REKLAMA

Na grecką wyspę Zakintos pojechałam właściwie przypadkiem. Planowałam wypad na Korfu – wyspę, którą opisywał w swoich wspomnieniach angielski przyrodnik i pisarz Gerald Durrell. On na Korfu przeżywał pierwsze swoje doświadczenia przyrodnicze, ja na jego książkach uczyłam się patrzenia na naturę i na świat.

REKLAMA

Niestety, w ostatniej chwili zabrakło tanich miejsc na lot na Korfu, zamiast tego zaproponowano mi Zakintos. Ta wyspa, zwana też Zante, to mniejsza „sąsiadka” Korfu w archipelagu Wysp Jońskich, długa na ok. 40, szeroka na 20 km. Jak na tak niewielki skrawek lądu, miała urozmaiconą i burzliwą historię. W starożytności – według Homera – stanowiła część państwa Odyseusza. W średniowieczu należała najpierw do cesarzy bizantyjskich, potem zarządzali nią Sycylijczycy. Pod koniec XV wieku wyspę zdobyli Turcy, by w ciągu kilku lat przekazać ją – w wyniku transakcji – Republice Weneckiej. Gdy ta trzysta lat później upadła, Zante przejęli na krótko Francuzi, potem w 1797 roku znów zdobyli ją Turcy i tym razem zatrzymali na dziesięć lat, włączając do Republiki Siedmiu Wysp – części Grecji pod protektoratem osmańskim.

W 1807 roku wyspę na mocy traktatu z Turcją przejęli ponownie Francuzi, ale rok później Zakintos podbiła flota brytyjska. Prawie pół wieku wyspa znajdowała się pod protektoratem brytyjskim, by w 1864 roku – znów na mocy układu – zostać oddana Grecji. W roku 1941 zajęli ją Włosi, potem Niemcy, wreszcie w 1944 r. Zakintos wróciła do Grecji. Dziewięć lat później, w sierpniu 1953 roku, dotknęła ją klęska inna, niż wojna – trzęsienie ziemi, które zniszczyło ok. 90 procent wszystkich budynków. Toteż dziś trudno tu szukać zabytkowych budowli – chyba że w ruinie. Jest jednak wiele innych atrakcji.

O jaskiniach i wraku

Do najsławniejszych i najczęściej fotografowanych należy Zatoka Wraku, znana też jako Navagio albo Agios Georgiu – plaża w błękitnej zatoce, otoczona wysokimi ścianami białych skał. Od 1980 roku leży tu wrak frachtowca „Panagiotis”.

O tym statku opowiada się wiele historii. Został zbudowany w 1937 roku w stoczni w Glasgow, a po ćwierć wieku wożenia towarów pod flagą brytyjską odsprzedany armatorom greckim. Miał kilku właścicieli, zmienił też parę razy imię. Jest całkiem prawdopodobne, że służył przemytnikom, których nie brakowało na Zante. W ostatni rejs miał wyruszyć w 1980 roku (podobno z ładunkiem papierosów i alkoholu z Turcji, przemycanych dla włoskiej mafii!) i albo został ostrzelany przez kanonierkę straży wybrzeża, albo też wpadł na skały w okolicach Porto Vromi. Nie ma także zgodności co do tego, jak znalazł się na plaży Agios Georgiu – według jednej wersji uszkodzony statek doprowadziła tu – i porzuciła – przemytnicza załoga, według innej (mniej popularnej!), umieszczenie statku na plaży było pomysłem greckiego ministerstwa turystyki dla „uatrakcyjnienia” wybrzeża. Co się udało, choć zardzewiały wrak jest – jak dla mnie – wątpliwą ozdobą bardzo pięknej plaży i zatoki.

Na szczęście nie jedynej. Niemal całe południowo-zachodnie wybrzeże Zakintos to wiele kilometrów przepięknych białych klifów, nadbrzeżnych jaskiń, zalanych przez morze tuneli i plaż w zatokach. Plaży przypominających tę z wrakiem Panagiotis jest w okolicy dziesiątki, tyle że aby do nich dotrzeć, trzeba mieć własną łódź. Zorganizowane wycieczki po wyspie obejmują bowiem zwykle opłynięcie wybrzeża (niebagatelna trasa, ponad 120 km!) z przystankami na kąpiel – jeden zwykle w Zatoce Wraku, drugi w okolicy siarkowych źródeł. Są, owszem, wycieczki mające w programie wizytę w jaskiniach (tzw. Błękitne Jaskinie to główna atrakcja wyspy), ale i wtedy statek wycieczkowy płynie po prostu bliżej wybrzeża, raz czy dwa wpływając w wylot korytarza.

