Czterdzieści sportowych lat

0
30
jasicz
REKLAMA

Kiedy ma się na koncie wychowanie takich zawodniczek jak olimpijka Monika Bednar czy aktualna reprezentantka Polski Agnieszka Ligięza, to chyba nie można żałować decyzji sprzed lat, kiedy postanowił zająć się pan lekkoatletyką?
To było jeszcze w szkole podstawowej, kiedy poszedłem na trening do trenera Tadeusza Cebrata do klubu Metal. Wybitnym zawodnikiem nie byłem. Moje rekordy to 6,97 w skoku w dal oraz 14,60 w trójskoku, bo te dwie konkurencje uprawiałem. Pod koniec startów występowałem także w innych tarnowskich klubach, Unii i Tarnovii. Skończyłem jak miałem 19 lat.
Ale skończył Pan tylko starty, bo nie zerwał związków z lekkoatletyką, zostając trenerem…
Do trenerki bardzo mnie ciągnęło. Zacząłem wcześnie, będąc jeszcze uczniem technikum wieczorowego przy ówczesnym „Ponarze”. Kiedy tylko zdałem maturę, zdobyłem uprawnienia instruktora i tak się zaczęło. Pierwszą moją pracą były zajęcia z uczniami szkoły zawodowej przy Zakładach Mechanicznych, potem krótko pracowałem w Tarnovii, a w 1975 roku przeszedłem do Unii.
Miał Pan trochę szczęścia, bo trafił niemal od razu na wielki talent – Halinę Woźny
Halina faktycznie miała talent do tego sportu. W 1976 roku na Olimpiadzie Młodzieży zdobyła brązowy medal w wieloboju, dzięki niej zostałem trenerem kadry narodowej juniorek. Żałuję jedynie, że zaczęły ją trapić kontuzje. Nie miałem jeszcze dużego doświadczenia jako szkoleniowiec, bo może w innych okolicznościach mogłaby osiągnąć znacznie więcej.
Ale miał Pan do zawodników, a bardziej do zawodniczek, „dobrą rękę”. Czyje wyniki sprawiły Panu najwięcej satysfakcji?
Na pewno Moniki Bejnar, która była przez wiele lat reprezentantką kraju, dostąpiła zaszczytu występu na Igrzyskach Olimpijskich, zdobyła medal mistrzostw Europy. Miło wspominam współpracę z Agnieszką Gacoń – sprinterką, młodzieżową mistrzynią Polski. Miałem także bardzo dobre dziewczyny, które zdobywały medale mistrzostw Polski juniorek w sztafecie. To była zawsze mocna strona Unii. Albo Dorota Fojcik, czołowa polska sprinterka, która w Tarnowie zjawiła się wraz ze swoim mężem Ksawerym – koszykarzem Unii. Wznowiła treningi po ponad roku i pod moją pieczą pobiła swoje rekordy życiowe. A ostatnia taka perełka to Agnieszka Ligięza.
Jak Pan ocenia stan tarnowskiej lekkiej atletyki dzisiaj?
Opiera się na pracy garstki zapaleńców. W mieście mamy trzy sekcje: LUKS, Unia i nowy klub, który działa od 1 stycznia bieżącego roku – AZS przy Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej. Ale jest ciężko, nie mamy odpowiedniej bazy i to jednak problem całego regionu. Proszę sobie wyobrazić, że w sąsiednim województwie podkarpackim niebawem będzie już osiem stadionów wyposażonych w bieżnie tartanowe, niezbędne do treningu biegowego. A w Małopolsce jest tylko jeden taki obiekt – stadion AWF w Krakowie. Były plany, aby podobny powstał na stadionie Błękitnych, ale skończyło się na planach. Młodzież też nie garnie się do tego sportu, chętniej trenują dzieciaki z okolicznych wiosek niż z Tarnowa.
Gdyby chciał Pan w kilku słowach zareklamować swoją dyscyplinę sportu…
To najważniejsza dyscyplina, z której czerpie każda inna, i od niej tak naprawdę wszystko się zaczyna. Nie na darmo przecież nazwano lekkoatletykę „królową sportu”.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o