Koniec wieńczy dzieło, czyli powrót do ekstraligi

0
110
zuzel1740
REKLAMA

Krajobraz po spadku
Degradacja jest zawsze trudnym momentem dla każdego klubu sportowego, niezależnie od dyscypliny. Czasem działa mobilizująco, czasem jest zaczątkiem totalnego kryzysu, a nawet upadku. Na szczęście w Tarnowie zadziałał ten pierwszy czynnik. Sprawdzony sponsor Grupa Azoty jeszcze raz obdarzył zaufaniem żużlową spółkę, a działacze i sztab trenerski stanęli przed niełatwym zadaniem budowy nowej drużyny, ale takiej, która dawała konkretne gwarancje walki o powrót do elity. Z zespołu, który został zdegradowany w sezonie 2016, odeszli Janusz Kołodziej, Leon Madsen, Piotr Świderski i Arkadiusz Madej. O ile dwóch ostatnich pożegnano bez większego żalu (Piotr Świderski niestety nie sprawdził się, a wychowanek Unii, Arkadiusz Madej skończył wiek juniora i także karierę), o tyle strata Madsena i Kołodzieja była bolesna. Duńczyk utożsamiał się bowiem z tutejszym środowiskiem był lubiany i ceniony, a Kołodziej to przecież niemal symbol żużlowego Tarnowa. Wiadomo było, że trudno będzie ich zastąpić.
Skład trzeba było budować na „kręgosłupie”, który stanowić mieli pozostali w klubie dwaj obcokrajowcy: Kenneth Bjerre i Mikkel Michelsen oraz junior Patryk Rolnicki. Bjerre w założeniach miał być gwiazdą Nice Polskiej Ligi Żużlowej, Michelsen miał natomiast postarać się o lepsze wyniki, podobnie jak rozwijający się Rolnicki, który na zapleczu ekstraligi miał znacznie większe szanse w konfrontacji z rówieśnikami.
Kibice czekali z niecierpliwością na obsadę „wakatów”. Krajowym garniturem zostali znani w Tarnowie: Artur Mroczka, który po odejściu z Tarnowa, poprzedni sezon miał praktycznie stracony oraz wychowanek Unii, Jakub Jamróg po kilku owocnych latach spędzonych w Orle Łódź. Nową twarzą został natomiast dosyć niespodziewanie Artur Czaja. Opieka sprzętowa i mentalna Jacka Rempały miała być gwarancją, że „Józek” okaże się wartościowym wzmocnieniem. Do powrotu do Unii namawiano usilnie kolejnego Duńczyka, Patrika Hougarda, ten jednak postanowił pozostać w Wandzie Kraków. W tej sytuacji postawiono na doświadczonego Szweda Petera Ljunga, który przed laty także przywdziewał plastron z jaskółką. Po ogłoszeniu kompletów składów przez wszystkie drużyny Nice PLŻ fachowcy zgodnym chórem orzekli, że Unia jest faworytem rozgrywek, a największym jej rywalem jest Wybrzeże Gdańsk. Przypuszczenia te sprawdziły się co do joty, chociaż niespodziewanych wyników w rozgrywkach nie brakowało.

REKLAMA

Uroki regulaminu
Pierwszy dotknął niestety Unię. Już w II kolejce spotkań tarnowianie trochę pechowo, ale jednak, ulegli na wyjeździe krakowskiej Wandzie. Dla wielu był to szok, chociaż, jak się miało potem okazać, wynik tego meczu nie miał praktycznie żadnego znaczenia dla końcowego układu sił w tabeli. Ale pokazał, że nikt się przed faworytem na torze nie położy. W meczu tym do składu nie został wystawiony Jakub Jamróg z uwagi na fakt, że tarnowscy działacze, pomni problemów z poprzedniego sezonu, zakontraktowali jednego seniora więcej i siłą rzeczy jeden z nich musiał pauzować. Na pewien czas problem przestał istnieć, Jamróg doznał bowiem kontuzji. Kiedy wrócił do składu w swoistą niełaskę popadł Michelsen, który końcówkę sezonu i najważniejsze spotkania oglądał z ławki rezerwowych. Pytany o przyczyny takiego stanu rzeczy trener Paweł Baran tłumaczył się taką, a nie inną wizją drużyny, a że wyniki go broniły, nikt nie robił z tego problemu.
Inna sprawa, że seniorski skład „Jaskółek” był niezwykle wyrównany. Najlepszy był, zgodnie z przewidywaniami, Kenneth Bjerre, który wykręcił średnią biegopunktową 2,346 i była to druga średnia ligi, startował we wszystkich 18 meczach. Michelsen w 9 spotkaniach uzyskał średnią 2,250 (5. w lidze), pozostali seniorzy zbliżone do siebie: Artur Mroczka 2,197 w 17 spotkaniach (8), Jakub Jamróg 2,182 w 12 meczach (10), Peter Ljung 2,056 w 16 spotkaniach (11), wreszcie Artur Czaja 1,987 w 17 meczach (16).
Wyrównany skład był silnym atutem tarnowian – nawet gdy jeden z zawodników miał słabszy dzień, reszta jeździła na wysokim jak na tą klasę rozgrywkową poziomie. W efekcie podopieczni trenera Pawła Barana w sezonie zasadniczym wygrali aż 12 z 14 meczów (minimalne porażki ponieśli jedynie w Krakowie i Gdańsku), natomiast w fazie play off dwa mecze wygrali, jeden zremisowali i ponieśli jedną porażkę. Oczywiście swoje „trzy grosze” do końcowego sukcesu dołożyli juniorzy. Lider tej formacji, Patryk Rolnicki okazał się najlepszym zawodnikiem młodzieżowym Nice PLŻ, wygrywając zdecydowaną większość wyścigów juniorów. Starał się go wspierać „odkurzony” 21‑latek Michał Nowiński, na którym część kibiców postawiła przysłowiowy krzyżyk. Szkoda jego kontuzji w kluczowym momencie sezonu. Epizodyczne występy zanotował debiutujący w lidze Kacper Konieczny.
Tarnowianie wygrali więc pewnie sezon zasadniczy, ale urok regulaminu polega na tym, że o wszystkim decyduje system play off. Co było potem, kibice doskonale pamiętają. Ciekawe konfrontacje w półfinale z nieobliczalnym Orłem Łódź, a następnie wielki finał z Wybrzeżem Gdańsk, pełen kontrowersji, ale też emocji i świetnych wyścigów w rewanżowym spotkaniu w Tarnowie. Koniec jednak zwieńczył dzieło – Grupa Azoty Unia Tarnów okazała się najlepszym teamem Nice Polskiej Ligi Żużlowej i wywalczyła miejsce w ekstralidze. Po raz pierwszy od kilku sezonów miejsce w elicie zdobył więc zespół, który sukces osiągnął na torze, a nie został do niej zaproszony, jak to mawiają kibice – przy „zielonym stoliku”. To warte jest podkreślenia.