Szkoda, bo klifowe wybrzeże Zakintos z jaskiniami to naprawdę niezwykłe miejsca i krajobrazy. Kiedyś było schronieniem dla przemytników – w jaskiniach można skutecznie ukryć nawet dużą łódź, a ciągną się one na przestrzeni wielu kilometrów. Jest tu też nieprawdopodobnie pięknie: strome skały rzeźbione przez wiatr i wodę, na wpół ukryte, białe plaże z piasku i drobnych kamyków oraz zatoki z wodą tak przejrzystą, że widać dno na kilka metrów w głąb. Błękit wody rzuca silne refleksy na skały, malując je w słońcu na niezwykłe kolory… O, tak. Gdybym była na Zakintos ponownie, chciałabym mieszkać w tej części wybrzeża i mieć do dyspozycji własną, nawet niewielką łódkę, by zwiedzać wybrzeże na własną rękę. Byłyby to prawdziwe „wakacje życia”.

Niestety, podczas kilkudniowego pobytu opłynęłam tylko wyspę statkiem wycieczkowym, który, jak większość statków wycieczkowych, był zatłoczony i irytujący. Tylko dzięki ulokowaniu się z lornetką na górnym pokładzie nie był to czas stracony.

Turystyczne miejscowości wyspy, pełne hoteli z basenami i barów z karaoke (koszmar w każdym zakątku świata), nie zachwyciły mnie. Wszędzie, gdzie plaża była w zasięgu spaceru, było mniej więcej tak samo, czyli głośno, eklektycznie, banalnie. Znacznie przyjemniejsze (i tańsze) kwatery można było znaleźć dalej od głównych dróg, wśród winnic – zwykle w odległości półgodzinnego spaceru od plaży.

Po opłynięciu wyspy pojechałam jeszcze na dwie plaże, będące miejscem gniazdowania żółwi Caretta caretta. Niestety, obie były pełne ludzi, a o obecności żółwi świadczyły tylko oznaczone przez wolontariuszy miejsca na piasku, gdzie te morskie gady nocą złożyły jaja. Zamiast żółwi na plaży Kalamaki widziałam młodą parę, robiącą sobie tu zdjęcia poślubne (jak się zresztą potem okazało, Polacy). Pan młody nie najlepiej sobie radził w długich spodniach i eleganckich butach, za to panna młoda biegała po piasku boso, trzymając obiema rękami fałdy obfitej tiulowej spódnicy, i wyglądała w tej wersji zachwycająco.

Spośród innych atrakcji wyspy, z imprezowej plaży Laganas zrezygnowałam programowo, do skał Korakonisi nie miałam czym dojechać. Najwięcej czasu spędziłam, pływając z maską wzdłuż skalistego wybrzeża. Było to w maju, więc woda była zdecydowanie chłodna i często musiałam wychodzić na prywatne plaże po drodze, by się ogrzać w słońcu. Ale podwodny krajobraz – z trawą morską i kolorowymi wodorostami, z drobnymi krabami-pustelnikami, rozgwiazdami i stadkami połyskliwych ryb – był interesujący i malowniczy.

Pod oliwkami

Były jeszcze gaje oliwne. Opowiadała mi o nich moja krewna, która w swoim czasie wędrowała po Zakintos z plecakiem. Tam, gdzie mieszkałam, zaczynały się 200-300 m od wybrzeża i ciągnęły aż do zboczy gór. Wiodły przez nie drogi, ocienione pochyłymi, starymi drzewami oliwnymi, w których koronach śpiewały szczygły i dzwońce. Pod drzewami rosły wysokie trawy i kwiaty, czasem znane mi z Polski – jak ślaz czy cykoria podróżnik, a czasem nie – jak obrazki plamiste czy kapary cierniste… Tu i ówdzie wśród oliwek zdarzyła się brzoskwinia lub drzewo morelowe ze słodkimi owocami, które właśnie dojrzewały.

Wśród pni starych, powyginanych oliwek – mających pewnie lat sto i więcej – znajdowałam cały mikroświat: drobne jaszczurki, długonogie kosarze i pająki, kolorowe pluskwiaki i motyle, czy fioletowo mieniące się wielkie pszczoły – zadrzechnie. W gajach oliwnych spacerowały też wszędobylskie kozy, ptactwo domowe i pawie (!). Można również było spotkać stada owiec albo pasące się samotnie konie. Przy wejściu do ogrodu najbliższego drogi na plażę zwykle czekał też przywiązany tu osioł, który – nie bez korzyści dla siebie – pracował jako atrakcja turystyczna. Idący na plażę turyści zwykle go karmili, a kłapouch nigdy nie odmawiał…

W swoich wspomnieniach z Korfu Gerald Durrell zostawił m.in. taki obraz wiosny pod oliwkami:

„Wyspa tonęła w kwiatach. Pod drzewami oliwek baraszkowały jagnięta, trzepiąc krótkimi ogonkami i gniotąc kopytkami żółte krokusy. Małe osiołki o bulwiastych kolankach stawiały niepewne kroki, szczypiąc trawę… Żółwie dźwigały się spod zimowych posłań z liści i ziemi, a pierwsze motyle, wyblakłe po zimie, polatywały omdlewającym lotem wśród kwiatów…”

Może na Zakintos nie odnalazłam wszystkich opisywanych przez Durrella klimatów, ale w gajach oliwnych na pewno się do nich zbliżyłam.

Zdjęcia: Marta Tutaj

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o