Sezon nauki i pokory

0
171
piłka ręczna
Podsumowanie występów Grupy Azoty w Superlidze

Przedwczesne zakończenie sezonu 2019/20 w Superlidze męskiego szczypiorniaka okazało się szczęśliwym trafem dla Grupy Azoty. Tarnowianie zajmując ostatnie miejsce w przerwanych rozgrywkach, decyzją władz, utrzymali miejsce w gronie najlepszych. Nie ma bowiem co ukrywać, nie odbierając im sportowych szans w fazie play out, uniknąć degradacji w dokończonych rozgrywkach byłoby im trudno. Pierwszy sezon wśród najlepszych był dla nich czasem pokory, ale też nauki, niekiedy bardzo bolesnej.

Transferowa loteria
Przed rozgrywkami, przed kierownictwem tarnowskiego klubu stanęło ciężkie zadanie zbudowania zespołu, który zdołałby nawiązać rywalizację z drużynami z Superligi. Było wiadomo, że przy różnicy potencjałów pomiędzy najwyższą klasą rozgrywkową a I ligą, drużyna musi ulec mocnej przebudowie i zostać poważnie wzmocniona. Tym bardziej, że nie udało się przekonać do zatrzymania w Tarnowie, bardzo dobrze kierującego grą drużyny występującej jeszcze pod szyldem SPR w I lidze, Michała Chodary. Doświadczony rozgrywający postanowił wrócić do Stali Mielec. Dosyć niespodziewanie drużynę opuścił także obiecujący lewoskrzydłowy, wychowanek Pałacu Młodzieży Kamil Drobiecki.

Jednym z pierwszych kroków była jednak zmiana szkoleniowca. Ku zaskoczeniu wielu obserwatorów Tarnów opuścił Ryszard Tabor, chociaż pod jego kierunkiem zespół dwa razy z rzędu wygrał rozrywki o mistrzostwo I ligi, wyniki broniły więc pochodzącego z Bochni szkoleniowca, a on sam deklarował chęć poprowadzenia drużyny w Superlidze. Podobno jednak nie był akceptowany przez wszystkich zawodników. Tak czy owak, sięgnięto po inne rozwiązanie i zadanie prowadzenia ekipy, która do rozgrywek przystąpiła pod szyldem sponsora strategicznego – Grupy Azoty, powierzono Marcinowi Markuszewskiemu. Dla wielu obserwatorów było to jednak spore zaskoczenie. Pochodzący z Gdańska Markuszewski to szkoleniowiec młody, jeszcze bez spektakularnych osiągnięć. Jego asystentem został natomiast były szczypiornista, a potem trener Unii Tarnów, Marcin Ogarek.
Nowy sztab szkoleniowy stanął przed zadaniem budowy drużyny, która stanowiłaby udane połączenie miejscowych zawodników, niemających doświadczenia z gry na najwyższym ligowym poziomie, z nowymi nabytkami, które miały stanowić poważne wzmocnienie i „siłę napędową” beniaminka. Biorąc pod uwagę ograniczony budżet oraz fakt, że większość zawodników krajowych miała już podpisane kontrakty w dotychczasowych klubach lub obawiała się przejść do Tarnowa, było to bardzo trudne zadanie. I niestety przypominało udział w loterii. Przed sezonem do Grupy Azoty dołączyło siedmiu nowych graczy, w jego trakcie kolejnych czterech. Większość jednak, powiedzmy sobie uczciwie, nie była żadnym wzmocnieniem, a jedynie uzupełnieniem składu. Bo jakież to wzmocnienie, jeżeli nowy zagraniczny zawodnik zostaje jedynie zmiennikiem wychowanka tarnowskiego Pałacu Młodzieży, który nigdy wcześniej nie grał na poziomie Superligi? Z całą pewnością z nowych nabytków swoje zadanie spełnili bramkarz Patryk Małecki, lewoskrzydłowy Łukasz Kużdeba, młody środkowy rozgrywający Wojciech Dadej, a także prawoskrzydłowy Rennosuke Tokuda. Pierwszy Japończyk w Superlidze prezentował nieco szalony styl, popełniał błędy w ataku, ale jego żywiołowa gra podobała się kibicom.
Niepowodzenia w trakcie sezonu spowodowały nerwowe ruchy transferowe, zaangażowano Portugalczyka Edgara Landima i Nikole Kedzo. Równocześnie rozwiązano kontrakty z Łukaszem Nowakiem i Damianem Misiewiczem. Zaskoczeniem było szczególnie rozstanie się z Nowakiem, który był kapitanem drużyny, związanym mocno z tarnowskim środowiskiem i bez wątpienia jednym z głównych architektów awansu drużyny do Superligi. Co gorsza, wspomniane zmiany nie wpłynęły zasadniczo na postawę drużyny.

