46 godzin, 47 minut i 22 sekundy wyzwań, zmęczenia, bólu i determinacji. Tyle czasu potrzebował Marcin Kusiak, urodzony w Brzesku mieszkaniec Bochni, aby ukończyć jedne z najtrudniejszych zawodów na świecie. W maratonie Triathlon Lensahn w Niemczech, odbywającym się na dystansie potrójnego Ironmana, musiał przepłynąć 11,5 km, przejechać na rowerze 540 km i przebiec 126,6 km. Wynik dał mu trzecie miejsce w zmaganiach i brązowy medal. Zawody, które rozpoczęły się 26 lipca, były częścią prestiżowego pucharu świata IUTA. Ultramaratonista uważa, że bez silnej grupy wspierającej ten heroiczny wysiłek, wszystkie starania poszłyby na marne. Na pytanie o cel wyzwania, nie znajduje prostej odpowiedzi.
Marcin Kusiak ma firmę handlową. Biega regularnie od lat, promując ten sposób aktywności i prowadząc w solnym mieście grupę „Creative Bochnia Biega Team”. Najlepiej czuje się na dystansach długich – maratony, półmaratony czy Ironman’y. Przed dwoma laty na drugim miejscu ukończył podwójny dystans tej morderczej konkurencji. Teraz przyszedł czas na sprawdzenie się w potrójnym.
Większość uczestników zaczynała od uprawiania jednej z dyscyplin, które wchodzą w skład triathlonu. U Marcina Kusiaka była to jazda na rowerze. W latach 90. minionego wieku miał licencję UCI i brał udział w około stu wyścigach. Uważa jednak, że w niemieckim maratonie każdą z dyscyplin można określić mianem najtrudniejszej za sprawą dystansu. – Podczas pływania już po ósmym kilometrze zacząłem odczuwać ból w łopatkach. Dlatego zmieniłem rytm i zacząłem oddychać co cztery, a nie co dwa ruchy rąk. To ważne, bo przy dystansie 12 km na 50-metrowym basenie musiałbym podnieść głowę ponad 6 000 razy – wylicza.
Na szczęście warunki atmosferyczne przy pływaniu były stosunkowo korzystne. Woda miała 23 stopnie, a konkurencja zaczęła się o siódmej rano, więc nie można było narzekać na temperaturę. Zaczęło nawet kropić. W początkowym etapie zawodnik robił przerwy na jedzenie i picie co 1200-1500 m. Po 8 km co 800 metrów sięgał po pół porcji żelu energetycznego i wypijał porcję izotonika lub elektrolitów. Na szczęście ból w barkach ustał po przesiadce na rower. – To jest zaleta triathlonu. Po wyjściu z wody zapomina się o bólu, bo zmienia się pozycję. Na rowerze jechałem w pozycji czasowej, półleżąc na „lemondce”. Dystans potrójnego Ironmana to 540 km. Jednak tutaj trzeba było pokonać 544 km, ponieważ należało wrócić do strefy zmian. Ale dodatkowe 4 km były bardzo bolesne – opowiada zawodnik.
Choć podczas konkurencji pięciokrotnie mocno padało, udało się ją ukończyć na jednym rowerze, bez żadnych problemów technicznych. Sprzęt spisał się idealnie, podobnie jak zespół wspierający. Kluczowe było jedzenie. W triatlonie często jest ono nazywane czwartą konkurencją. Co znalazło się w menu podczas pedałowania? Oprócz żelu zawodnik zjadł ok. 3 l rosołu z makaronem. Było to istotne, bo w nocy temperatura spadła do 12 stopni i mokremu rowerzyście zaczęło doskwierać zimno. Pokonując kolejne pętle trasy, mieszkaniec Bochni jadł też owoce: banany i arbuza. Nadal dużo pił, także herbatę. I choć na rowerze nie było większego kryzysu, to jednak 20 godzin wysiłku w nienaturalnej pozycji sprawiło, że ostatnie pętle zaczęły się mocno wydłużać.
