Za buty, miód lub po cenie złomu…

0
99
zuzel-historia
REKLAMA

Praca była oczywiście „lipna”, a mistrz motocykla mógł liczyć na: etat, startowe, ryczałt za dojazdy, ryczałt na sprzęt, diety, premie, dożywianie oraz, co ciekawe, zwrot kosztów za utracone zarobki z tytułu dotychczasowej pracy. To oczywiście może nieco przerysowany, ale oddający z grubsza tamtą rzeczywistość przykład, jak funkcjonował ówczesny polski sport. Także żużel.
Żużlowcy, podpisując angaż do drużyny, mogli liczyć na różne przywileje, kluby także dogadywały się pomiędzy sobą co do rekompensat za zawodników. Bywało poważnie, ale też śmiesznie lub całkiem groteskowo. Jak to zatem wyglądało, zanim speedway stał się „do bólu” profesjonalny?
Dawniej, kiedy żużlowiec zmieniał klub, najczęściej zmieniał wraz z rodziną środowisko. Oczywiste jest, że wymagał więc nowego mieszkania. Bardzo często zostawał też „pracownikiem” zakładu pracy‑ klubowego patrona albo w przypadku, kiedy mieliśmy do czynienia np. z klubem gwardyjskim, stawał się, funkcjonariuszem milicji. Pieniądze, dziś zwane środkami na „przygotowanie do sezonu”, wówczas nazywano środkami „na zagospodarowanie”, bo sprzęt zawodnik najczęściej otrzymywał przecież od nowego klubu.
Doskonale znany w Tarnowie, zmarły przed kilku laty Florian Kapała, przechodząc w 1958 roku z Kolejarza Rawicz do Stali Rzeszów, miał według prasy otrzymać: mieszkanie, bezpłatny transport mebli do nowego „gniazda”, samochód osobowy oraz… studia. Sam Florian Kapała przyznawał po latach, że ten ostatni punkt okazał się zwykłym „picem na wodę”, mającym przekonać opinię publiczną co do zasadności przenosin z Rawicza do Rzeszowa. W końcu jak można było człowiekowi odmówić prawa do kształcenia!
Niektórych zawodników ponosiła fantazja i miewali całkiem nietypowe marzenia. Maciej Korus za przejście do Wandy Kraków chciał od działaczy krakowskiego klubu… ślubu na Wawelu! Notabene zdarzenie to także znalazło się w jednej ze scen wspomnianej „Motodramy”, wspomina o tym prezes‑cwaniaczek grany przez Jerzego Dobrowolskiego.
Bardzo ciekawe transakcje następowały pomiędzy klubami – ten, który zawodnika pozyskiwał, podejmował rozmaite zobowiązania wobec klubu, z którego żużlowiec odchodził. Chcąc ukoić „łzy” po stracie swojej gwiazdy, działacze domagali się od klubu, do którego gwiazda udawała się po lepszą przyszłość, oprócz pieniędzy oczywiście, na przykład deficytowych części, opon albo też całych motocykli. Szczególnie motocyklami płacono długie lata dosyć powszechnie. W latach 80. za pozyskanych z Motoru Piotra Styczyńskiego i Janusza Łukasika do Unii Tarnów w drugą stronę, czyli do Lublina pojechało pięć nowiutkich, jak spod przysłowiowej igły, kompletnych motocykli.
Ot, taka zapłata w naturze, która czasem miewała humorystyczne akcenty. Np. w 1987 roku Piotr Żyto zmieniał barwy klubowe, przenosząc się z Gdańska do opolskiego Kolejarza. W zamian na Wybrzeże przesłano kilka par… żużlowych butów, produkowanych wówczas przez zakłady obuwnicze w Krapkowicach.
Bywały też umowy nietypowe. Jak wspomina dyrektor tarnowskiego klubu w latach 80., Andrzej Grzyb, Unia za transfer Bogusława Nowaka ze Stali zgodziła się wspomóc finansowo modernizację gorzowskiego stadionu, w tym celu przesyłając uzgodnioną kwotę. Czasem nowy pracodawca zawodnika zobowiązywał się zorganizować z jego dotychczasowym zespołem mecze sparingowe lub opłacić koszty przedsezonowego zgrupowania.
W pierwszej połowie lat 90., a więc w początkowych latach po transformacji ustrojowej, sytuację zmiany barw klubowych unormalnić miały tzw. listy transferowe, ale szybko okazało się, że były to raczej listy pobożnych życzeń, z cenami często niczym z kosmosu, bo takich działacze żądali za zawodników, gdyby znalazł się inny klub pragnący wykorzystać ich talenty (to znaczy oczywiście zawodników, a nie działaczy). W tamtym czasie żużlowcy nadal bywali „podwieszani” pod lewe etaty, chociaż zaczęło już wtedy kiełkować zawodowstwo.
Ale początki, jak to często bywa, okazywały się siermiężne. Lider pewnego klubu, który jako jeden z pierwszych w kraju próbował wdrożyć dzisiejsze normy zawodowstwa w żużlu, otrzymywał pieniądze, przedstawiając faktury za sprzedaż pracodawcy… miodu! W razie kontroli właściciel klubu miał liczną rodzinę, więc miód, który, jak powszechnie wiadomo, jest bardzo zdrowy, miał kto zjeść.
Na zakończenie jeszcze anegdotka dotycząca transferu do Tarnowa Marcina Rempały, który żużlową licencję zdobył u boku startującego wówczas w rzeszowskiej Stali starszego brata Grzegorza. Otóż Grzegorz postanowił na ostatnie lata kariery wrócić do macierzystej Unii Tarnów, a wraz z nim, niejako w ramach sprzedaży wiązanej, rzeszowscy działacze oddali także bardzo młodego wówczas Marcina, który nękany kontuzjami nie rokował nadziei na udane występy. Jak się miało okazać, w Tarnowie mieli z Marcina kilka lat prawdziwej pociechy, a szczęśliwy z tego powodu, nieżyjący już dyrygent tamtejszego żużla, Szczepan Bukowski mówił, że najmłodszego z Rempałów wykupił z Rzeszowa po… cenie złomu. Dlaczego? Bo, jak żartował, zapłacono za niego mniej więcej tyle, ile warte były metalowe śruby podtrzymujące jego połamane kości!

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o