Życie na cienkiej linii

0
417
grzegorz duda 2
REKLAMA

Co czuje kierowca, który widzi na liczniku ponad 200 km/h, pędzi nieprzewidywalnymi górskimi drogami, a wokół siebie ma wątłe bariery i strome przepaście?
Przede wszystkim ogromną przyjemność, adrenalinę i oczywiście strach, który napędza mnie najbardziej. Dojeżdżam do lewego nawrotu, na wprost mam dwustumetrowe zbocze i wiem, że jeśli nie wyjdzie, to spadnę. Głowa mówi, że już dość, ale trzeba przekonać nogę, żeby trzymała gaz i nie przechodziła na hamulec, bo inaczej nie wygram. Ta walka z samym sobą to genialna sprawa i pozytywne ciśnienie. Ktoś może powiedzieć, że jestem chory psychicznie, ale każdy z nas ma trochę nie po kolei w głowie. Chodzi tylko o to, aby ta „choroba” nie była szkodliwa dla innych i abyśmy mogli realizować swoje pasje.
Tę pasję przekazał chyba Panu w genach tata, który był kiedyś żużlowcem Unii Tarnów, a potem w Ryglicach prowadził własny warsztat samochodowy…
Coś w tym jest, ponieważ motoryzacja od zawsze była blisko mnie. Już jako kilkulatek siedziałem za kierownicą na kolanach taty, a mając sześć lat byłem na tyle dobrze zbudowany, że sam prowadziłem naszą Zastavę czy Fiata 125p. Pamiętam, że patrzyłem na drogę między górną częścią kierownicy a jej poprzeczką i tak prowadziłem auto. To jedne z tych wspaniałych chwil, które zostają w pamięci do dziś. Ale były to też inne czasy, bo po drogach samochody nie jeździły zbyt często, więc odważniejsi rodzice pozwalali na takie wycieczki. Dziś mój ośmioletni syn świetnie jeździ quadem, krosem i samochodem, ale nie wyobrażam sobie, żeby puścić go samego w teren.
I już jako dziecko za kierownicą fiata zapragnął Pan zostać kierowcą wyścigowym?
Najpierw chciałem zostać żużlowcem, potem próbowałem swoich sił w moto­crossie, ale rodzice nie pozwolili mi pójść tą drogą, choć osiągałem nawet pierwsze wyczynowe sukcesy. I dobrze, bo wybrałem samochody, a dziś na motocyklach jeżdżę jedynie turystycznie. Oczywiście w międzyczasie chciałem też zostać pilotem, jak zresztą połowa młodych chłopaków, ale to udało się akurat mojemu bratu. Pilotuje dzisiaj F16 i jest jednym z najlepszych na świecie, dostał nawet odznakę Top Gun jako jedyny w historii pilot niepochodzący z Ameryki.
A Pan pozostał przy samochodach. Jaki był ten pierwszy?
W siódmej klasie podstawówki zamieniłem się swoim motocyklem za forda capri. W domu był sprzeciw, jednak kiedy wbrew woli rodziców przywiozłem auto, tata powiedział, że mogę je zostawić, ale sam będę się nim zajmował. A było co robić, bo to auto zostało wyciągnięte ze złomu. Odbudowywałem go własnymi rękami do drugiej klasy liceum, dzięki czemu wiele się nauczyłem. Może straciłem trochę dzieciństwa, bo gdy koledzy grali w piłkę, ja dłubałem przy samochodzie, ale dziś nie żałuję. Pamiętam wrażenie, które wywołałem, gdy po zrobieniu prawa jazdy przyjechałem tym genialnym autem do szkoły.
Był 1999 rok, kiedy Pana przygoda z motosportem zaczęła się na poważnie. Jakie były początki kariery młodego kierowcy?
Wtedy startowałem już w imprezach rangi mistrzostw Polski. Trudno było wówczas zdobyć licencję rajdową, więc w 1997 roku zaczynałem od rajdów amatorskich. Mój pierwszy raz to zawody w Zakliczynie, potem rozpocząłem już regularne starty w KJS‑ach. Są to próby zręcznościowe – pachołki, place, krótsze odcinki. W swoim pierwszym rajdzie okręgowym zwyciężyłem, następnie w zawodach międzyokręgowych byłem już mistrzem Polski. Z roku na rok pojawiały się większe sukcesy, zacząłem startować w drugiej lidze rajdowej, zdobyłem mistrzostwo i nawiązałem współpracę z pierwszymi sponsorami, co pozwoliło mi się dalej rozwijać.
Wygląda to na wymarzony początek…
Mimo że było cudownie, bo przecież spełniałem marzenia, to nie zawsze było też kolorowo. Zazdroszczę dzisiaj swoim uczniom, którzy mają większe możliwości, a czasem nie doceniają tego i im się po prostu nie chce. Wtedy realia wyglądały zupełnie inaczej. Zespół składał się z moich przyjaciół, między innymi do dziś mojego przyjaciela Filipa Matłosza, który stawiał ze mną pierwsze kroki. Ja znałem się na samochodach, a oni pomagali mi w ich obsłudze. Często spaliśmy w namiotach, bo nie było pieniędzy na hotele. Jedliśmy zupki chińskie, bo gdybyśmy poszli na obiad, to mogłoby zabraknąć na benzynę i powrót do domu. Sukcesy się pojawiały, jednak okupione masą wyrzeczeń.

REKLAMA

Ale potrafił Pan robić wiele rzeczy naraz. Często jest tak, że sportowcy wybierają drogę kariery, a jej kosztem zapominają choćby o nauce. Tymczasem Pan jest inżynierem po Politechnice Krakowskiej…
Rodzice bardzo dobrze wychowywali nas w przekonaniu, że edukacja jest potrzebna. Miałem nawet ambicję, aby zostać prawnikiem, ale po roku studiów na Uniwersytecie Śląskim przeszedłem z problemami, więc postanowiłem zmienić kierunek. Skończyłem studia na Wydziale Mechanicznym Politechniki Krakowskiej. Szedłem na egzaminy, nie wiedziałem, z czego będą, ale dostawałem piątki. Stworzyłem nawet projekt silnika dwupaliwowego, który do dzisiaj znajduje się w pracy naukowej. Studia były branżowe, więc tak naprawdę dotyczyły mojej pasji i do dzisiaj mi się bardzo przydają.
Jak Pan znajdował na to wszystko czas?
Studiowałem zaocznie. To bardzo dobre wyjście dla tych, którzy robią coś w życiu dodatkowo. Już wtedy prowadziłem małe firmy i zajmowałem się motosportem, więc studia pomogły mi jedynie poszerzyć horyzonty. Zresztą potem skończyłem jeszcze studia podyplomowe – kryminalistykę wypadków drogowych i kryminalistykę techniki motoryzacyjnej, a dziś od czasu do czasu działam w tym zawodzie, żeby nie wyjść z wprawy.
Przejechał Pan w życiu 36 rajdów, po czym wybrał wyścigi górskie, w których do dzisiaj odnosi pan duże sukcesy.
Razem z moim świetnym pilotem Pawłem Reisingiem z Tarnowa zdobyliśmy kilka tytułów mistrzowskich, ale wybrałem wyścigi. Nie było czasu i pieniędzy, które pochłaniały rajdy, a wyścigi pozwalały się rozwijać – pracować, rozkręcać własny interes, studiować. Poza tym wyścigi górskie są najbardziej zbliżone do rajdów, bo też ścigamy się odcinkami drogi użytkowej, które są tymczasowo wyłączone z ruchu. Ich specyfika polega na tym, że – ze względu na opony, które dopuszczone są do wyścigów i przyczepność górskich asfaltów – jeździ się najszybciej w stosunku do jakości drogi. Jest też oczywiście większe ryzyko, bo trzeba szybko pokonywać zakręty, ale sprawia mi to dużą frajdę i wywołuje ogromne emocje.
A co z tym strachem?
Ten, kto się nie boi, jest niepoważny. Albo zginie, albo uderzy tak mocno, że przestanie jeździć. Strach pozwala mi zachować zdrowy rozsądek. Poruszam się po cienkiej linii, może nawet trochę za nią, ale wciąż się jej trzymam, aby nie przegiąć. Miałem w życiu wiele wypadków, w tym cztery bardzo poważne: ze 170 km/h dachowanie, ze 160 km/h uderzenie w skałę. Wraz z doświadczeniem człowiek zaczyna rozumieć, że bardzo ważna jest analiza i gromadzenie punktów. Zwycięzcy zawsze są na mecie, nigdy przed nią. To, że pojadę najszybciej dwa odcinki, ale się rozbiję, nie jest sukcesem. Trzeba przejechać całość.
Ale wyścigi górskie to piękna sprawa. W Polsce nie są zbyt popularne, jednak na świcie znajdują się wśród wiodących sportów. Na rajdach trzeba w kurzu i błocie biegać z odcinka na odcinek. W górach siada się z rodziną, są bary, grille, muzyka. To swoisty piknik połączony ze spektaklem wyścigowym. Nic dziwnego, że przychodzą setki kibiców.
W październiku po raz trzeci z rzędu zapewnił pan sobie tytuł Mistrza Europy FIA CEZ Hill Climb Championship. Na czym polega specyfika tej serii wyścigowej?
Jeździmy bez pilotów, więc jestem zdany tylko na siebie. Muszę zapamiętać trasę, którą mam do pokonania, muszę nauczyć się układu zakrętów, aby jak najszybciej pojechać. Wymaga to koncentracji, bo pomyłki są niewybaczalne. Ale wszystko rekompensuje adrenalina, emocje, wrażenia i podziwianie niezwykłych widoków. Jeździmy od maja średnio co dwa tygodnie w Austrii, Serbii, Słowacji, Słowenii, Włoszech, Niemczech, Bośni, Czarnogórze czy choćby w Macedonii. Mogę zobaczyć sporo świata, poznać inne kultury i wspaniałych ludzi. Kiedyś byliśmy pierwszymi Polakami, więc w niektórych regionach traktowano nas egzotycznie, dziś to już się zmienia. To ogromna przyjemność ścigać się chociażby w Serbii z dna do góry jednego z największych kanionów na świcie.
Ponoć sportowego bakcyla złapał też Pana syn…
Każdy ojciec‑wyścigowiec marzy, żeby syn poszedł w jego ślady. Mój syn ma teraz osiem lat i świetnie radzi sobie za kierownicą, już jako niespełna czterolatek jeździł quadami, potem krosami dla dorosłych. Ale w jego wieku nie ma jeszcze możliwości startów w wyścigach samochodowych, więc próbuje swoich sił w kartingu. Jeździ od niedawna, a już zaczyna robić duże postępy, rywalizując ze zdecydowanie bardziej doświadczonymi kolegami. Mam nadzieję, że w przyszłym roku wystartuje w mistrzostwach Polski, bo tkwi w nim spory potencjał. Szkolę dzisiaj młodych kierowców i zależy mi na przekazywaniu im swojego doświadczenia, aby polski motosport zaistniał.
Są z tym problemy?
Mamy kilku świetnych kierowców, między innymi Roberta Kubicę, który jest jednym z najlepszych kierowców na świecie w każdej dziedzinie wyścigowej, ale tylko dlatego, że wychowywał się zagranicą. Nie mówi się dziś o tym, że jego rodzicie postawili wszystko na jedną kartę i Kubica mieszkał wraz z ojcem w przyczepie campingowej na torze, aby mógł trenować. Boli nas serce, gdy widzimy wielkie talenty, wiedząc równocześnie, że kiedyś się zmarnują. Są więc różne pomysły, aby przy pomocy państwa wyławiać zdolną młodzież, która nie ma pieniędzy na rozwój kariery. Mam nadzieję, że przyniesie to efekty, bo sport samochodowy jest czymś niezwykłym i warto w niego inwestować.

REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments