Bez konsekwencji za maszkarona

0
94
REKLAMA

Sprawa była bardzo głośna. Którejś nocy patrol policji natknął się na Wielkich Schodach na zrzuconą rzeźbę: lwa z męską głową – maszkarona albo – jak kto woli – sfinksa. W tym miejscu tkwił on na kamiennym postumencie od 1936 roku. Znalazł się tam za sprawą inicjatora Witolda Giżberta‑Studnickiego oraz rzeźbiarza Henryka Hochmana. To jeden z historycznych symboli Tarnowa, wielokrotnie utrwalany na widokówkach i w folderach turystycznych. Na szczęście strącona głowa sfinksa nie rozbiła się, ale były ubytki i renowacja rzeźby została wyceniona na ok. 10 tys. zł.
Po kilku dniach zatrzymano sprawców: trzech mężczyzn w wieku od 24 do 29 lat.
– Monitoring miejsca, w którym doszło do dewastacji, był pomocny w ustaleniu personaliów sprawców, ale decydujące okazały się nasze działania operacyjne – informuje Olga Żabińska, rzeczniczka prasowa tarnowskiej policji.
Policja zrobiła swoje, reszta należała już do strony pokrzywdzonej i prokuratury. Najbardziej pokrzywdzony był, oczywiście, sfinks, który nieoczekiwanie sięgnął bruku, ale interesów kamiennej rzeźby chroni Urząd Miasta Tarnowa.
Sprawcom groziła kara grzywny, ograniczenia wolności bądź pozbawienia wolności od 3 miesięcy do 5 lat. Wszelkich sądowych kar jednak uniknęli. Miasto mogło podtrzymać wniosek o ściganie sprawców uszkodzenia rzeźby, ale wycofało się. Za satysfakcjonujące przyjęto inne rozwiązanie: zawarcie ugody ze sprawcami, którzy zobowiązali się do pełnej zapłaty kwoty potrzebnej na odnowienie rzeźby.
– Jeśli w przypadku tego rodzaju czynu strona pokrzywdzona nie złoży wniosku o ściganiu sprawców, prokuratura jest zobowiązana do umorzenia sprawy. Zostaliśmy poinformowani przez Urząd Miasta Tarnowa o zawarciu ugody ze sprawcami zniszczenia mienia i o tym, że wniosek o ich ściganie nie będzie złożony – mówi Elżbieta Potoczek – Bara, rzeczniczka prasowa Prokuratury Okręgowej w Tarnowie.
– Ugodę zawarliśmy 29 października ubiegłego roku – informuje Krzysztof Madej, dyrektor Centrum Rozwoju Miasta UMT. – Gwarantuje ona zwrot poniesionych nakładów na odrestaurowanie rzeźby. Kwoty od trzech mężczyzn napływają w ratach, jestem regularnie informowany przez swoich pracowników, czy mężczyźni w terminie wywiązują się ze swoich finansowych zobowiązań.
Jeden z naszych czytelników wyraża oburzenie:
– Jak można darować karę w sytuacji, gdy mieliśmy do czynienia z najgłośniejszym w tamtym roku wybrykiem chuligańskim w mieście, po prostu wandalizmem? Doszło do niego w samym środku miasta i dotyczyło obiektu zabytkowego, szanowanego przez całe pokolenia tarnowian. Odpowiednia kara byłaby przestrogą dla wandali, których w Tarnowie nie brakuje.
Antoni Sypek, znany historyk miasta, który wielokrotnie pisał o tarnowskim sfinksie w swoich publikacjach, choćby w książce „Mój Tarnów”, również uważa, iż sprawcami powinien zająć się sąd.
– Niechby sąd poddał ocenie czyn tych ludzi. Jeśliby się okazało, że są to w sumie porządni obywatele, którzy dopuścili się tylko jednorazowego aktu wandalizmu w jakiejś wyjątkowej dla nich sytuacji, to zapewne odstąpiłby od ich ukarania. A może skończyłoby się tylko na symbolicznej karze? Zwracam jednak uwagę, że czym innym jest wybicie szyby w kiosku, a czym innym próba zniszczenia zabytku w szczególnym, historycznym miejscu. Moim zdaniem, kwestię popełnionego czynu i kary za ten czyn nie powinna przesądzać decyzja magistrackich urzędników.
Z policyjnych protokołów wynika, iż w czasie powrotu z zabawy rozbawieni mężczyźni wskoczyli na cokół maszkarona, kopali rzeźbioną głowę, w końcu zrzucili ją na schody. W czasie nocnej zabawy uszkodzili nie tylko pomnik, ale także witrynę sklepową i budkę telefoniczną. Mężczyźni wcześniej nie byli karani.
Dyrektor Madej tłumaczy, że celem urzędu nie było bezwzględne karanie młodych ludzi, ale zabezpieczenie interesów miasta, by pieniądze na renowację zostały odzyskane i nie ucierpiał na tym miejski budżet.
– Rozmawiałem z tymi ludźmi. Wykazali skruchę, przekonywali, ze żałują swego czynu, że będąc pod wpływem alkoholu, dokonali czegoś, czego teraz się wstydzą. Ich skrucha wydała mi się wiarygodna. Ponieważ zobowiązali się pokryć straty, doszliśmy do wniosku, że trzeba dać im szansę.
– Pewnie to synkowie jakichś wpływowych tatusiów w mieście, którzy zapłacą za wybryki swoich pociech – dociekali nasi rozmówcy. – Takim zawsze się upiecze.
– Nic podobnego – odpowiada dyrektor Madej. – Nie mam pojęcia, kim są rodzice tych osób, nie interesuje nas to. Osiągnąwszy zakładane porozumienie, zrezygnowaliśmy z wniosku do prokuratury wyłącznie z czysto ludzkich powodów.
Od czasu do czasu tarnowskie pomniki narażone są na poważne niebezpieczeństwo. Z tego powodu głośno było także w 2006 roku, gdy pewnej jesiennej nocy zniknęło popiersie Sandora Petofiego, węgierskiego poety i adiutanta gen. Józefa Bema, które ustawione było na skwerze przy ul. Krakowskiej. Popiersie ważyło kilkadziesiąt kilogramów, wandal się trochę namęczył, w końcu pozostawił je w zaroślach. Ponieważ pomniczek bohatera węgierskiej Wiosny Ludów w głównej części był z metalu, sprawca zamierzał wywieźć go nazajutrz do punktu skupu złomu. Nie zdążył. Następnego dnia zatrzymała go policja. Straty, które poczynił na skwerze złomiarz, oszacowano na 800 zł. Niedługo potem stanął przed sądem. Nikt mu nie darował kary.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o