy centymetr powierzchni wykorzystywano do przechowywania żywności, ubrań oraz naczyń i sprzętów niezbędnych w każdym domu.
I dzisiaj zachowane w doskonałym stanie wiatraki są zamieszkałe, nowi właściciele wprawili w nich nowoczesne okna, zamontowali systemy grzewcze, dobudowali tarasy, a nawet niewielkie budynki gospodarcze i schodzące do kanału malutkie mola.
Potomek budowniczych z Żuław
W jednym z nich urodził się i wychował Koko – to skrót od Korneliusza, który jest etatowym pracownikiem muzeum. Potem sam założył rodzinę, a wiatrak był domem dla jego czwórki dzieci. – Każda, najmniejsza nawet przeróbka w wiatraku zgłoszona musi zostać w odpowiednim urzędzie, nic nie możemy w nim robić na własną rękę. Ale nie wyobrażam sobie, że mógłbym mieszkać gdzie indziej, codziennie budzi mnie krzyk wodnych ptaków, oddycham czystym powietrzem. Kiedy mieszkały jeszcze z nami nasze dzieci, miejsca faktycznie mieliśmy mało. Z każdą pracą, jeśli tylko było to możliwe, wychodziliśmy poza mury wiatraka. Moje dorosłe już dzieci uwielbiają tu wracać – opowiada Korneliusz.
Kiedy mówię Koko, że przyjechałam z Polski, bardzo się ożywia, prowadzi do swojego biura, po chwili z drukarki wysuwa się kilka kartek papieru. Zapisana jest na nich historia budowy wiatraków na terenie… Żuław Wiślanych. Okazuje się, że mężczyzna jest potomkiem protestanckich anabaptystów, którzy prześladowani w swoim kraju szukali nowych miejsc do życia.
– Jako znakomici specjaliści w osuszaniu bagien, budowaniu wałów i wiatraków wyruszyli na podmokłe Żuławy, gdzie stworzyli kawałek Holandii. Wiatraki, które tam powstały różniły się jednak od tych w Kinderdijk, rolę spełniały taką samą, ale nikt w nich nie mieszkał – wyjaśnia Koko.
Turyści z całego świata
Holenderscy osadnicy zajmowali się nie tylko melioracją, przyczyniali się także do rozwoju miejscowości, w których żyli, zajmowali się browarnictwem i gorzelnictwem, handlem, garbarstwem. Większość wybudowanych przez Holendrów wiatraków nie zachowała się do naszych czasów, pozostałości po dwóch z nich znajdują się w Drewnicy i Palczewie.
Bilet do Kinderdjik kupić trzeba dużo wcześniej, chętni do zwiedzania tego wyjątkowego miejsca przyjeżdżają z całego świata. Samo wejście na polder jest bezpłatne, jednak wtedy wiatraki można oglądać tylko z zewnątrz. Jako że teren muzeum jest ogromny, skorzystać można z wypożyczalni rowerów albo wykupić bilet na kurs statkiem. Nad kanałem, przy którym stoją historyczne budowle, krąży wiele ptaków, wszystkie są pod ochroną.


![Rozpoczęły się Targi Pracy i Innowacji Tarnowskich – ITAR 2026 [ZDJĘCIA] Targi Pracy 2026](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/04/Targi-Pracy-2026-11-218x150.jpg)


![Prace przy „Szczucince” rozpoczęli od wycinki dzikiej zieleni [ZDJĘCIA] Stacja Dąbrowa Tarnowska 2026](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/04/Stacja-Dabrowa-Tarnowska-2026-5-218x150.jpg)


