Awans i co dalej?
Awans, awansem, ale to, czy tarnowianie pojadą w ekstralidze i z jakim efektem to uczynią, to już zupełnie inna kwestia. Poprzednie dwa awanse owocowały błyskawicznymi niemal sukcesami w postaci drużynowych mistrzostw kraju, wywalczonych w latach 2004‑2005 oraz 2012, teraz o powtórzenie tamtych wyczynów będzie jednak trudno. Przede wszystkim zostało przysłowiowe „pięć minut”, aby wreszcie ruszyły na poważnie kwestie związane z modernizacją stadionu i załatwieniem wszelkich formalności, aby klub otrzymał licencję na jazdę w ekstralidze. Zegar tyka niemiłosiernie szybko. Kolejne stanowiska, oświadczenia i zapewnienia (ostatnie wydał już po finałowym meczu prezydent Tarnowa, Roman Ciepiela) nie posuwają sprawy do przodu. Środowisko sportowe miasta chciałoby wreszcie dostrzec namacalne efekty. A jazda w ekstralidze na obcym torze, chociaż możliwa (wariant ten przerabiali w Sparcie Wrocław w sezonie 2016), powinna być traktowana jako ostateczność, bo z wielu względów nie jest to rozwiązanie korzystne.
Kolejna kwestia to budowa składu na ekstraligę. Z całą pewnością tym samym zestawem personalnym w elicie jeździć nie można, bo grozi to sportową katastrofą. Z trójki obcokrajowców ekstraligowy poziom gwarantuje jedynie Kenneth Bjerre i warto go zatrzymać na kolejny sezon. Ale on sam to za mało. Istnieje pilna potrzeba zakontraktowania dwóch naprawdę bardzo dobrych zawodników zagranicznych. Spekuluje się o powrocie do Tarnowa Leona Madsena, ale czas pokaże, czy są to spekulacje oparte na realiach. Trudno powiedzieć, czy z trójki Jakub Jamróg, Artur Mroczka, Artur Czaja wszyscy otrzymają propozycję dalszych startów. Na pewno by chcieli, co publicznie deklarowali. Każdy z nich ma potencjał, aby być solidnym zawodnikiem tzw. „drugiej linii”, kłopot w tym, że Unia w ekstralidze potrzebować będzie przede wszystkim liderów. Takim mógłby być Janusz Kołodziej, ale czy zechce powrócić z Leszna, gdzie zdobył DMP, do Tarnowa, z którego odszedł, jak pamiętamy, w nieciekawych okolicznościach?
Wyraźna luka istnieje także na pozycji juniora. Z tarnowskiej młodzieży jedynie Rolnicki jest gotowy do jazdy w ekstralidze, chociaż trudno będzie od niego oczekiwać podobnych wyników jak w tym sezonie – w ekstralidze poziom jest po prostu wyższy. Chyba że zaskoczy nas dużą poprawą formy, czego mu wypada życzyć. Tylko że obok niego mamy juniorską posuchę, a na rynku ewentualnych kandydatów zwyczajnie brakuje. Po odkrycia sezonu w postaci Jakuba Miśkowiaka czy Wiktora Lamparta ustawi się zapewne długa kolejka, zresztą wcale nie jest powiedziane, że opuszczą macierzyste zespoły.
Władze klubu będą musiały odrobić jeszcze jedną, trudną lekcję, a mianowicie sprawić, aby zatrzymać odpływ kibiców. Pomimo dobrych wyników w sezonie 2017 frekwencja na meczach z całą pewnością nie była zadowalająca. Nawet na najważniejszych, kluczowych meczach. Kiepska aura, która spowodowała przełożenie kilku spotkań, wszystkiego nie tłumaczy. Prawdziwy kibic zawsze na mecz dotrze, ale taki „żelazny elektorat” to trzy, może cztery tysiące widzów. Resztę do wizyty na stadionie zachęcić mogą dobra jazda drużyny w ekstralidze i godne XXI wieku warunki do oglądania żużlowej imprezy. To musi zostać spełnione. Tylko tyle i aż tyle.

REKLAMA

Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments