REKLAMA

Tarnowianie po serii rzutów karnych wygrali z Torus Wybrzeże Gdańsk mecz 1/4 finału PGNiG Pucharu Polski i awansowali do półfinałów rozgrywek. Jeszcze nigdy tarnowska drużyna nie awansowała tak daleko w pucharowych rozgrywkach!

Mecz błędów

W tym sezonie Puchar Polski odbywa się w specyficznym okresie pandemii, wiele drużyn zrezygnowało z udziału w tych rozgrywkach. Tarnowianom do awansu do ćwierćfinału wystarczyło wygrać jeden mecz z I-ligową Szkołą Mistrzostwa Sportowego w Kielcach. Teraz los postawił na ich drodze ekipę gdańskiego Wybrzeża, z którą kilka tygodni temu stoczyli pasjonujący i dramatyczny pojedynek w Superlidze. Przegrali różnicą jednej bramki, a decydującego gola zdobył były reprezentant Polski Mateusz Jachlewski rzutem przez całe boisko w ostatniej sekundzie spotkania. Wydawało się, że nic bardziej dramatycznego już się nie może wydarzyć, a jednak…
Ale po kolei. W mecz zdecydowanie lepiej „weszli” tarnowianie. Po 10 minutach na tablicy wyników widniał rezultat 5:1. Goście w pierwszych fragmentach mieli bardzo duże problemy ze sforsowaniem defensywy tarnowian, bramki zdobywali głównie ze skrzydeł, najskuteczniejszym zawodnikiem meczu okazał się prawoskrzydłowy gdańskiej drużyny Mateusz Kosmala. Widać było wyraźnie brak w ich składzie leworęcznego rozgrywającego Kamila Adamczyka, z konieczności na jego pozycji zagrał praworęczny Krzysztof Gądek. Tarnowianie natomiast starali się grać to co najlepiej im wychodziło, czyli dużo piłek dogrywali do kołowego Shuichi Yoshidy, który zamieniał podania albo na gole, albo na rzuty karne. Inna sprawa, że w trakcie meczu zmarnowali aż trzy rzuty z linii 7 metrów, gdański golkiper obronił rzuty Rennosuke Tokudy, Łukasza Kużdeby i Shuichi Yoshidy. Wreszcie jednak goście zdołali złapać właściwy rytm gry i doprowadzić do remisu w 25. minucie spotkania. Duża w tym niestety zasługa gospodarzy, którzy zaczęli popełniać niemal seryjnie błędy w ataku, faulując bądź gubiąc piłki. Przyjezdni zresztą podobnie, więc chociaż mecz był cały czas wyrównany i przez to emocjonujący, to jednak nie stał na poziomie godnym drużyn, których ambicją jest miejsce w środku tabeli Superligi. Wybrzeże wykorzystało fatalną skuteczność szczypiornistów Grupy Azoty w drugiej części pierwszej odsłony meczu. Gospodarze pomiędzy 15. a 30. minutą trafili do bramki rywali zaledwie dwa razy, a ostatniego gola zdobyli w 22. minucie. Goście zdobyli cztery gole z rzędu (dwa Mateusz Jachlewski, po jednym Kelian Janikowski i Mateusz Kosmala) i do przerwy prowadzili różnicą dwóch bramek 11:9.

REKLAMA

Powtórka z rozrywki

To była jednak tylko przygrywka do tego, co miało się dziać w drugiej połowie. Początek należał do szczypiornistów z Gdańska. Zawodnikom Torus Wybrzeża udało się powiększyć przewagę do 3 bramek, ale od 36. minuty to gospodarze przejęli inicjatywę. Największa w tym zasługa Dawida Ciochonia, który zastąpił w bramce Caspera Liljestranda i raz po raz kapitalnymi interwencjami ratował swój zespól. W 40. minucie trafił Jakub Kowalik i doprowadził do remisu 14:14.
Gospodarze poszli za ciosem i w 42. minucie objęli prowadzenie 16:14. Stało się to po tym, jak trafiali Łukasz Kużdeba i po wykorzystanym wreszcie rzucie karnym Kirył Kniazeu. Notabene Białorusin pojawił się na parkiecie tylko po to, aby wyegzekwować karnego. Goście nie zamierzali jeszcze składać broni, na 10 minut przed ostatnim gwizdkiem remisowali 19:19. Ostatnie minuty spotkania oznaczały prawdziwy horror. Podopiecznym Krzysztofa Kisiela udało się wyjść na dwubramkowe prowadzenie, a w ciągu kilku sekund odesłani na ławkę w celu odbycia dwuminutowej kary zostali Kamil Pedryc i Kacper Majewski. Jakby tego było mało na parkiecie nie było już od pewnego czasu Przemysława Mrozowicza. Otrzymał on bowiem czerwoną kartkę za niebezpieczny faul. Gospodarze przetrwali jednak ten kryzys. Jeszcze na niespełna dwie minuty przed końcem przegrywali 22:24, ale ostatnie słowo należało do nich. Najpierw indywidualną akcją popisał się wracający na parkiet po kontuzji Wojciech Dadej, a w ostatniej minucie ciężar odpowiedzialności wziął na siebie lewoskrzydłowy Kacper Majewski i doprowadził do remisu.
Goście mieli jednak jeszcze czas na rozegranie swojej ostatniej akcji i zdobycie zwycięskiej bramki. Trener Krzysztof Kisiel przytomnie poprosił o czas i „ustawił” ostatnią akcję. Ale na szczęście dla gospodarzy Wybrzeże nie potrafiło wykorzystać tego atutu i mecz w regulaminowym czasie zakończył się remisem. O zwycięstwie i tym samym awansie do półfinału miały zatem zadecydować rzuty karne. Biorąc pod uwagę fatalną skuteczność gospodarzy w tym elemencie gry, można było mieć spore wątpliwości czy wszystko zakończy się happy endem.

Obie drużyny zaprezentowały stuprocentową skuteczność i po 5 seriach nadal mieliśmy remis. Dopiero w 6. serii najpierw do bramki rywala trafił Ajdin Zahirović, a bramkarz gospodarzy Casper Liljestrand zdołał obronić rzut Mateusza Kosmali i tym samym zapewnić swojej drużynie awans do półfinału PGNiG Pucharu Polski. Tarnowianie mogli wykonać taniec radości. Tym razem to oni po horrorze pokonali Wybrzeże. W drugim ćwierćfinale spotkają się Zagłębie Lubin z Azotami Puławy. W półfinale zostały rozstawione nasze „eksportowe” drużyny: Łomża Vive Kielce i Orlen Wisła Płock.

Grupa Azoty SPR Tarnów – Torus Wybrzeże Gdańsk 24:24 (9:11), karne 6:5

Grupa Azoty SPR Tarnów: Liljestrand, Ciochoń – Tokuda 3, Majewski 2, Wojdan 2, Kowalik 4, Wajda 1, Dadej 1, Kużdeba 2, Pedryc 1, Kniazeu 1, Mrozowicz 1, Zahirović 2, Yoshida 4.

REKLAMA

Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments