Burkowe problemy

0
90
burek
REKLAMA

„Zatoka” to zwyczajowa nazwa uliczki przy południowej stronie placu, gdzie od kilku latach kwitnie handel „z ręki” i „ze skrzynki”. Niektórzy tarnowianie nawet wolą tam kupować, bo w sezonie zbiorów na działkach stają tam m.in. właściciele sadów i ogródków, sprzedający „nadwyżki” plonów. Handluje tu jednak także stale kilkadziesiąt osób, wnosząc normalne opłaty targowiskowe. Przy uliczce istnieje także kilka wyznaczonych miejsc parkingowych. Problem polega na tym, że handel i parkowanie na „zatoce” praktycznie wykluczają się wzajemnie.
Dzierżawcy stołów i budek na placu postrzegają to jako niedogodność. – Jeśli klient nie podjedzie, to nie kupi ani na „zatoce”, ani u nas – mówi Jan Wielgus z Komitetu Obrony Placu Handlowego Burek. – A sytuacja jest tym bardziej paradoksalna, że obecnie na środku placu stoły stoją często puste. Podczas rozmów z przedstawicielami zarządu miasta obiecano nam dość miejsca dla wszystkich handlujących i zapewnienie miejsc parkingowych przy Burku. Nie widzimy jednak dotąd żadnych działań w tym kierunku.
Nastroje zaostrzyło usunięcie przez administratora placu kilku stołów. Niektórzy z handlujących uznali to za niepokojący „sabotaż” wymierzony w handel na Burku w ogóle. Administracja placu wyjaśnia jednak, że usunięto najbardziej zniszczone stoły, które nie były, a nawet nie powinny być użytkowane – także ze względów bezpieczeństwa.
– To prawda, że Burek jest dziś „dziurawy”, stoły w środku bywają puste, podczas gdy na „zatoce” kwitnie handel – przyznaje Jacek Chrobak, dyrektor Targowisk Miejskich. – Prowadzimy właśnie inwentaryzację stołów i przyjmujemy zgłoszenia chętnych do ich rezerwacji – mamy nadzieję, że przynajmniej część sprzedających na „zatoce” skorzysta z tej możliwości. Gdyby udało się wszystkich tam handlujących przenieść na stoły na placu, problem byłby rozwiązany. Jednak z naszych wstępnych ocen wynika, że dla wszystkich z „zatoki” miejsca na placu jednak nie wystarczy.
Nie wszyscy handlujący na terenie „zatoki” chcą zresztą przenosić się na plac. – Plac jest bardzo zaniedbany, na środku nie ma co sprzedawać, bo klienci niechętnie tam w ogóle chodzą – argumentuje jeden z handlujących. – A stoły z brzegów – zajęte…

REKLAMA

Według danych Targowisk Miejskich, na terenie „zatoki” handluje od 39 do ponad czterdziestu osób. Sezonowo – np. przed świętami, w okresie plonów na działkach i w sadach lub wysypu grzybów – liczba sprzedających rośnie. Administracyjnie ulica jest częścią działki z placem targowym. Handel na „zatoce” jest legalny – Targowiska Miejskie pobierają tu opłaty w wysokości podobnej do taryfy na placu.
– Zaczęliśmy pracować na „zatoce”, bo na placu nie było dla nas miejsca – stoły na placu były pod stałą rezerwacją, korzystać z nich mogliśmy w najlepszym razie sporadycznie. – mówią handlujący na ulicy. – Z handlu na „zatoce” utrzymuje się co najmniej czterdzieści rodzin, a miejsca do parkowania są tu może dla ośmiu samochodów. Co jest ważniejsze: źródło utrzymania dla kilkudziesięciu rodzin czy parking dla kilku aut? – pytają.
Przedstawiciele Komitetu Obrony Placu Handlowego Burek uważają jednak parkingi za kwestię bardzo istotną. – Udało nam się obronić ten plac handlowy w centrum miasta przed likwidacją. Ale czasy są takie, że jak klient nie może podjechać i zaparkować, to pojedzie raczej do supermarketu, gdzie parkingi są na ogół obszerne i wygodne – argumentuje Jan Wielgus. – Sprawa parkingów musi być rozwiązana po prostu dla przyszłości tego placu i miejsca handlu dla wszystkich. Nie powinno też tak być, żeby część stołów na placu była pusta, podczas gdy handlujący blokują ulice i parkingi.
– To trochę paradoks – komentuje Jacek Chrobak. – Handel na „zatoce” powstał, bo na placu brakowało miejsca dla wszystkich. Teraz na placu zrobiło się nieco miejsca, ale nie jest wcale łatwo handel z zatoki przenieść… Powstaje np. problem, kogo – jeśli handlujący sami się na to nie zgodzą – przenieść, a kogo zostawić?
W środowisku handlujących, które zjednoczyło się wobec groźby likwidacji targowiska, zdania znów są podzielone. – Jeśli nie wypracujemy wspólnego stanowiska w sprawie parkingów, możemy stracić to, co udało nam się osiągnąć – mówią członkowie Komitetu Obrony Burku.
Na zebraniu, które odbyło się w siedzibie Targowisk Miejskich, mówiono o ewentualnych regulacjach, które mają ułatwić rozwiązanie problemu – jak limit liczby rezerwowanych stołów na placu dla poszczególnych handlujących, udrożnienie wejść i przejść przez plac, by jego środek był dostępny, ograniczenie czasu postoju na parkingach do 20‑30 minut – tak by służyły one klientom, a nie handlującym czy pracującym w okolicy, stawiającym tu samochody. – Jeśli te parkingi będą rozliczane na karty, ktoś, kto kupi sobie kartę, będzie tu stał cały dzień, bo czemu nie?

Kompleksowy remont Burku ma ruszyć – według zapowiedzi – w przyszłym roku. Zarówno administratorzy, jak i użytkownicy placu są w pewnym sensie zakładnikami tej długo oczekiwanej inwestycji – trudno inwestować dziś w stan stołów czy nawierzchni placu, skoro w przyszłym roku i tak wszystko ma się zmienić. Argument o „tymczasowości” handlu na Burku wypływa zresztą w różnych aspektach. – Chcemy tylko dotrwać do remontu Burku, potem i tak musimy dostosować się do zmian! – mówią handlujący na „zatoce”.
– Skoro już teraz na placu nie mieszczą się wszyscy handlujący, to co będzie w przyszłości? – pyta Adam Burnagiel z Komitetu Obrony Placu Handlowego Burek. – Na nowym placu nie będzie przecież więcej miejsca do handlu niż obecnie. Raczej mniej – bo mają tam być też miejsca rekreacji z handlu wyłączone…Czy zgodnie z obietnicami miasta zmieszczą się tam wszyscy handlujący?
Najwięksi optymiści wskazują, iż tego typu spory dowodzą, że „Burek żyje” – jest nadal popularnym, nierzadko zatłoczonym miejscem handlu i że na targowisku w centrum miasta nie brak ani handlujących, ani klientów.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o