Majster, nie jedzie…

0
193
slawomir-tronina
REKLAMA

Pamiętasz swoje pierwsze zawody w Tarnowie?
Tak, byłem jeszcze zawodnikiem Gwardii Łódź i do Tarnowa przyjechałem na półfinał Brązowego Kasku. To były pamiętne zawody, bo z powodu licznych upadków biegi były bez przerwy powtarzane, a kilku chłopaków odniosło kontuzje. Ja też miałem problemy, bo po defekcie motoru stanąłem na torze, a rywal z Motoru Lublin wjechał mi dosłownie na plecy, wybił się z nich i wyleciał aż za bandę. Wiem, że kibice, którzy to wiedzieli, do dziś ten wypadek wspominają. Początek nie był więc fortunny…
A kilka lat później zostałeś zawodnikiem Unii…
Tak, w 1984 roku, ale mogłem już wcześniej. W 1980 roku Gwardia Łódź, w której zaczynałem starty, była już w likwidacji i na meczu ligowym w Tarnowie zdobyłem sporo punktów. Pamiętam, że do hotelu Tarnovia, gdzie mieszkaliśmy, odwozili mnie panowie Szczepan Bukowski i Florian Kapała i namawiali do przyjścia do Tarnowa. Ale miałem także inne propozycje – wyglądało na to, że wraz ze Staszkiem Miedzińskim trafię do Torunia. Ostatecznie za namową Pawła Szkobela zostałem zawodnikiem Motoru Lublin.
Zatem wszystko zaczęło się w Łodzi?
Tak, za sprawą kolegi, który trenował w szkółce i z nim zjawiłem się na stadionie, a tam trener Stefan Kwoczała, były bardzo dobry zawodnik z Częstochowy, namówił mnie, abym spróbował. Wcześniej też interesowałem się dwoma kółkami – od rowerka bobo poprzez „damkę” do motocykli WSK, wreszcie jawy 350. Ale żużlem zacząłem się interesować dopiero, kiedy miałem 18 lat. W maju trafiłem do szkółki, a we wrześniu zdawałem licencję, jako jeden ze 120 chłopaków, którzy chcieli zostać wtedy w Łodzi żużlowcami. Ze mną pojechał z Gwardii na egzamin jeszcze tylko Karol Lis, później znany zawodnik, ale go oblał i zdał później. Ta licencja była pamiętna, bo w tym samym dniu, kiedy ja ją zdawałem, na torze w Rzeszowie zabił się mój kolega Heniu Drozdek. Kilka dni później zabrałem wieniec i poszedłem na jego pogrzeb.
I co, żadnej refleksji, że to jednak niebezpieczna zabawa, żeby dać sobie spokój?
Żadnej. To było jak z jazdą samochodem. Wiesz, że na drodze zdarzają się tragiczne wypadki, słyszysz i czytasz o nich, ale nie myślisz, że mogą spotkać ciebie.
Dlaczego Gwardia Łódź w 1980 roku przestała istnieć?
To był specyficzny czas i specyficzny klub – milicyjny. A wtedy zaczęły się solidarnościowe strajki. Brakowało pieniędzy, żużel w Gwardii był zawsze w cieniu bardzo dobrej sekcji bokserskiej i tak się to rozpadło, a zawodnicy poprzechodzili do różnych klubów. Ale miło wspominam tamte początki. Trener Kwoczała był bardzo inteligentnym i dobrze zorganizowanym człowiekiem. Jako ciekawostkę podam, że byłem świadkiem kręcenia na naszym torze zdjęć to głośnego swego czasu filmu „Poza układem”. Niektórzy klubowi koledzy nawet w nim zagrali: Ryszard Janczuro, Zdzisław Żerdziński, a Kazimierz Pakulski dublował w scenach jazdy głównego bohatera granego przez Krzysztofa Stroińskiego. Najbardziej zapamiętałem kręcenie sceny, w której jeden z zawodników się przewrócił. Aby zrobić wrażenie, że wyścig trwał i spod kół leciał żużel, ktoś przerzucał go przed kamerą za pomocą łopaty.
Gwardię zlikwidowano i młody Tronina trafił do Lublina…
Do równie młodej drużyny. To były trzy dobre sezony. Stanowiliśmy liczną, zgraną paczkę kolegów. Tak liczną, że w jednym sezonie Motor wystawił nawet rezerwową drużynę do II ligi. Najbardziej kolegowałem się z Andrzejem Gąbką. Jeździliśmy często w parze, świetnie się rozumieliśmy na torze, w efekcie sporo biegów wygrywaliśmy. Atmosfera była fajna, dobrze ten okres pobytu w Lublinie wspominam – stamtąd pochodzi moja żona.
Aż wreszcie przyszedł wspomniany rok 1984 i propozycja – tym razem nie do odrzucenia z Tarnowa…
Tak, ale początki wcale nie były łatwe. Przyszliśmy do Unii w trzech: z Benkiem Jąderem i Heńkiem Jaskiem. Unia to był wcześniej zespól złożony właściwie z samych miejscowych zawodników. Trochę kuso niektórzy na nas wtedy patrzyli, bo dla niektórych zaczęło brakować miejsca w składzie. Pozytywną rolę w przełamaniu lodów odegrał Stanisław Kępowicz, który wtedy już nie startował, ale był kimś w rodzaju asystenta trenera. Potem przyszli jeszcze Bogusław Nowak, Piotrek Styczyński, Janusz Łukasik, wreszcie Eugeniusz Błaszak. Z miejscowych seniorów został w końcu chyba tylko Marian Wardzała. Ale cel zrealizowaliśmy, wywalczając po długiej przerwie awans do I ligi dla Tarnowa.
Ale wejście do nowego klubu miałeś kapitalne. Pierwszy start i rekord toru w Tarnowie!
Tak, to były towarzyskie dwudniowe zawody z udziałem zawodników z klubu Preglejka Żarnovica. Dogadałem się świetnie z mechanikiem Jerzym Połciem i fajnie mi silnik „w ciemno” dopasował. A tor był taki przyczepny. Wygrywałem koleje biegi no i pobiłem rekord toru.

REKLAMA

Po kilu latach w Unii pojawił się jednak nowy etap – Piotr Rolnicki i jego Victoria‑Machowa. To był krótki, ale burzliwy epizod w dziejach polskiego żużla…
Zbudowany w ciągu trzech miesięcy specyficzny tor i właściwie pierwszy w Polsce zawodowy klub żużlowy. Pamiętam, że do połowy sezonu byliśmy pracownikami klubu, a potem każdy z nas musiał założyć działalność gospodarczą i wystawiać faktury za swoje sportowe usługi. Dziś tak wszyscy robią, ale wtedy była to nowość i wiem, że na początku nie byliśmy szczęśliwi z tego powodu. Victoria się jednak posypała, bo Rolnickiemu przestały płacić kopalnie za produkty, które im dostarczał, i nie stać go już było na samotne finansowanie klubu żużlowego. Ja trafiłem wówczas do Wandy Kraków, a potem powróciłem tam gdzie wszystko się zaczęło, czyli do rodzinnej Łodzi. Trochę z sentymentu. Drużna nazywała się wówczas JAG Speedway Łódź
5 czerwca 1996 roku. Pamiętasz tamten tragiczny dzień?
Tego dnia w dramatyczny sposób zakończyła się moja kariera żużlowca. Mieliśmy zajęcia na torze w Łodzi przed kolejnym meczem ligowym. Wpadł na mnie podczas jazdy młodszy kolega. Było już właściwie po mnie, bo byłem w stanie śmierci klinicznej. Ale przeżyłem. Miałem znowu szczęście, bo udało się „naprawić” mój rdzeń kręgowy, nową metodą, którą przede mną zastosowano operując młodą dziewczynę. Potem długa, mozolna rehabilitacja i jakoś doszedłem do siebie. Ale oczywiście o dalszej jeździe nie było już mowy. Starty na żużlu trzeba było definitywnie zakończyć. Po 18 latach.
I zrobiłeś sobie od żużla kilkuletnia przerwę?
Tak, mieszkałem dalej w Tarnowie gdzie się na stałe osiedliłem wraz z rodziną i nawet na zawody nie chodziłem. Któregoś dnia poszedłem na koncert grupy „Ich Troje”, który miał się odbyć w hali sportowej nieopodal stadionu Unii Koncert jednak odwołano, a ja usłyszałem warkot motocykli. Zajrzałem na stadion i zobaczyłem chłopaków jak jeżdżą. Wśród nich jeden taki mały, drobny, akurat trafiłem jak się przewrócił.
Ten zawodnik to był Janusz Kołodziej?
Tak. W tym czasie miałem sąsiada, Janusza Migałe, który prowadził prywatne przedsiębiorstwo i postanowił pomóc początkującemu zawodnikowi. Zatrudnił mnie w roli mechanika, ale jednocześnie mentora, przewodnika Janusza po żużlowym światku. Tak rozpoczęła się moja kilkuletnia przygoda z żużlem i współpraca z aktualnym mistrzem Polski. Bardzo pozytywnie oceniam tamtą współpracę – myślę, że trochę Januszowi pomogłem i mogę mieć satysfakcję z tego, jakim teraz jest zawodnikiem. Oczywiście potem jak dorósł wybrał swoją własną drogę, co było naturalne i nią konsekwentnie podąża.
A Ty od kilku lat dbasz o sprzęt klubowy, Twój warsztat to znane miejsce na stadionie Unii i chętnie odwiedzane przez zawodników, trenerów, kibiców…
Świadczę klubowi takie usługi, ale jednocześnie przygotowuję sprzęt zawodnikom z innych klubów, jeżeli mnie o to poproszą. Staram się też pomagać Mirkowi Cierniakowi w przygotowaniu motocykli dla jego szkółki mini żużla.
Dawniej bywało tak, że zawodnicy często nie bardzo orientowali się w zagadnieniach związanych z przygotowaniem motocykli. Słynne było zawołanie: Majster, nie jedzie?. Jak to wygląda teraz?
(Śmiech) Generalnie nic się nie zmieniło. Do motocykla trzeba mieć dryg, trzeba go czuć. To trochę tak jak z muzyką. Aby zostać dobrym muzykiem nie wystarczy sama znajomość nut. A motocykl żużlowy to specyficzny mechanizm. Ma tyle wspólnego z innymi motocyklami, co skoki narciarskie i innymi konkurencjami narciarskimi. Inna historia po prostu.
Rozmawiamy tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Gdzie je spędzisz?
Wyjeżdżamy z żoną do Lublina do szwagierki, a potem tradycyjnie do podlubelskiego gospodarstwa, które mamy po teściach. Przy okazji chciałbym wszystkim kibicom złożyć serdeczne świąteczne życzenia i wielu sportowych wrażeń w nadchodzącym 2014 roku!

REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments