Paweł Baran: Pogoda krzyżuje plany

0
104
Pawel-Baran
REKLAMA

 

REKLAMA

W minionym tygodniu część drużyny „Jaskółek” przebywała na krótkim zgrupowaniu w chorwackim Gorican. Udało się trochę pojeździć na torze?
Tak, Janusz Kołodziej, Martin Vaculik, Leon Madsen i Ernest Koza jeździli sporo w czwartek oraz w piątek rano. Mieli praktycznie cały tor dla siebie, oprócz nich trenowali bowiem tylko rzeszowianie, Dawid Lampart i Łukasz Kret. Trzeba było zdecydować się na taki wyjazd, bo przecież na naszym torze nie mogły się odbyć żadne zajęcia. Ta tegoroczna pogoda to jakaś masakra, ale cóż, nie mamy na nią żadnego wpływu.
W 2004 roku odniosłeś swój największy sukces w karierze, zostałeś wraz z kolegami drużynowym mistrzem Polski. Jak wspominasz tamten „złoty rok”?
Wspaniale. Oczywiście moja rola w zespole była inna niż braci Gollobów czy Rickardssona. Byłem rezerwowym juniorem, wskakiwałem do składu za kontuzjowanych kolegów. Ale kiedy odbierałem na podium złoty medal, w ogóle o tym nie myślałem. Była tylko ogromna radość z sukcesu, jaki wtedy Unia Tarnów odniosła.
A rok później nie było Cię już w drużynie i zaczęła się tułaczka po innych klubach…
Takie były realia. Ja już wtedy byłem seniorem, w sumie było nas w zespole siedmiu, a do tego jeszcze w życiowej formie byli juniorzy Janusz Kołodziej i Marcin Rempała. Było więc bardzo ciasno w składzie i po prostu dla mnie zabrakło miejsca. Potraktowałem moje odejście jako coś zupełnie normalnego.
Masz w dorobku także Młodzieżowe Mistrzostwo Polski Par Klubowych, ale jeśli dobrze pamiętam, to w tamtych finałowych zawodach w ogóle nie wyjechałeś na tor?
Zgadza się, byłem w zespole, ale nie wystąpiłem w ani jednym wyścigu. Co zrobić, takie były decyzje i musiałem je uszanować.
A kiedy po raz pierwszy zaświtała myśl, aby pozostać przy żużlu, ale już nie jako zawodnik, tylko szkoleniowiec?
Jeszcze wtedy, gdy byłem czynnym zawodnikiem. Stąd taki, a nie inny wybór studiów. Wcześniej poszedłem do technikum, bo wydawało mi się to naturalne w sytuacji, kiedy jestem żużlowcem i pracuję z motocyklami. Potem, kiedy pomyślałem, że chciałbym być trenerem, podjąłem decyzję o studiowaniu wychowania fizycznego. Ukończyłam najpierw Państwową Wyższą Szkołę Zawodową w Tarnowie, a następnie Akademię Wychowania Fizycznego w Katowicach.
I łatwo było się odnaleźć w roli trenera?
Najważniejsze jest to, że robię to, co naprawdę lubię – pracuję ze szkółką żużlową Unii. Nie zabiegałem o to specjalnie, ale kiedy w 2010 roku otrzymałem taką propozycję, pomyślałem, że warto z niej skorzystać.
Masz okazję pracować u boku Marka Cieślaka, który ma opinię świetnego fachowca, wspartą wieloma osiągnięciami z narodową reprezentacją i drużynami klubowymi. Czego można się nauczyć od takiego szkoleniowca?
Naprawdę bardzo dużo. Wystarczy przyjrzeć się, co robi, posłuchać tego, co mówi. Marek Cieślak ma przecież olbrzymie doświadczenie i dlatego bardzo się cieszę, że mogę się przy nim uczyć. To na pewno będzie procentować.
Rozmawiamy w sobotę 6 kwietnia, za oknem śnieg, temperatura około 0 stopni, ale od połowy tygodnia zapowiadana jest znaczna poprawa pogody. Jak sądzisz, mecz z Unią Leszno zaplanowany na niedzielę 14 kwietnia dojdzie do skutku czy nie ma na to szans?
Tor jest fatalny, a u nas jeszcze i tak nie jest pod tym względem tak źle. Trener Cieslak mówił mi, że w na przykład w Częstochowie śniegu zalega znacznie więcej. Co zatem będzie – zobaczymy. Problem polega nie tylko na tym, aby tor właściwie przygotować do niedzielnych zawodów, ale także na tym, aby drużyna miała możliwość, aby wcześniej na nim potrenować. Bo przecież czym innym jest sam kontakt z motocyklem podczas krótkiego treningu w Gorican, a czym innym jazda na pełnym gazie w czwórkę i rywalizacja o punkty. Jeżeli więc nie da się przygotować toru, aby – powiedzmy – w czwartek można było na niego wyjechać, to mecz z Unią Leszno stoi pod dużym znakiem zapytania. I zaczną się kolejne kłopoty, bo przecież zaczyna już brakować wolnych terminów. Pogoda wszystkim krzyżuje plany.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o