Pot i łzy
Bieg zaczął się już po świcie, po około 25 godzinach od rozpoczęcia wyścigu. Do 40. km trasy pieszej wszystko zdawało się iść idealnie, a bochnianin zajmował drugą pozycję w rywalizacji. Wtedy pojawił się ból stóp. – Support zrobił mi masaż lodem, założyłem nowe skarpetki i buty. I gdzieś po 45. kilometrze nastąpił wystrzał w butach. Rozpoczął się dramat. Nie byłem w stanie postawić stóp na ziemi. A do mety miałem jeszcze ponad 60 km. Próbowaliśmy to jakoś ratować i walczyć z bólem. Do tego pojawiła się gorączka, przegrzanie organizmu. Nie mogliśmy nad tym zapanować. Było schładzanie, okłady i ratowanie miejsca na podium – relacjonuje Marcin Kusiak.
Tak długie i trudne rywalizacje są w większym stopniu wyzwaniami psychicznymi niż fizycznymi. – Okrążeń było 98 i gdzieś od około 40. km do końca te kilometry jakby się zatrzymały. Zmieniały się tak wolno, że nawet moja mocna głowa sobie z tym nie chciała radzić. Wtedy sprawdzała się metoda małych kroczków. Jeszcze kawałek do rynku. Tam nawrót i znów kawałek. I tak do mety.
Triumf mocy i ducha
Przygotowując się do startu mieszkaniec Bochni trenował codziennie. Poświęcał na to od 12 do 18 godzin tygodniowo. Podczas przygotowań nie było większych kryzysów psychicznych. Był natomiast wypadek, który start w Niemczech postawił pod znakiem zapytania. – Na dobę trafiłem do szpitala, gdzie dwie godziny mnie zszywali. Miałem cztery rany. No i pojawił się dylemat, czy zdążę wrócić do przygotowań? Dwa tygodnie nie robiłem kompletnie nic. Później wróciłem. Wystartowałem w Klagenfurcie w pojedynczym Ironmanie w czerwcu. Jak już tam było dobrze, to postanowiliśmy, że pojadę na potrójnego – wspomina.
Jego zdaniem rola grupy wspierającej podczas zawodów jest ogromnie ważna. Bez supportu zawodnik nic nie zdziała, może nawet nie ukończy rywalizacji. Są odpowiedzialni za jedzenie, logistykę, technikę, morale i zaspakajanie zachcianek. Muszą być cały czas na posterunku przez 47 godzin. Wsparcie lidera grupy biegowej z Bochni to prawdziwy dream team. Tworzą go: małżonka Joanna – nieoceniona pomoc w najbliższym otoczeniu oraz „przyszywany” brat Grzesiu i chrześniak Stacho. – Choć ma dopiero 18 lat, świetnie się wywiązał i ogarnął temat. No i supporterem był mój synek, 11-letni Ignaś, który nie dość, że bardzo mnie wspierał, to nawet trzy kółka ze mną przeszedł. Nie zapomnę, jak szedł spać do kampera, a ja jadłem, przytulił mnie i powiedział: Tatuś już jesteś moim bohaterem. Jak się słyszy takie rzeczy od syna, to więcej nie trzeba – opowiada zawodnik.
Na koniec wypada przypomnieć Marcinowi Kusiakowi jeden z jego tekstów poradnikowych poświęconych temu, jak regenerować się po ciężkim biegu. Pisze, że prócz sauny warto stosować drenaż limfatyczny, „pistolet” do rozluźnienia napięcia mięśni i poprawy przepływu krwi oraz kąpiel w wannie z solą regeneracyjną i jogę. Do kompletu rekomenduje dołożyć dobrą książkę i lampkę wina. Pozostaje mieć zatem nadzieję, że przy zastosowaniu tych metod organizm ultramaratonisty szybko dojdzie na powrót do swojej zwyczajnej, wysokiej sprawności.







![Noga z gazu na DW975 w Wierzchosławicach [ZDJĘCIA] Nowy chodnik Wierzchosławice](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/03/Nowy-chodnik-WIerzchoslawice-2-218x150.jpg)






![Maksymilian Kwapień wrócił na scenę w Tarnowie [ZDJĘCIA] Maksymilian Kwapień](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/02/Koncert-13-218x150.jpg)





