Wojciech Majchrzak: Warto było grać

0
56
REKLAMA


Wiosna 1997 roku. Pamiętasz jakieś wydarzenie związane z tarnowską koszykówką z tego okresu?
Do dat nie mam z reguły głowy, ale oczywiście tamte wydarzenia doskonale pamiętam. Zespół „Unii”, którego byłem kapitanem, po raz pierwszy w historii awansował do ekstraklasy. Tamten sezon zaczął się dla mnie pechowo, od kontuzji, ale zakończył wspaniale. Nie zapomnę decydującego meczu z Miteksem Kielce. Hala „Jaskółka” dosłownie pękała w szwach, szpilki przysłowiowej nie było gdzie wcisnąć. Takich tłumów nie było w niej chyba już nigdy więcej. Wszystko było „zatkane”, łącznie ze schodami i parkietem wokół boiska.
Paradoksalnie, niektórzy uważają, że ten wielki sukces był początkiem końca tarnowskiej koszykówki. Zgadzasz się z tą opinią?
Z perspektywy czasu może to tak wyglądać. Dla większości zawodników, którzy wywalczyli awans, oznaczał on tak naprawdę koniec poważnej przygody z koszykówką. Dosyć szybko zaczęły się też problemy finansowe, właściwie już po dwóch sezonach gry w ekstraklasie. I zaczęła się systematyczna jazda w dół
Dlaczego Twoim zdaniem tak się stało?
Do pewnego momentu w klubie realizowany był konkretny plan. Kwestia awansu była rozłożona na kilka sezonów. Ale wejście do ekstraklasy chyba zawróciło działaczom w głowie. Drużynę można było budować spokojniej i przede wszystkim taniej. Przecież wtedy sztuką było z ekstraklasy spaść. Tymczasem zaczęło się hurtowe sprowadzanie zawodników, często ich podstawowym walorem był kolor skóry. I oni, jeśli już zostali, musieli grać, bo trzeba było jakoś uzasadnić ich obecność i wydane pieniądze. Tymczasem wychowankowie klubu „grzali ławę” i nie dostawali szansy – na przykład super strzelec Piotr Romanek. Pamiętam, że w grze jeden na jeden na treningach potrafił wręcz ośmieszyć testowanego Amerykanina, a potem i tak nie grał. Zmarnowano także wspaniałe zaplecze, którym dysponowała tarnowska koszykówka.
No właśnie. Przecież w latach 90. Unia to była nie tylko dobra drużyna seniorów, mieliśmy też fantastyczne grupy młodzieży, które regularnie zdobywały medale mistrzostw Polski kadetów czy juniorów. Nasuwa się bardzo przykre skojarzenie – w 1997 roku obok Unii drugim beniaminkiem ekstraklasy był Prokom Sopot. Gdzie jest dziś koszykówka w Trójmieście, a gdzie w Tarnowie?. Przepaść…
Oczywiście. To kwestia zarządzania – albo robi się coś z głową, profesjonalnie, albo nie. W Czarnych Słupsk na przykład jest taki wieloletni prezes, pan Twardowski. On wie ile pieniędzy może wydać, wie, że zbliża się termin, więc musi mieć na wypłaty kontraktów, wie na jaki hotel dla drużyny go stać. A w Tarnowie było tak, że najpierw były najlepsze krajowe hotele, a potem jakieś obskurne hoteliki, albo jazda autokarem po 8 godzin i mecz prosto po podróży.
Kiedy w Tarnowie zaczęło być źle ruszyłeś w Polskę. Zaliczyłeś kilka dobrych klubów, trafiłeś także do narodowej reprezentacji. Jak wspominasz tamten okres?
Grałem faktycznie w kilku dobrych zespołach, ale miałem też trochę pecha. Miałem zagrać w Miteksie Kielce za naprawdę godziwe pieniądze, ale sponsor się wycofał i nic z tego nie wyszło. Po raz drugi duże pieniądze przeszły mi koło nosa, kiedy otrzymałem ofertę z Sopotu, ale dosłownie dzień wcześniej podpisałem kontakt ze Stalą Ostrów i tamtejszy trener nie chciał słyszeć, aby mnie zwolnić. Szkoda, bo Procom grał wtedy w Eurolidze. A jeżeli chodzi o reprezentację, to powołał mnie do niej trener Dariusz Szczubiał. Byłem wtedy zawodnikiem warszawskiej Legii i było to duże wyróżnienie. Przeżyłem wielką sportową przygodę, grałem w eliminacjach do mistrzostw Europy, stawałem naprzeciwko najlepszych graczy, na przykład reprezentacji Hiszpanii. Koszulka z orzełkiem, hymn przed meczem… Dla takich chwil warto było grać i trenować. Naprawdę!
Kilka lat temu wraz z byłymi z kolegami z parkietu założyłeś stowarzyszenie wspierające koszykówkę „Leliwa”. Plany były ambitne, ale ostatnio wasza działalność zamarła. Nikomu w Tarnowie nie zależy na tej dyscyplinie sportu?
Na to niestety wygląda… „Leliwa” była nastawiona na pracę z młodzieżą, chcieliśmy rozpocząć od szkół, mieliśmy ambicję pracować także z osobami niepełnosprawnymi, nawet zaprosiliśmy na pokazowy mecz drużynę na wózkach z Krakowa. Ale szybko przekonaliśmy się, że w kilka osób, bez wsparcia, nie damy rady.
Czy Wojciech Majchrzak na sportowej emeryturze interesuje się nadal koszykówką?
Na co dzień prowadzę z bratem firmę budowlaną, a koszykówką zajmuje się wyłącznie jako kibic przed telewizorem. Z okresu gry mam jednak sporo kontaktów w całej Polsce i to też jest pewna wartość, którą bardzo sobie cenię.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o