Zachód w stylu Verne’a

0
310
Bahia de Caraquez przed zachodem | fot. Marta Tutaj

Według Juliusza Verne czasem ostatni promień słońca, gdy jego tarcza znika za horyzontem o zachodzie, nie jest czerwony ani złoty, lecz zielony. Pod warunkiem jednak, że niebo i powietrze są idealnie czyste, a serce i oczy człowieka gotowe na cud.

Pisarz uznał ten motyw za dość romantyczny, by napisać o zielonym promieniu historię z wątkiem miłosnym. Nie jest to najlepsza ani najbardziej znana z jego książek, dzięki niej jednak motyw zielonego promienia stał się atrakcyjny i dla innych twórców (np. Eric Rohmer zrobił film „Zielony promień”).

Plaża w Canoi | fot. Marta Tutaj

Nad zatoką przed sezonem
Naukowo, zielony promień albo zielony błysk, to zjawisko będące efektem załamania światła w atmosferze. Można je podobno zobaczyć i nad Bałtykiem, choć w naszym kapryśnym klimacie bardzo rzadko są po temu odpowiednie warunki pogodowe.
Według przytaczanej przez Verne’a legendy, zobaczenie na własne oczy zielonego promienia ma wielką wagę. „Człowiek, który go zobaczy, nie może się już mylić w sprawach uczuć. Zielony promień niszczy złudzenia i kłamstwa, a ten, kto miał go szczęście ujrzeć bodaj raz, widzi odtąd jasno zarówno w swoim sercu, jak i w sercach innych ludzi…”
Zobaczyłam swój zielony promień w Ekwadorze, podczas drugiej podróży do tego kraju. Nie szukałam – w przeciwieństwie do bohaterów Verne’a – tego zjawiska. Nic z tych rzeczy. Miałam wówczas całkiem inne, bardzo prozaiczne sprawy na głowie.
Nad zatokę Bahia de Caraquez trafiłam niemal w przeddzień święta państwowego, co dla Ekwadorczyków oznaczało długi – co najmniej czterodniowy – weekend. I oczywiście bardzo wielu z nich postanowiło spędzić ten weekend nad morzem.
Kiedy więc dotarłam tłukącym się przez pół dnia autobusem do wioski Canoi, znanej jako „dobra plaża dla surfistów”, sytuacja była mniej więcej taka, jak w Juracie dzień przed początkiem wakacji. Tam, gdzie tydzień wcześniej miałabym duży wybór miejsc noclegowych, zabrakło nagle nawet materacy na podłodze. Owszem, wszędzie przyjęliby mnie chętnie, ale na jedną noc najwyżej, bo kolejne wypełnione były rezerwacjami ustalonymi na dwa i trzy miesiące wcześniej, zwykle przez mieszkańców Quito. A ceny – nawet bardzo prostych i ekscentrycznych kwater (np. na piętrze niewykończonego jeszcze drewnianego domu, gdzie był szeroki widok na zatokę, lecz za to nie było ani łazienki, ani dachu – chętni ustawiali namioty na drewnianej podłodze!) – były kilkakrotnie wyższe, niż zazwyczaj.

Okazja na plaży
Znużona bezskutecznymi poszukiwaniami, zostawiłam plecak pod opieką właścicielki jednej z małych restauracji na plaży, i ruszyłam wzdłuż wybrzeża po piasku – w stronę, gdzie kończyła się turystyczna wieś. Z podróży autobusem pamiętałam, że w odległości dwóch, trzech kilometrów było tam jeszcze parę pojedynczych hoteli – być może mniej obłożonych, skoro odleglejszych. Niestety, i one okazały się być full. Reakcja na długi weekend na wszystkich kontynentach jest podobna.
Przeszłam jeszcze kilkaset metrów, zastanawiając się, czy nie dałoby się przenocować pod którąś z wyciągniętych na plażę łodzi. Co prawda, gdy próbowałam tego kiedyś na plaży nad polskim morzem, była to jedna z gorszych nocy w moim życiu: nie dość, że zimno, to jeszcze całą noc musiałam słuchać rozmów młodych Polaków i fatalnych dowcipów, opowiadanych sobie przez parki i grupki, które uznały nocny spacer na plażę za niesłychanie romantyczny. W Ekwadorze jednak – pocieszałam się – noce są cieplejsze, a moja śladowa znajomość hiszpańskiego na pewno pozwoli mi przynajmniej nie rozumieć rozmów.
Wczołgiwałam się właśnie pod dziób wiekowo wyglądającej łodzi, by zbadać teren, gdy spod sąsiedniej łodzi skinął na mnie duży, białoskóry brodacz, raczący się butelką piwa. Pogawędkę rozpoczęliśmy w nierównym tempie, bo on mówił szybko amerykańskim slangiem, a ja – szkolną angielszczyzną, z akcentem lekko indonezyjskim. Ale po dostrojeniu językowym, na które wpływ miało może piwo, doszliśmy do porozumienia.
On był Amerykaninem z Kentucky. Przyjechał w odwiedziny do córki, która tu, w Ekwadorze wyszła za mąż i zamieszkała z mężem. Ja z kolei naszkicowałam w kilku zdaniach historię swoich bezowocnych poszukiwań noclegu. Tony z Kentucky zadumał się, ssąc szyjkę prawie pustej już butelki, po czym wyłożył swój pomysł. Córka z zięciem budują tu obok nieduży pensjonat, który na razie nie przyjmuje gości, bo nie jest gotowy. Dla niewymagającego turysty znajdzie się jednak na tyłach domu coś w rodzaju pokoju, z którego korzystają zwykle robotnicy – piętrowe łóżko i prosta łazienka. Obecnie stoją tam głównie kontenery z piwem, fotele ogrodowe, puste pudła i inne graty, ale gdyby mi to nie przeszkadzało, mogę wprowadzić się co najmniej do końca długiego weekendu. Dostanę czyste koce i ręczniki. Ile to będzie kosztować? Tony zagwizdał na butelce. Oczywiście, że nic, przecież to nie jest gościnny pokój! Może kiedyś, gdy hotel już ruszy, zareklamuję go swoim znajomym?. A ostatecznie, zięć prowadzi w nieukończonym budynku mały bufet. Jeśli zamówię czasem piwo, będziemy kwita. W każdym razie pod łodzią raczej nie będzie mi wygodniej, prawda?
Podróżując bez planu, trzeba się nauczyć ufać szczęściu. Pokój, niechby zagracony, ale z łazienką, tuż przy plaży, i to za darmo? Naprawdę, nie było się nad czym zastanawiać.

Łodzie przy których spotkałam Toniego | fot. Marta Tutaj

Idealny zachód
Tak zamieszkałam w prawie piwnicznej, ale całkiem wygodnej izbie u rodziny Toniego. Plaża wokół hotelu była pusta, z długą falą i silnym przybojem, raczej do spacerów, niż pływania. Za nią – w kierunku odległej o kilkanaście kilometrów małej wioski, ciągnęło się prawie puste wybrzeże, zaśmiecone drewnem, skorupami kokosów i wszystkim, co wyrzuca morze – łącznie ze sporą ilością niebrzydkich muszli i pancerzy krabów. W tamtą stronę późnym popołudniem wybrałam się na spacer.
Postanowiłam iść przed siebie aż do zachodu słońca i po zachodzie wracać. Okolica nie była całkiem pusta, przy oddzielonej pasem palm drodze stało kilka chat. Ich mieszkańcy żyli, jak się zdaje, z łowienia ryb i zbierania tego, co wyrzucało morze – spotkałam po drodze kilkoro dzieci szukających małży w piasku lub grzebiących w stosach śmieci na granicy przypływu. Szłam dalej i oddaliłam się od chatek. W końcu przysiadłam na kawałku drzewa, by podziwiać zachód na idealnie – naprawdę idealnie – czystym niebie.
Słońce złociło morze, a bezchmurne niebo nabrało odcienia intensywnego oranżu. I wtedy – gdy czerwonozłote słońce zapadło już w morze – uderzył mnie w oczy intensywnie zielony błysk. Było to na tyle zaskakujące, że w pierwszej chwili szukałam na linii horyzontu czegoś, co mogłoby być źródłem tak niezwykłego światła. Ale w słonecznej poświacie nad horyzontem nie było niczego, prócz czystego nieba. Wówczas dopiero przypomniało mi się opowiadanie Verne’a.
Wracając, spotkałam Amerykanina z Kentucky na spacerze wraz z córką i kilkuletnim wnukiem. Opowiedziałam o niezwykłym zjawisku, próbując przypomnieć sobie, co o tym pisał Verne. Moi gospodarze nie wykazali zaskoczenia.
– Tak, też to widzieliśmy – potwierdziła córka Toniego. – Nie pierwszy raz dzisiaj. To się u nas co jakiś czas zdarza…
No cóż, w Europie skrajnie rzadki fenomen, a nad zatoką Bahia Caraquez w Ekwadorze sezonowe zjawisko powtarzalne… Dobrze wiedzieć, gdybym w przyszłości spotkała kogoś, kto chce zobaczyć zielony promień. Dla mnie nie stracił atrakcyjności tylko dlatego, że nad Bahia Caraquez nie jest aż tak wyjątkowy. W końcu widziałam go po raz pierwszy – i może jedyny w życiu.
Nie zapytałam Toniego ani jego córki, czy widując zielony promień, wiedzą więcej o ludzkich sercach. Nie wiem też, czy umiałabym wyłożyć szkocką legendę Amerykanom i Ekwadorczykom. Ale dziewczyna z Kentucky twierdziła, że w Bahia de Caraquez znalazła miłość i swoje miejsce do życia. A Tony podczas ekwadorskich „wakacji” cały promieniał życzliwością i ciekawością świata.

Więc może coś w tym jest…
Były inne zachody. W Peru nad Cuzco widziałam zachód z mieniącą się tęczowo łuną wokół słońca. W Tajlandii nad zatoką zdarzył się zachód z dziwnymi, ciemnymi promieniami. W Indonezji widziałam tęczowe zachody na zatoce Toggian i ciemnobłękitne zmierzchy na wyspach Gili. Na wybrzeżu Kolumbii oglądałam zachody nad pasmem Sierry, wyglądające jak wybuch wulkanu. Do widokowych walorów zachodów słońca nie trzeba nikogo przekonywać. Ale zielony zdarzył mi się tylko raz.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o