Plusy i minusy
Przedsezonowe obawy obserwatorów o wyniki beniaminka niestety znalazły potwierdzenie. Debiutanci musieli zapłacić tzw. frycowe, wzmocnienia nie okazały się w większości na tyle skuteczne, aby Grupa Azoty mogła „namieszać” w lidze. Momentami tarnowianie odbijali się od rywali jak od przysłowiowej ściany, ustanawiając niechlubne rekordy. W meczu z PGE Vive Kielce stracili aż 52 gole, to rekord w Superlidze. W meczu z Grupą Azoty reprezentacyjny skrzydłowy Michał Daszek z Orlenu Wisły zdobył aż 18 goli, ustanawiając indywidualny rekord Superligi.
W większości spotkań tarnowianie odstawali poziomem od swoich rywali, różnica sportowej klasy na parkiecie była aż nadto widoczna. Ale były też inne mecze, w których potrafili wznieść się na wyżyny swoich możliwości i zawiesić rywalom poprzeczkę bardzo wysoko. Sensacyjnie pokonali w Tarnowie drużynę z czołówki – Gwardię Opole, po dramatycznym przebiegu pokonali u siebie Piotrkowianina, wygrali ze Stalą Mielec, zremisowali mecze z Chrobrym Głogów, MKS Kalisz i wyjazdowy pojedynek w Mielcu, w tych wypadkach o punktach rozstrzygały rzuty karne. Momentami potrafili grać ładny dla oka handball. I co najważniejsze skuteczny.
Minusem był natomiast trudno zrozumiały brak koncentracji i konsekwencji. Kiedy wszystko wychodziło, tarnowianie rządzili na parkiecie, kilka niepowodzeń powodowało jednak, że w ciągu kilku minut potrafili roztrwonić przewagę i pozwolić rywalom odebrać wygraną. Nawet przewaga różnicą 5-6 bramek nie gwarantowała jeszcze niczego. Żal straconych punktów w meczach w Tarnowie z Zagłębiem Lubin, Chrobrym Głogów, Wybrzeżem Gdańsk, MKS Kalisz (gol stracony praktycznie w ostatniej sekundzie meczu), na wyjeździe z Wybrzeżem, czy nawet z Górnikiem Zabrze. Trener Markuszewski tłumaczył to brakiem czasu na zgranie zespołu i był przekonany, że w fazie play out prezentowałby się znacznie lepiej. Tego się już jednak nie dowiemy.
Kto zasłużył na wyróżnienie w tarnowskim zespole? Z pewnością wymienieni wcześniej nowi zawodnicy – Małecki, Kużdeba, Dadej i Tokuda, a z tarnowskich wychowanków wygranymi sezonu byli Jakub Kowalik i Mateusz Wojdan. Pierwszy znalazł się w czołówce najlepszych strzelców ligi, natomiast Wojdan – młody, dotąd rezerwowy zawodnik, zyskał niemal etatowe miejsce w wyjściowej siódemce, a uzyskane w trakcie sezonu doświadczenie powinno procentować w niedalekiej przyszłości.
Kończąc optymistycznie wypada przypomnieć przeniesienie w trakcie sezonu meczów szczypiornistów do zmodernizowanej Areny Jaskółka, która mimo ich nienajlepszej postawy przyciągała kibiców, dowodząc, że szczypiorniak ma w Tarnowie duży potencjał zainteresowania. Nie sposób też nie zauważyć bardzo profesjonalnej i ekspansywnej polityki marketingowej klubu, budowania tym samym jego marki i produktu, mającego stworzyć modę na piłkę ręczną w mieście.
Przed Grupą Azoty kolejne wyzwania. Wypada mieć tylko nadzieję, że z zakończonego przedwcześnie sezonu zostaną wyciągnięte wnioski i nauka, jaką otrzymali od rywali zawodnicy i działacze, nie pójdzie w przysłowiowy las. Szczęście w sporcie jest niezbędne, ale nie można zawierzać tylko ślepemu losowi.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o