Zielone w podróży

0
39
Sztuka-ideologiczna
Caracas, sztuka ideologiczna | fot. Marta Tutaj

Na kolumbijskiej ulicy nietrudno dostać awokado – sprzedają te zielone owoce ze straganów, koszyków, wiader, worków, talerzy… Jeśli jednak poprosicie o awokado, wskażą wam najbliższą … kancelarię adwokacką. W Ameryce Południowej bowiem avocado/abogado to adwokat. Awokado natomiast to aguacate.

Od razu powtórzę, co już napisałam: awokado, które znamy w Polsce, które kupujemy w supermarketach, ma niewiele wspólnego z aguacate – prawdziwym, okazałym, dojrzałym awokado. To amerykańskie jest znacznie większe, gładkie, w kolorze jaśniejszej zieleni, a i kształtem bliższe raczej dużemu mango niż pomarszczonej gruszce. Jest także znaczna różnica w smaku. Aguacate ma własny smak – łagodny, lecz wyrazisty, dzięki czemu zupełnie dobrze smakuje saute, bez sałatkowych dodatków i przypraw. Z dojrzałego aguacate lepiej schodzi też skórka, toteż jest np. idealną przekąską na plażę czy w góry – także w postaci czystej. W wersji obiadowo-kolacyjnej znakomicie łączy się z serem, tortillą albo… czekoladą. W Indonezji na targu można kupić fantastyczne, gęste smoothie ze zmiksowanego awokado, skondensowanego mleka i gorzkiej czekolady – idealny deser albo lekki posiłek.

W kraju Chaveza

W Wenezueli, gdzie byłam w ostatnich latach reżimu Chaveza, przez jakiś czas podróżowałam z Hiszpanką imieniem Gemma. Gemma miała w Caracas krewnych, którzy w proteście wobec reżimu od kilku lat robili to, co dziś ludzie robią z obawy przed koronawirusem: nie wychodzili z domu. Opłacali kobietę, która przynosiła im zaopatrzenie, sami siebie skazali jednak na areszt domowy… Twierdzili, że w Wenezueli Chaveza nie ma już nic, co chcieliby oglądać.

Zgodzili się przyjąć Gemmę, zastrzegli jednak, że nie złamią swojego odosobnienia i może najwyżej dzielić je z nimi. Gemma jednak chciała zwiedzać i podróżować. Spędziła z krewnymi jeden dzień i jedną noc, potem spakowała się i ruszyła w drogę. Spotkałyśmy się przypadkiem w autobusie do Santa Fe i postanowiłyśmy jakiś czas podróżować razem, głównie ze względów oszczędnościowych – pokój wzięty na dwie osoby albo wspólny przejazd wychodziły taniej. W Wenezueli było wówczas drogo, bo był kryzys, a w dodatku rząd, chcąc utrzymać pozory dobrobytu, ogłosił państwowy kurs bolivara (wówczas był to bolivar fuerte, czyli mocny – co było raczej pobożnym życzeniem, niż faktem) na poziomie prawie trzykrotnie przekraczającym światowe, realne notowania tej waluty. Niestety, wszystkie legalne kantory czy banki wymieniały bolivara po kursie „państwowym”, wskutek czego obcokrajowcy tracili na tej transakcji nawet 70 procent wartości swoich pieniędzy (!). Tak samo wymieniały nieliczne bankomaty. Tylko ulica sprzedawała bolivara fuerte po cenie zbliżonej do realnej, ale za takie transakcje można było iść do więzienia. Mimo to wymieniałyśmy pieniądze tak właśnie – fakt, że Gemma mówiła po hiszpańsku, bardzo w tym pomagał. Żyłyśmy jednak bardzo oszczędnie, by jak najrzadziej narażać się na nielegalne wymiany.

Toteż żywiłyśmy się głównie awokado. Był akurat sezon na te owoce i sprzedawano je wszędzie. Co do innej żywności, restauracje w Wenezueli były o wiele za drogie dla nas, a jadłodajnie uliczne działały w trybie kryzysowym. Wszystko było tam udawane – jako „arepę” (kukurydziany placek nadziewany różnościami) sprzedawano np. kawałek suchej bułki z bladym plasterkiem szynki, encebollado, które powinno być pożywną zupą rybną z warzywami, zawierało głównie cebulę itd.

Toteż awokado – duży owoc o zawartości do 30 procent tłuszczu (!), było najlepszą opcją. W dodatku Gemma doskonale umiała wybrać awokado odpowiednio dojrzałe i dobrej jakości. Ja nie miałam w tym podobnej wprawy. Trzeba dodać, że Gemma najwyraźniej lepiej umiała wybierać owoce niż… mężczyzn. Podczas naszej wspólnej podróży była co najmniej dwa razy zakochana, i za każdym razem – w mojej ocenie – jej obiekt uczuć nie był wart ani zaufania, ani zachodu. Natomiast każde awokado wybrane przez Gemmę było wspaniałe. Nie wiem – może w Wenezueli mieli wyłącznie wspaniałe awokado, natomiast mężczyzn – niekoniecznie.

Stoisko-w-Ind
Stoisko w Ind | fot. Marta Tutaj

W Afryce i na wyspach

Tego, że nie było już ze mną Gemmy, żałowałam w południowej Afryce, a dokładniej – w małym kraiku Suazi. Mieszkałam tam w tanim schronisku z małym basenem, nad którym wznosiły się dwa drzewa awokado, obciążone mnóstwem zielonych owoców. Można je było rwać w zasadzie wprost z wody. Dopiero jednak zaczynały dojrzewać, a ja nie miałam doświadczenia Gemmy i kilkakrotnie wybrałam owoce niedojrzałe, twarde i suche. Podobnie radzili sobie moi sąsiedzi ze schroniska – podróżujący z plecakiem towarzyski Anglik i dwie młode Szwedki. Niestety, też byli typowymi Europejczykami zimnych stref – zrywali niedojrzałe owoce.

Awokado (Persea americana), zwane też smaczliwką wdzięczną, smaczlinem albo sasafrzanem (!) to roślina z rodziny wawrzynowatych, pochodząca podobno z Ameryki. Największymi eksporterami tych owoców są dziś Meksyk, Brazylia i Dominikana. W Meksyku od dawna awokado było istotnym składnikiem pożywienia Indian. Dziś jest owocem naprawdę międzynarodowym. Uprawia się je dziś także na półkuli północnej (choć raczej na południu), gdzie dojrzewa tu od listopada do maja. Najlepiej ma się w ojczyźnie, czyli w Ameryce Południowej.

Ale w Azji południowo-wschodniej awokado kilkakrotnie uratowało mi jeśli nie życie, to żołądek. Szczególnie tam, gdzie było alternatywą durianu. Durian to ulubiony owoc Indonezyjczyków, a bardziej jeszcze Malezyjczyków (uprawiany zresztą tylko w tej części Azji). Jak na owoc, zawiera też sporo tłuszczu, a w dodatku sporo cukru (12-15 procent). Jego dojrzały miąższ można jeść na surowo, niedojrzały – gotować i dodawać do dań, nawet duże pestki po upieczeniu są jadalne. Brzmi dobrze? Niestety, durian ma także zapach. Dla europejskiego nosa wybitnie odstręczający.

Malezyjczycy uwielbiają durian, robią z niego sosy, ciasta i lody, nazywają je swoim narodowym owocem. Autobusy, pociągi, promy i samoloty droższych linii nie przewożą jednak durianu ani w pomieszczeniach dla pasażerów, ani w lukach bagażowych. Niestety, ja podróżowałam zwykle tymi tańszymi.

Caracaas
fot. Marta Tutaj

Podczas podróży po Borneo w autobusie do Kuching na mojej torbie podróżnej (całkiem nowej, bo stara rozpadła się tydzień wcześniej) położono worek z durianem. Worek był starannie zawiązany, w Kuching jednak miałam problem ze znalezieniem taksówki, która zabierze mnie z dworca, a potem hotelu, który przyjąłby mnie z tak pachnącym bagażem. Przez kolejne trzy tygodnie, aż do powrotu do Europy, zapach ten towarzyszył mi, przejawiając niezwykłą trwałość i własną osobowość. W sklepie kosmetycznym wykupiłam cały asortyment pochłaniaczy nieprzyjemnych zapachów – nic to nie dało.

Na wyspie Ai na Molukach mieszkałam w domu lokalnego kepala desa, czyli głowy wioski – sołtysa. Gospodarz miał (w przeciwieństwie do innych mieszkańców, którzy załatwiali potrzeby naturalne zwyczajowo na brzegu morza) nawet własną toaletę. Pod innymi względami także starał mi się pokazać, że trafiłam na kwaterę w najlepszym stylu. Niestety, obejmowało to także poczęstunki durianem – wysoko tu cenionym owocem – niemal przy każdej okazji. Nie mogłam już patrzyć na durian, a tym bardziej go wąchać. Na szczęście przy domu było też drzewo awokado. Przekonałam gospodarza, że szczególnie lubię ten właśnie owoc. Dzięki temu szczęśliwie zastąpił durian.

Żeby było dziwniej, najsławniejszego dania z awokado – guacamole (awocado roztarte z czosnkiem, solą, limonką i innymi przyprawami) – skosztowałam po raz pierwszy wcale nie w Ameryce Południowej, ojczyźnie tego specjału, ale w Indonezji. Byłam na Sumatrze, na Samosir – wysepce leżącej na sumatrzańskim jeziorze Toba. Wędrowałam wzdłuż brzegu tej „wyspy na wyspie” i znalazłam się na niemal klasycznym bezludziu, gdzie stał jeden tylko wysoki dom ze schodkami zbiegającymi na brzeg jeziora, otoczony polem ryżowym. Na podwórku siedziały dwie kobiety – starsza i młodsza, być może matka i córka lub teściowa i synowa. Ponieważ zgłodniałam, a do zaludnionej części wyspy był kawał drogi, zapytałam, czy mogą mi sprzedać coś do jedzenia. Kobiety wymieniły spojrzenia, starsza skinęła głową.
– Mamy świeże awokado – powiedziała młodsza. – Mogę przygotować ci guacamole…
Było znakomite.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o