Marek Cieślak: Jak co roku pojedziemy po złoto

0
86
cieslak wywiad

W najbliższy weekend Leszno stanie się stolicą speedway’a za sprawą barażu i finału Drużynowego Pucharu Świata. Sporo emocji wywołało podanie składu naszej reprezentacji. Nie znalazło się w niej miejsce chociażby dla Jarosława Hampela, Piotra Protasiewicza, Janusza Kołodzieja czy Przemysława Pawlickiego. Nie miał Pan kłopotów przy selekcji?
Nie. Ja oczywiście słyszałem takie głosy, że właściwie możemy wystawić dwie równorzędne reprezentacje, ale nie do końca moim zdaniem to tak wygląda. Postanowiłem postawić na tych zawodników, którzy rywalizują w Grand Prix i – co ważne – w mistrzostwach świata jeżdżą z powodzeniem. Kadrę tworzą więc: Maciej Janowski, Patryk Dudek, Bartosz Zmarzlik oraz Piotr Pawlicki. A w odwodzie jako zawodnik oczekujący pozostaje Jarosław Hampel. Rozmawiałem z Jarkiem, który przecież przez lata był podporą naszej kadry. Sam przyznał, że po kontuzji brakuje mu jeszcze trochę jazdy i na start w finale Drużynowego Pucharu Świata byłoby jeszcze za wcześnie. Bardzo mi się ta szczerość spodobała, rzadko się zdarza, aby zawodnik potrafił tak realnie ocenić swoje aktualne możliwości.
Zgodnie z regulaminem pozycję rezerwowego musi zajmować junior. Tu chyba także były kłopoty bogactwa? Bartosz Smektała, Dominik Kubera, Maksym Drabik, Kacper Woryna…Postawił Pan na tego pierwszego.
Oczywiście było kilku kandydatów, ale postawiłem na zawodnika Unii Leszno, Bartosza Smektałę. Myślę, że to najlepsze rozwiązanie. Przekornie powiem tak‑ jak nam się nie powiedzie, to wtedy będę się tłumaczył dlaczego ci, a nie inni zawodnicy.
No właśnie. Wszyscy oczekują kolejnego złotego medalu i potwierdzenia światowej supremacji. A jak nie będzie wygranej, będzie spory zawód?
Jak co roku jedziemy po złoto, ale to jest sport. Do takiej presji jestem zresztą już przyzwyczajony. Odkąd pracuję z reprezentacją, czyli od jedenastu lat, zawsze media piszą to samo i tak samo. Czyli że jak nie będzie wygranej, to będzie rozczarowanie.
Od lat w drużynowej rywalizacji liczą się te same nacje: Polacy, Duńczycy, Szwedzi, Australijczycy. Nie odnosi Pan wrażenia, że światowemu sportowi żużlowemu brakuje świeżej krwi?
To się jednak zmienia. Kiedy ja startowałem, potęgą byli Anglicy i Szwedzi, ale także Polacy. Liczyli się Rosjanie, w finale ówczesnych Drużynowych Mistrzostw Świata występowali także Czesi. Potem przyszła era Duńczyków, Amerykanów, Australijczyków. Teraz mamy taką sytuację, jaką mamy. Myślę, że gdyby Rosjanie wreszcie wystawili najsilniejszą kadrę, mogliby się także liczyć.
Jak wyglądać będą ostatnie dni przed sobotnim finałem naszej narodowej reprezentacji? Czy wzorem lat ubiegłych planuje Pan jakieś mini zgrupowanie czy chociażby wspólne zajęcia na torze?
Tak, w poniedziałek mamy jeździć w Lesznie (rozmowę przeprowadzono w piątek 30 czerwca), a w środę 5 lipca planujemy solidny trening w Ostrowie Wielkopolskim. Ponownie spotykamy się w piątek w Lesznie i wspólnie obejrzymy sobie zawody barażowe, poznając rywali. A w sobotę wieczorem wielki finał!
Na zakończenie chciałbym zmienić temat i zapytać, czy śledzi Pan rozgrywki Nice Polskiej Ligi Żużlowej i wyniki Pana byłej drużyny – Unii Tarnów?
Meczów Unii w telewizji raczej nie oglądam, bo mam swoje obowiązki klubowe w Zielonej Górze. Ale oczywiście śledzę rozgrywki w I lidze i starty zawodników Unii. Na razie spisują się dobrze, ale wiadomo, że przy istniejącym systemie rozgrywek wszystko tak naprawdę rozstrzyga się w play off. Unia jest w moim przekonaniu głównym faworytem, aby awansować do ekstraligi. Ma dobry skład, a jej atutem jest także tor, na którym przyjezdnym zawodnikom przeważnie jeździ się bardzo ciężko. Czyli Unia ma wiele atutów, aby wygrać rozgrywki i awansować do ekstraligi.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o