Pandemia koronawirusa wstrząsnęła rozgrywkami piłkarskimi zarówno na poziomie międzynarodowym, jak i krajowym. Wstrzymano ligi, przełożono mistrzostwa Europy, zawodnicy trenują w domach, niektórzy zachorowali. Świat futbolu ogarnęła panika przede wszystkim z powodów ekonomicznych, bo straty finansowe będą ogromne, a wiele klubów może po prostu zbankrutować. Tym samym koronawirus obnażył największą słabość piłki nożnej – uzależnienie od pieniądza.
Międzynarodowe i krajowe organy zarządzające wieloma popularnymi dyscyplinami sportowymi – jak siatkówka czy piłka ręczna – stosunkowo szybko podjęły decyzje o zawieszeniu rozgrywek z powodu epidemii koronawirusa, a także o ich przedwczesnym zakończeniu. Zareagowano właściwie, nie czekając na rozwój sytuacji w niebezpiecznym kierunku. Inaczej stało się w przypadku piłki nożnej.

Na polskim poletku początkowo chciano rozgrywać mecze bez udziału publiczności, następnie wstrzymano rozgrywki, do dzisiaj jednak nie zdecydowano się ich zakończyć. Polski Związek Piłki Nożnej i kluby wierzą, że uda się jeszcze dokończyć sezon w maju i czerwcu, grając wówczas co kilka dni.

Podobna sytuacja ma miejsce w czołowych europejskich ligach, które długo ociągały się z zawieszeniem zmagań. Podobnie jak UEFA, która zwlekała z odwołaniem meczów 1/8 finału Ligi Mistrzów – 11 marca przy pełnych trybunach rozegrano nawet spotkanie Liverpoolu z Atletico Madryt, a choć tego samego dnia mecz PSG z Borussią Dortmund odbył się bez udziału kibiców, to pozwolono im zgromadzić się tłumnie przed stadionem w Paryżu. Z kolei mistrzostwa Europy przełożono na kolejny rok dopiero wtedy, gdy inna decyzja była już niemożliwa. Europejskie puchary zostały zaś jedynie zawieszone.
Wcześniej, kiedy Włosi zmagali się już z epidemią, prezydent UEFA w pierwszej połowie marca nie dostrzegał powagi sytuacji i twierdził publicznie, że Euro 2020 odbędzie się terminowo. Skompromitował się również Karl‑Heinz Rummenigge, szef Bayernu Monachium, który nawoływał, aby nie przerywać niemieckiej Bundesligi. Natomiast w Polsce gromy posypały się na głowę Marka Papszuna, trenera ekstraklasowego Rakowa Częstochowa, który krytykował decyzję o zawieszeniu ekstraklasy.
Skąd ta opieszałość piłkarskiego świata? Dlaczego narażano zdrowie piłkarzy i kibiców w Liverpoolu i Paryżu? Dlaczego środowisko futbolowe ma tak wielkie opory przed podejmowaniem trudnych, ale potrzebnych decyzji? Odpowiedź jest jedna – zawodowa piłka nożna to kolos na glinianych nogach, który przez koronawirusa może zostać przewrócony i mocno poturbowany. Powodem są pieniądze, o czym mówił wprost Rummenigge, argumentując konieczność gry kwestiami ekonomicznymi.
Od kilku tygodni ekstraklasowe kluby alarmują, że z powodu epidemii i nierozgrywania meczów znajdą się na krawędzi upadku. Ba, nawet ceniona pod względem organizacyjnym Bundesliga wieszczy kryzys, jakiego nie było w tamtejszej piłce od wielu lat. Ekonomiści twierdzą, że świat futbolu straci miliardy i zostanie najboleśniej dotknięty spośród różnych dyscyplin sportowych (oszacowano już, że jeśli sezon w Niemczech nie zostanie zakończony, drużyny z dwóch czołowych lig stracą łącznie około 700 milionów euro). Doszło nawet do tego, że piłkarze zrzekają się części zarobków, chcąc pomóc w ten sposób swoim klubom. I nie jest to bynajmniej wyraz szczodrości, ale zapewne chłodna kalkulacja – sportowcy wiedzą, że już niedługo ich pracodawcy mogą stać się niewypłacalni.
A to wszystko dlatego, że piłka nożna stała się w ostatnich dekadach wielkim biznesem, połączonym ściśle z gospodarką. Piłkarze pobierają niebotyczne pensje i są transferowani pomiędzy klubami za grube miliony, a wydarzenia sportowe przynoszą ogromny zysk. Horrendalna komercjalizacja futbolu sprawiła, że bez meczów nie ma pieniędzy z praw transmisyjnych, kontraktów sponsorskich czy rozlicznych działań marketingowych. Nie sprzedają się bilety i koszulki, na stadionach nie działa gastronomia. Tymczasem kluby co roku balansują na krawędzi, nie mając większych oszczędności. Oczywiście komercjalizacja dotyczy też innych popularnych dyscyplin, ale nie w aż takim stopniu. I dlatego dziś to właśnie futbol może stracić najwięcej w starciu z pandemią koronawirusa, która atakuje jego organizacyjną tkankę.
Nikt nie ma już wątpliwości, że piłkarski świat w najbliższych miesiącach boleśnie ucierpi. Przede wszystkim ze szkodą dla kibiców, którzy być może nie będą mieli nawet możliwości oglądania swoich ulubionych drużyn, jeśli te zbankrutują (co grozi kilku polskim ekstraklasowym zespołom, jak stwierdził niedawno prezes spółki organizującej rozgrywki). Gdyby jednak szukać pocieszenia, to może z pandemii wynikną też jakieś pozytywy dla piłki nożnej jako egzemplifikacji sportu, który w pogoni za wartościami materialnymi stracił swój humanistyczny wymiar (pewnie z tego powodu przewracają się dziś w grobie starożytni greccy filozofowie, którzy widzieli w nim realizację ideału kalokagatii, czy baron Pierre de Coubertin, ideowy ojciec nowożytnego ruchu olimpijskiego). Jeśli bowiem świat futbolowy będzie zmuszony dostrzec kruchość swoich ekonomicznych podstaw, być może wreszcie opamięta się i zrozumie, że sprzedawanie piłkarza za 222 mln euro to po prostu szaleństwo.
Na razie pewne jest tylko to, że w sytuacji zagrożenia zdrowia publicznego sport musi zejść na drugi plan, a względy ekonomiczne nie mają żadnego znaczenia. Kibiców nie interesuje zwycięstwo swojej ukochanej drużyny, tylko zdrowie swoje i najbliższych osób. Mylił się więc Bill Shankly, szkocki piłkarz i trener, którego powiedzenie często cytują piłkarscy fanatycy: „Są ludzie‚ którzy uważają‚ że futbol to sprawa życia i śmierci. Jestem takim podejściem rozczarowany. Futbol jest dużo ważniejszy”. W czasach pandemii okazuje się, co tak naprawdę jest sprawą życia i śmierci. Dosłownie.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o