Każdy czas, nawet ten najgorszy kiedyś się skończy…

0
84
Beata Liwowska, psychoterapeutka
REKLAMA

Rozmowa z Beatą Liwowską, psychoterapeutką, o tym, jak zachować atmosferę rodzinnych świąt w dobie pandemii i mimo wszystko wejść z optymizmem w Nowy Rok

Mówi się, że każde święta Bożego Narodzenia są wyjątkowe. Te na pewno takie będą. Jednak tym razem z przyczyn niezależnych od nas. Jak w dobie koronawirusa ocalić atmosferę rodzinną nadchodzących dni?
Jedno jest pewne. To jest trudny czas. Wiele osób może poczuć się bardzo niepewnie, może odczuwać lęk czy poczucie zagubienia. Żyły w tych dniach do tej pory w takim przeświadczeniu, że są potrzebne, należą do jakiejś grupy, odczuwają wsparcie. I to było to, co dawało poczucie bezpieczeństwa. Teraz, ze względu na ograniczenia, przyjdzie się skonfrontować z innymi uczuciami i odczuciami. Nie zawsze przyjemnymi i nie zawsze takimi, jakich byśmy sobie życzyli.

REKLAMA

Zatem ratujmy co się da z tej magii, która nam do tej pory towarzyszyła. Jak to zrobić?
Na pewno podtrzymać tradycję, nawet w mniejszym gronie, ale w żadnym wypadku nie gubić rytuałów, które towarzyszą nam od pokoleń.

Łatwo pani powiedzieć. Jeśli od miesięcy siedzimy w jednym gronie, to raczej wielu chciałoby odpocząć od siebie, bo mieszkanie przypomina beczkę prochu. A tu trzeba być miłym i się uśmiechać…
Może to być rzeczywiście nieliche wyzwanie. Ale warto ze sobą rozmawiać, nawet o uczuciach, które się pojawiają. Sama rozmowa powoduje, że uczucia są nazwane. Nawet jeśli niczego nie zmieniają.

Jak pani sobie to wyobraża? Mam komuś powiedzieć, łamiąc się opłatkiem: „Wiesz, denerwujesz mnie”?
Ale nie musi pan tego od razu robić przy stole wigilijnym. Można taką rozmowę przeprowadzić wcześniej.

Żeby oczyścić przedpole?
Choćby po to. Pozbyć się zawczasu bagażu złych emocji, które się w nas skumulowały w ostatnim czasie.

Najgorzej jednak w tych dniach będą miały osoby samotne, które co roku z jednakową tęsknotą wyczekiwały świąt, by spotkać się z najbliższymi. Wiele z nich nie opuści swoich czterech ścian.
Niestety, to prawda. Dla tych osób mogą to być naprawdę bardzo smutne święta, choć nie oszukujmy się, dla tych osób to zawsze są smutne dni. Mamy ograniczenia w kraju, nie można przyjechać z zagranicy, ktoś boi się o własne zdrowie. Na szczęście z pomocą przychodzi nam elektronika i media społecznościowe.

„Życzę Ci Wszystkiego Najlepszego. Enter”. Bardzo to serdecznie, przyzna pani, brzmi. Dorzucimy jeszcze fotkę z opisem „A to jest nasz stół wigilijny” …
No tak, ale przecież możemy się zobaczyć na wideoczacie, dłużej porozmawiać. Zawsze to więcej niż nic.

Ale to takie lizanie cukierka przez szybę. On zawsze będzie miał smak szkła.
To prawda. Ale jak pan użył słowa „cukierek”, to on ma formę materialną. A święta to zawsze przeżycie duchowe, poczucie więzów bliskości, na których pielęgnowanie nie mamy czasu w ciągu roku. I nawet przez komputer może pan poczuć tę bliskość, że ktoś myśli, pamięta.

No i porozmawiamy kwadrans, wyłączymy monitor i… znów zostajemy sami. Co wtedy? Książka, film, spacer, tradycyjny „Kevin sam w domu”?
Kiedyś słyszałam takie powiedzenie, że samotność jest również formą towarzystwa…
Ja z kolei takie, że samotność we dwoje boli bardziej niż w pojedynkę.
Coś w tym jest. Ale wracając do wcześniejszego pytania. Jeśli siebie akceptujemy, to ta sytuacja może być dla nas lekcją do tworzenia relacji ze sobą. Przecież wielu ludzi twierdzi, że rozmawia ze sobą, ale mając czas tylko dla siebie, można zastanowić się w spokoju nad przewartościowaniem pewnych spraw w swoim życiu, uporządkowanie myśli, ustawienie hierarchii. I to fajny moment, żeby się temu przyglądnąć.

Bądźmy jednak realistami. Bo wielu bardziej przeżywa fakt, że nie będzie w tym roku hucznych Sylwestrów. Mamy ogłoszoną bez mała godzinę policyjną. A picie do lustra trąci patologią.
Nie tyle trąci, co nią jest (śmiech). Ale znając rodaków, coś pewnie wymyślą. I niekoniecznie musi to być Sylwester z Polsatem czy TVP. Zawodowi imprezowicze mają czasem ułańską fantazję. Cóż, z pewnością tegoroczny Sylwester będzie zwykłym dniem powszednim. Takim samym jak każdy inny. I pewnie trzeba się też mierzyć z różnymi emocjami…

Kolejne boksowanie się z tymi negatywnymi?
Niekoniecznie wszystko trzeba od razu widzieć w czarnych barwach. Ostatni dzień roku zazwyczaj skłania do jakiś podsumowań, podejmowania postanowień i tym podobnych spraw. A warto jednak z optymizmem patrzeć w przyszłość.

Podsumujmy kończący się 2020 rok. Jak wszystko, z czym przychodziło nam się mierzyć „przeorało” nasz sposób myślenia, postrzegania rzeczywistości, hierarchię wartości?
Bardzo, ale nie zawsze, by nie powiedzieć – najczęściej nie była to zmiana w dobrym tego słowa znaczeniu.

Widzi to pani z perspektywy swojego gabinetu?
Również. Spotykam się coraz częściej z osobami, które najbardziej dotkliwie odczuły na własnej skórze skutki pandemii. Może część z nich ją także przechorowała fizycznie, ale na szczęście z niej wyszła. Natomiast odczuwa inne powikłania, z którymi się mierzy. Strata pracy, widmo plajty. Proszę popatrzeć na branże gastronomiczną czy hotelarską. Budujesz latami rodzinny biznes, tworzysz markę, nie daj Bóg wziąłeś kredyty na inwestycje. Wszystko w jednym roku zawaliło się jak domek z kart. Wielu przychodzących do gabinetu mówi, że straciło poczucie bezpieczeństwa. Grunt niemal usuwa się im spod nóg. Przeżywają dramaty, bo określenie „sytuacja kryzysowa” nie jest w tym miejscu adekwatna. Najgorsze jest to, że nie widać światła w tunelu, by sytuacja w najbliższym czasie miała się jakoś radykalnie poprawić.

Ba, niektórzy wieszczą jeszcze jedną falę covidu-19 w przyszłym roku.
Powiem krótko, wolę sobie tego nie wyobrażać. Bo w społeczeństwie pojawia się coraz więcej strachu, lęku, niepewności. To pokłosie tego załamania. A z lękiem radzimy sobie w różny sposób. W krańcowych sytuacjach nawet zachowaniami agresywnymi. Widzę to po moich pacjentach. W gabinecie coraz więcej osób przeklina, co wcześniej nie miało miejsca. Atmosfera jest gęstsza, więcej jest wyczuwalnej w powietrzu złości, która nie jest ukierunkowana. I zaczyna się też poszukiwanie winnego, kto doprowadził do takiej sytuacji, kto czegoś nie dopilnował, kto gdzieś zawalił…

Przy tych poszukiwaniach kozła ofiarnego pojawiają się już teorie spiskowe?
Jak najbardziej. Od takich, że covida nie ma, a tylko koncerny farmaceutyczne toczą wojnę o wielkie pieniądze kosztem zdrowia i życia ludzkiego, poprzez tradycyjne: masoni, politycy… Ale trudno, żeby było też inaczej, bo całą sytuację pragniemy sobie jakoś wyjaśniać. W lęku jest to naturalne, że próbujemy znaleźć, zdefiniować przyczynę tego zagrożenia. O wiele trudniej jest znieść taki lęk nieokreślony. A łatwiej jest wziąć na barki lęk, który przybiera określoną formę. Jest takim strachem uświadomionym. I łatwiej z nim walczyć.

Zakończmy optymistycznie. Jak to wszystko ogarnąć? Kilka rad na ten czas, kiedy przebrzmią kolędy i przyjdzie nam rozbierać choinki.
Warto się skupić na „tu i teraz”, bo to zdecydowanie ogranicza niepokój, wyznaczyć sobie cel oraz sposób jego realizacji. I konsekwentnie do niego dążyć. Znaleźć sobie bratnie dusze, bo to zawsze łatwiej. Myślę o rodzinie, przyjaciołach. Szukać sposobów neutralizacji skutków pandemii poprzez wypełnianie wniosków i formularzy na rozmaite programy pomocowe. I poznawać siebie, bo w czasach kryzysu pojawiają się u każdego z nas rozmaite obrazy z przeszłości, gdy wydawało się nam, że życie jest mało nadziejne i stoimy pod murem. A jednak udało się z tego wyjść. Czasem nawet mocniejszym niż wcześniej. Pamiętajmy, że każdy czas, nawet ten najgorszy kiedyś się skończy. Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o