Biało-czerwone triumfy w „drużynówce”

0
98
speedway DPS
REKLAMA

O Puchar „Motoru”
Zmagania narodowych zespołów o mistrzostwo świata w żużlu rozpoczęły się w 1960 roku i to dzięki polskiemu tygodnikowi „Motor”, którego redakcja zaproponowała rywalizację w formule Klubowego Pucharu Europy. Władze światowej federacji ten pomysł zmodyfikowały i do Indywidualnych Mistrzostw Świata dołączyła także rywalizacja drużynowa – to właśnie w niej Polacy odnieśli swoje największe zwycięstwa.
Już w drugiej edycji mistrzostw w 1961 roku nasi zawodnicy odnieśli olbrzymi sukces, zdobywając złote medale podczas finału we Wrocławiu. Drużyna Polski w składzie: Marian Kaiser, Henryk Żyto, Florian Kapała, Mieczysław Połukard i Stanisław Tkocz, po niezwykle zaciętej rywalizacji pokonała jednym punktem drużynę Szwedów, zdecydowanie wyraźniej Brytyjczyków i reprezentantów CSRS. Wrocławski finał należy do najbardziej pamiętnych imprez w historii sportu żużlowego i to nie tylko ze względu na sportowe emocje, ale także pozasportowe okoliczności.
Zawody rozpoczęły się z kilkugodzinnym opóźnieniem ze względu na problemy części startujących zawodników z dotarciem na tor, a zakończyły w mroku wyłącznie dzięki determinacji i pomysłowości sędziego, wybitnego polskiego działacza Władysława Pietrzaka. Tak opisywał on swoje przeżycia z tamtego dnia –  Co za napięcie, co za emocje! Starty odbywają się teraz równo co cztery minuty, ale co z tego. Już do biegu XII zawodnicy wyjechali w gęstniejącym zmroku, a po tym wyścigu było coraz mniej widać. Musimy te zawody dokończyć, przecież znów wzrosły nasze szanse na mistrzostwo (…) Znaleźliśmy jedyne wyjście i prosimy redaktora Osmędę, by wezwał kierowców samochodów osobowych, by wjechali na pas za siatką bandy toru od strony widowni i ustawili się skośnie maskami w kierunku jazdy. Tymczasem ryzykuję jeszcze start do biegu XIII i widzę, jak apel Tadeusza Osmędy poskutkował – samochody jeden po drugim wjeżdżają na stadion i ustawiają się zgodnie z naszym życzeniem. Teraz potrzebujemy troszkę czasu na opanowanie sytuacji. Bieg skończył się o godzinie 20,02. Proszę kierowców, by zapalili długie światła reflektorów. Obsługa toru koryguje ustawienie kilku samochodów.Nie jest źle, choć daleko do normalnego oświetlenia toru. (…). Jedziemy dalej – postanowiłem. Dzięki temu pomysłowi zawody udało się dokończyć, a Polska zdobyła swój pierwszy medal mistrzostw świata, w dodatku od razu ten najcenniejszy – złoty.

REKLAMA

W 1965 roku kolejny tytuł mistrzowski wywalczyła w niemieckiej miejscowości Kempten drużyna Polski w składzie: Andrzej Wyglenda, Antoni Woryna, Andrzej Pogorzelski, Zbigniew Podlecki i Paweł Waloszek. Dla jednego z bohaterów tamtego finału – Andrzeja Wyglendy, wygrana na terenie Niemiec miała nie tylko sportowy wydźwięk.
– Chociaż od wojny minęło wówczas dwadzieścia lat, trauma po niej była jeszcze żywa. Czułem ogromne wzruszenie, kiedy staliśmy na najwyższym stopniu podium finału rozrywanego w Niemczech, a orkiestra Bundeshwery grała dla nas „Mazurka Dąbrowskiego. Nie zapomnę tego momentu nigdy –  opowiadał po wielu latach Wyglenda.
W kolejnym sezonie we Wrocławiu z tytułu cieszyli się ponownie Wyglenda, Woryna i Pogorzelski, a także Marian Rose i Edmund Migoś. Prasa podkreślała dominację biało – czerwonych nad rywalami, jeszcze nigdy wcześniej w historii mistrzostw zwycięzca nie osiągnął tak dużej przewagi.
Czwarty złoty medal DMŚ w 1969 roku w finale, który tym razem odbył się w Rybniku, stał się udziałem drużyny w składzie: Andrzej Wyglenda, Edward Jancarz, Stanisław Tkocz, Henryk Gluecklich i Andrzej Pogorzelski. –Puchar Motoru przypadł po raz czwarty polskiej drużynie, ale już nie tak łatwo jak w poprzednich latach, kiedy zdobywali go na torach we Wrocławiu i Kempten –  zauważył dziennikarz Bogusław Koperski, nie spodziewając się zapewne, że był to ostatni mistrzowski drużynowy tytuł reprezentacji Polski na długie kilkadziesiąt lat.

Nowe czasy, nowe realia
Nadszedł rok 1996 i uśmiechnęło się szczęście do Polaków. W tym roku na miejsce finałowych zmagań wyznaczono niemiecki tor w Diedenbergen. Formuła Drużynowych Mistrzostw Świata znacznie się wówczas różniła od tej, wydawało się, doskonałej –  czyli rozgrywek w formie czwórmeczu. Poszczególne zespoły liczyły już nie czterech czy pięciu zawodników jak dawniej, ale tylko trzech. Za to w finale startowało po siedem zespołów. Tamten sezon upłynął pod znakiem bardzo ostrego konfliktu pomiędzy FIM a światową czołówką żużlowców, którego powodem były opony, gdyż działacze FIM zabronili używania opon z nacięciami bieżnika. Spór okazał się na tyle ostry, że spowodował lokaut DMŚ przez wszystkich zawodników, którzy w tamtym roku jeździli w cyklu Grand Prix. W efekcie silne wówczas reprezentacje Australii i USA wycofały się ze startu, natomiast inni: Anglicy, Szwedzi i Duńczycy wystawili mocno rezerwowe składy. W tej sytuacji przed drużyną polską pojawiła się wielka szansa nie tylko na medal, ale pierwsze od 27 lat zwycięstwo w drużynowej rywalizacji.
Finał rozegrany w połowie września przyniósł długo oczekiwany triumf Polaków, którzy w składzie: Tomasz Gollob, Sławomir Drabik i Piotr Protasiewicz wygrali zdecydowanie, wyprzedzając Rosjan o 5, a Duńczyków o 6 punktów. Władysław Pietrzak tak opisywał swoje wrażenia z zawodów na łamach „Tygodnika Żużlowego”: Mówicie, że obsada była słabsza, bo nowe nienacinane opony, bo protesty zawodników Grand Prix? A cóż nas to może obchodzić. Nie chcieli jechać, to nie pojechali. Osłabili swoje drużyny (…) Za dziesięć lat nikt nie będzie pamiętać wojny o opony, a wyniki DMŚ 96 pozostaną w annałach speedwaya.
Następne polskie zwycięstwa to już XXI wiek. Zawody kolejny raz zreformowano i zmieniono ich nazwę na Drużynowy Puchar Świata. W tej formule, obowiązującej od 2001 roku, Polacy triumfowali aż sześć razy w latach 2005, 2007, 2009, 2010, 2011 oraz 2013 roku.
Czy 2 sierpnia w Bydgoszczy będziemy świadkami kolejnego triumfu drużyny biało – czerwonych?

REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments