Wizje polskiej ligi

0
75
Jaka-liga

Toczone ostatnio dyskusje na ten temat sprowadzają się głównie do faktu, czy ekstraliga, czyli najwyższa klasa rozgrywkowa, winna liczyć 8 czy 10 zespołów. Tak jest od lat i przypomina to dokładnie znany skecz o sporze o wyższość świąt Wielkanocnych nad świętami Bożego Narodzenia.

REKLAMA

Jakie realia, taka liga
Żużlowe rozgrywki ligowe w naszym kraju od swoich początków, czyli od roku 1948 dopasowywane były do okoliczności związanych z możliwościami sprzętowymi, finansowymi, a nawet politycznymi. Początkowo mieliśmy więc trójmecze składające się jedynie z IX biegów, a w każdej drużynie występowało tylko trzech zawodników, plus ewentualnie rezerwowy. Rewolucyjne zmiany przyniósł rok 1951. W miejsce dwóch ogólnopolskich lig utworzono bowiem złożoną z 10 drużyn tzw. ligę zrzeszeniową, w której udział brały centralne zespoły ośmiu zrzeszeń sportowych oraz drużyny Centralnego Wojskowego Klubu Sportowego z siedzibą we Wrocławiu, a potem w Warszawie, oraz Centralnej Sekcji Żużlowej Gwardia z siedzibą w Bydgoszczy. Liga zrzeszeniowa, zorganizowana na wzór radziecki, funkcjonowała w polskim sporcie żużlowym przez trzy kolejne lata, a rok 1954 oznaczał ostatni sezon ligi zrzeszeniowej. Odtąd zespoły rywalizowały nowoczesnym systemem rozgrywek: mecz i rewanż.
Rok później, w związku z likwidacją centralnych sekcji, liga zrzeszeniowa przestała istnieć, na jej miejsce powołano dwie klasy rozgrywkowe: liczącą 6 drużyn I ligę oraz 7 zespołów II ligę. Ostatnia drużyna miała spaść z I ligi, na jej miejsce awansować natomiast zwycięzca II ligi. Jeszcze w połowie tamtej dekady, w związku z bujnym rozwojem „czarnego sportu” i powstaniem nowych sekcji (między innymi w Tarnowie), wprowadzono podział na trzy ligi i odtąd właściwie bez przerwy w regulaminie rozgrywek „mieszano”. Mieliśmy więc trzy ligi, potem przez kilkadziesiąt lat tylko dwie, najwyższa klasa rozgrywkowa liczyła 8 lub 10 drużyn. W latach 90. wprowadzono obok sezonu zasadniczego dodatkową fazę rozgrywek, zespoły jeździły więc w grupach w zależności od zajmowanego miejsca lub też rywalizowały w systemie play off. Każde z powyższych rozwiązań miało swoich zwolenników, jak też zagorzałych przeciwników.

Powrót do przeszłości?
W obecnych realiach, w dobie totalnego skomercjalizowania żużla, pojawiły się sugestie, aby liczbę drużyn rywalizujących w najwyższej klasie rozgrywkowej uzależnić od możliwości finansowo‑organizacyjnych klubów. Skrajne opinie na ten temat sugerują, wzorem kilku innych dyscyplin sportu, „zamknięcie ligi”, czyli całkowitą rezygnację z systemu awansów i spadków. Odtąd miejsce w konkretnej lidze nie byłoby wywalczone w sportowej walce na torze, ale po prostu wykupywane w zależności od zasobów finansowych i możliwości danego ośrodka. Zwolenników takiego rozwiązania nie brakuje, na razie są oni jednak w mniejszości.
Z drugiej jednak strony pewien zwrot w tym kierunku dał się już zauważyć, w końcu dwie z ośmiu drużyn jeżdżących aktualnie w ekstralidze – czyli jedna czwarta zespołów – nie wywalczyła do niej awansu drogą sportową, ale korzystając z problemów finansowych innych ośrodków, które nie otrzymały stosownej licencji na starty w najwyższej klasie rozgrywkowej.
Znacznie większą popularnością cieszy się propozycja powrotu po latach do systemu, w którym ekstraliga liczy nie osiem, ale dziesięć zespołów. Dla ośrodka w Tarnowie, który ma realne szanse, aby po roku jazdy na zapleczu powrócić do ekstraligi, jest to kwestia bardzo istotna.
Ale polski ligowy speedway, to przecież nie tylko najwyższa klasa rozgrywkowa – powiększenie ekstraligi stawia pod dużym znakiem zapytania system rozgrywek w ligach niższych, gdzie różnica poziomów: sportowego i finansowego pomiędzy najlepszymi i najsłabszymi jest kolosalna. Jaki sens na przykład miałaby tegoroczna rywalizacja ligowa Unii Tarnów z Kolejarzem Rawicz? Pytanie zasadne, bo przecież powiększenie ekstraligi wiązałoby się być może z koniecznością połączenia I i II ligi. W obecnych realiach jest ono jednak bezsensowne.
Kolejny kłopot to nasi goście z Łotwy, czyli Lokomotiv Daugavpils. Dwukrotnie z rzędu wygrali rozgrywki Nice Polskiej Ligi Żużlowej i dwukrotnie Polski Związek Motorowy nie wpuścił ich „na salony”, odmawiając im – pod, umówmy się, wymyślonym ad hoc pretekstem – udziału w rozgrywkach ekstraligi. A takich znaków pytania ciążących na ewentualnych zmianach w lidze jest przecież znacznie więcej.
Może więc lepiej, zamiast kombinować, zastanowić się nad zahamowaniem odpływu kibiców ze stadionów, źródłami finansowania żużla, pomocą najmniejszym ośrodkom, czyli niewdzięczną, ale kluczową „pracą u podstaw”? Tak czy owak wydaje się, że ewentualne kolejne zmiany nie powinny nastąpić wcześniej jak z początkiem sezonu 2019. Ale, jak uczy doświadczenie, w naszym żużlu wszystko jest możliwe.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o