Trzy fotografie, czyli żużlowe anegdoty Mariana Wardzały

0
213

Marian Wardzała, przed laty symbol żużlowego Tarnowa. Dwadzieścia lat z jaskółką na plastronie, potem pracował jako szkoleniowiec w macierzystym klubie, prowadząc swoich następców zdobywał z nimi drużynowe mistrzostwa kraju. Dziś w roli kibica. Mam w domowym archiwum wiele fotografii żużlowcy, dokumentujących dzieje tego sportu w naszym mieście. Wybrałem trzy związane z Marianem Wardzałą. A pan Marian na ich podstawie opowiedział mi anegdoty ze swojej kariery.

Fotografia 1 – Tarnów. Marian Wardzała na podium. W rękach trzyma… żywą gęś
Pamiętam doskonale, to był towarzyski turniej w Tarnowie o Puchar Kibica, w 1985 roku, na zakończenie sezonu. Fajne były turnieje w tamtych latach. Jeździło się na luzie, właściwie bez presji, a kibice bardzo je lubili i sporo ich przychodziło wtedy na stadion. Często było tak, że w tego typu zawodach żużlowcy otrzymywali nagrody rzeczowe. Jeżeli chodzi o tamten Puchar Kibica w 1985 roku, pamiętam, że najpierw w sobotę odbyły się zawody par, które wygraliśmy z Bogusiem Nowakiem, a nazajutrz zorganizowano turniej indywidualny. Jeden z działaczy, pan Stanisław Krzyżak, wpadł na oryginalny pomysł, pojechał na fermę, kupił największego gąsiora, przywódcę stada. Wymył go, pióra mu się napuszyły i był ogromny. Przewiązał go kokardą dla ozdoby i stanowił główną nagrodę za zwycięstwo. Wygrałem turniej i kiedy stanąłem na podium, wręczono mi tego żywego gąsiora!

Fotografia 2 – Grudziądz. Marian Wardzała po próbie toru przed jednym ze spotkań ligowych. Twarz mocno umorusana, zawodnik wygląda niczym górnik dołowy po szychcie
Grudziądz to było specyficzne miejsce, tor, który naszej drużynie przez wiele lat kompletnie „nie leżał” i z reguły dostawaliśmy tam srogie „baty”. Jeździłem tam praktycznie na trzech torach, bo obiekt w Grudziądzu był przerabiany. Na początku był taki wąziutki, że na starcie zawodnicy dotykali się łokciami, potem go trochę poszerzyli. Miał jednak długie proste i bardzo ostre łuki. I faktycznie, nie wszyscy potrafili na nim jeździć. Pamiętam mecz w 1984 roku, kiedy połamali się tutaj Edek Gawełczyk i Heniu Jasek. A przecież byli to zawodnicy, którzy wiedzieli, o co w tym sporcie chodzi. Wylądowali w szpitalu na sąsiednich łóżkach, a potem ich helikopterem przetransportowano do Tarnowa. Myśmy mieli nawet takie powiedzenie, że tutaj strach jeździć, bo z prawej strony cmentarz, a z lewej grabarz. Stadion w Grudziądzu leży bowiem tuż obok dużego cmentarza, a w tamtych latach jeździł w GKM zawodnik, który nazywał się Wiesław Grabarz.

Fotografia 3 – mistrz świata Jerzy Szczakiel w parku maszyn na stadionie w Tarnowie, w przerwie zawodów
Były eliminacje Złotego Kasku w Ostrowie Wielkopolskim, rok 1977. Już byłem po swoich startach, motocykl stał w boksie zatankowany i przygotowany do transportu, bo miałem zaraz po zawodach jechać na kolejne do Czech, do Koprzywnicy. Jurkowi szło wtedy nie najlepiej, męczył się mocno. A moja Jawa, co widział przecież, akurat okazała się na ten tor, w tym dniu, idealnie dopasowana. Pogadał z jednym z kolegów, aby ten odciągnął mnie na papierosa od boksu. I tak stoję sobie spokojnie i palę, a tutaj nagle widzę, że Szczakiel wyjeżdża z parku maszyn na moim motocyklu! A to był dla niego bardzo ważny wyścig, decydujący o dalszym awansie. „Wypożyczył” go bez mojej wiedzy. I co ciekawe, wygrał bieg. Afery mu za to nie zrobiłem. Obiecał mi za „pożyczenie” motocykla obiad w najlepszej restauracji w Opolu, gdzie mieszkał.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o