Z soli, nie z roli

0
69
Los-Balcones-zabudowa-wzgór
Los Balcones - zabudowa wzgórza | fot. Marta Tutaj

Znajomość z Torrevieja zawdzięczam Ryszardowi Stelmachowi – tarnowianinowi z urodzenia, który przez Rosję, Bliski Wschód, Włochy i Szkocję, przewędrowane z Armią Andersa, trafił w końcu do Hiszpanii, na Costa Blanca. Pojechałam do Torrevieja na jego zaproszenie. Główną atrakcję okolicy – dwa jeziora w różnych kolorach, zielone i różowe – oglądałam już z samolotu do Alicante.

REKLAMA

Słone profity

O powstaniu i rozwoju Torrevieja zdecydowała sól. Bliskość dwóch wielkich, słonych jezior dawała mieszkańcom tej nadmorskiej wioski, odległej o 40 km od portu Alicante, potencjał i zyski z handlu, których nie zapewniłoby im rybołówstwo. Sól wydobywaną z jezior nazywano tu zawsze „białym złotem”. W XIX wieku w Torrevieja funkcjonowały dwie największe na wybrzeżu kopalnie soli, toteż król Karol IV przeniósł tu administrację wszystkich hiszpańskich salin. Intensywne wydobycie soli, załadunek i ekspedycja oraz inne aspekty handlu „białym złotem” dominowały w życiu Torrevieja i jej mieszkańców aż do połowy XX wieku. A i wtedy nie przestały być ważne – nabrały nowych aspektów.

W Europie zaczął się rozwój turystyki. Torrevieja ma, oczywiście, jak inne miejscowości na Costa Blanca, kilometry wybrzeża i nieco piaszczystych plaż – dobrych albo znośnych. Nie zdołała jednak turystycznie konkurować z Alicante czy z ruchliwym Benidorm, gdzie obok kasyn wyrosła luksusowa infrastruktura turystyczna, tak że Anglicy zaczęli nazywać tę miejscowość „hiszpańskim Blackpool”. Nawet w pobliskim Guardamar czy leżącej po drodze do Alicante Santa Pola plaże uchodziły za lepsze… Ale gdy w latach siedemdziesiątych XX w. nastała w zimnych i zamożnych krajach Europy moda na kupowanie posiadłości w lepszym klimacie – np. we Włoszech czy Hiszpanii – Torrevieja dostała swoją szansę. Ma bowiem znakomity klimat – ponad 330 słonecznych dni rocznie i ponad 20 stopni przez większość roku. A prócz tego ma wielkie słone jeziora, zapewniające mikroklimat niemal jak w solnej jaskini! Lokalne władze zatarły ręce i… zaczęły sprzedawać działki nie tylko nad morzem, ale i na wzgórzach, nawet 20 km od wybrzeża, bo przecież samochodem nad morze to kilkanaście minut jazdy, a mikroklimat nawet lepszy… Z kopyta ruszył przemysł budowlany, a biura podróży radośnie kooperowały z firmami developerskimi, organizując promocyjne wakacje, podczas których zamiast muszelek znad morza można sobie było kupić dom lub działkę…

figury-muzyków
Figury muzyków | fot. Marta Tutaj

Gdzie różowe wody

Mój gospodarz, mieszkający podówczas w Szkocji, kupił swoją posiadłość właśnie podczas takiego wakacyjnego wyjazdu połączonego z promocją nieruchomości w okolicy. Jego żona zostawiła pamiętnik, opisujący ten wspólny wyjazd. Były to w pełnym tego słowa znaczeniu wczasy zorganizowane – przed południem uczestnikom pokazywano domy, mieszkania i działki na sprzedaż, po południu inne atrakcje okolicy: głównie kasyna, eleganckie restauracje, sale dancingowe, korty, pola golfowe i centra handlowe, czasem także plaże, baseny, salony piękności. Tak wtedy oceniano atrakcyjność kurortu… Ryszard i Ivy byli zachwyceni i pod koniec wczasów zdecydowali się na zakup nieruchomości w nowej, powstającej zaledwie dzielnicy Los Balcones. Była to działka na wzgórzu, odległa o dobre kilka kilometrów od morza, za to w odległości spaceru od jednego z wielkich jezior solnych. Tego w niesamowitym, różowym kolorze.

Po licznych komplikacjach z budową domu zamieszkali na wzgórzu, a krajobraz wokół zmieniał się szybko. Podobne do siebie wille z niewielkimi ogrodami (basen, miejsce na grilla, ze dwie palmy – tyle trzeba było Europejczykom na wakacjach!) wyrastały jak grzyby po deszczu. Niewielu było hiszpańskich sąsiadów – raczej Anglicy, Skandynawowie, Niemcy. Z czasem w sąsiedztwie, nieco niżej, między sadami pomarańczowymi a różowym jeziorem, wyrosła kolejna dzielnica – Lago Jardin, w której były mieszkania także na kieszeń mieszkańców środkowej Europy: Rosjan, Serbów, Chorwatów, nawet Polaków. Dalej od morza, za to taniej.

Nad różowe jezioro chodziłam najchętniej wczesnym rankiem, kiedy w czerwonawych zaroślach Salinaria marinara, rosnących na brzegach (jedyna roślina, która może rosnąć na tak zasolonym gruncie) można było obserwować ptaki. Zyskiwało mi to podejrzliwe spojrzenia innych spacerowiczów, ponieważ chodziłam bez psa. Mieszkańcy Los Balcones i Lago Jardin nie byli amatorami spacerów – po co w końcu ma się samochód? Ale domowych pupili trzeba było czasem wyprowadzać.

Inna sprawa, że zabudowa dzielnic nie zachęcała do przechadzek – betonowe chodniczki wzdłuż szeregów bardzo podobnych willi, otoczonych wysokimi ogrodzeniami i zamkniętych. Torrevieja ma wiele kilometrów takiego pejzażu, pod tym względem trudno by tę miejscowość nazwać malowniczą. Dla mnie miejsce miało swoje atrakcje – w ogrodach zamkniętych domów gromadziło się sporo ptaków: od jaskółek, trznadli czy szczygłów po dudki, niebieskie sroki czy papugi – głównie mnichy i nierozłączki – które, wypuszczone kiedyś z niewoli, żyją dziś na wybrzeżu Hiszpanii dziko. Powolny wschód słońca nad różowym jeziorem z białymi od krystalicznej soli brzegami też miał swoją wartość. Nieprawdopodobne kolory wody, ziemi i roślin zmieniały się wraz ze światłem. Po brzegu spacerowały siewki, czaple, a czasem i flamingi – choć te ostatnie wolały mniej jaskrawe wody akwenów w La Mata i Santa Pola.

Laguna-Torrevieja
Laguna Torrevieja | fot. Marta Tutaj

Ptaki, plaże i deptaki

Popołudniami w jeziorze kąpali się ludzie. Różowe wody Laguna Torrevieja są płytkie – nawet na środku sięgają niżej pasa. Dno jednak pokrywa osad krystalicznej soli, o który można pokaleczyć stopy – aby wziąć kąpiel, warto się zaopatrzyć w buty ochronne, plastikową matę do siedzenia i… butelkę wody, by po kąpieli spłukać nadmiar soli. Na drugim, bliższym centrum i zagospodarowanym brzegu jeziora, wciąż znajduje się dobrze prosperujący zakład wydobycia soli.

Drugie natomiast, zielone jezioro, Laguna La Mata, zostało wyłączone z eksploatacji. Utworzono tu park z alejkami i miejscami do obserwacji ptaków i ptasi rezerwat. Można tu zobaczyć sporo ptaków wodnych – od flamingów i szczudłaków po perkozki, rybołowy i dużo ptasiego drobiazgu, ukrywającego się w trawach i trzcinach. Jezioro jest o pół godziny marszu od plaży w La Mata, najlepszej w całej okolicy – długiej, szerokiej, piaszczystej, z falami oraz mnóstwem kafejek i restauracji na obrzeżach. Lepszej w okolicy nie znajdziecie. W centrum Torrevieja jest kilka plaż, ale nie są one ani w części tak rozległe. A w kierunku Rocio del Mar – dzielnicy bloków na brzegu morza – zaczyna się wybrzeże skaliste, gdzie do wody można się dostać tylko z drabinek na skałach.

Poza starą wieżą obronną, od której wzięła się nazwa wioski (nie jest to zresztą osobliwość, w Guardamar i La Mata stoją podobne) oraz pochylniami i urządzeniami dawnych kopalni soli, Torrevieja nie ma zabytków. Władze miasta zainwestowały jednak w uatrakcyjnienie centrum miejscowości. Jest tu Vista Allegre – deptak z ażurowym dachem, jest promenada z figurami związanych z Torrevieja muzyków, jest długie spacerowe molo. Jest kilka sztucznych półwyspów, wychodzących z promenady w morze – z niektórych nawet można się kąpać. Są koncerty i pokazy na deptaku, oraz , oczywiście, mnóstwo barów, restauracji, klubów itd. Jest też Jardin de Los Naciones – park poświęcony jedności Europy, ze sztucznym jeziorem i półwyspem w kształcie kontynentu europejskiego. W piątki wielu różnej narodowości mieszkańców Torrevieja wyrusza z torbami na kółkach na Mercadillo – targ uliczny, jeden z największych podobno w Hiszpanii. Wszystko to nie czyni jednak z Torrevieja miejscowości szczególnie turystycznie interesującej. Tego typu atrakcje, podobnie jak pejzaż willi do wynajęcia i nadmorskie deptaki, ma większość miejscowości na Costa Blanca. O odmienności Torrevieja, o jej klimacie, wciąż decyduje sól. I słone jeziora w różnych kolorach.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o