Codziennie do „lepszego” świata

0
304
Ci, których zmusiła sytuacja na lokalnym rynku pracy lub świadomie wybrali pracę poza Tarnowem, po kilka godzin dziennie spędzają w pociągach i autobusach. Zimą wyjeżdżają, gdy jest jeszcze ciemno, wracają również długo po zmroku
REKLAMA

Pierwszy na większą skalę exodus mieszkańców Tarnowa związany z poszukiwaniem zatrudnienia pojawił się zaraz po utracie przez miasto statusu miasta wojewódzkiego. Było to w 1999 roku. Wczesnym rankiem peron dworca zaczął zapełniać się ludźmi, którzy zostali skazani na codzienny dojazd do pracy. Po likwidacji instytucji o randze wojewódzkiej niektórzy urzędnicy, oficerowie policji czy straży pożarnej, czasem już po czterdziestce lub pięćdziesiątce, otrzymali propozycje nie do odrzucenia: albo przeniosą się wraz ze swoimi etatami do Krakowa, albo utracą posady.Dzisiaj do pracy w Krakowie dojeżdżają głównie młode osoby, które na miejscu nie znalazły nic odpowiedniego dla siebie. O oficjalne statystyki w tej sprawie trudno. Urząd Statystyczny informuje tylko o wyjeżdżających do pracy poza swoje miejsce zamieszkania; w przypadku Tarnowa liczba ta wynosi ponad 4,6 tys. Portal „Polska w liczbach” podaje 2,8 tys. Ale kategoria „wyjeżdżający” nie zawsze oznacza systematycznie, przynajmniej kilka razy w tygodniu, grupy „dojeżdżających” do pracy. Nieoficjalnie twierdzi się, że codziennie lub co drugi dzień z Tarnowa do Krakowa dociera z tego powodu kilkaset osób. Warto jednak wziąć pod uwagę, że coraz częściej tarnowianie znajdują zatrudnienie także w szybko rozwijającym się Rzeszowie.

REKLAMA

„Dunajczycy”
W każdym razie problem jest i on narasta. Jakub Kwaśny, pracownik naukowy Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, który dojeżdża kilka razy w tygodniu, swego czasu stworzył na Facebooku stronę „Dojeżdżający do pracy z Tarnowa do Krakowa”. Znajdują się w niej informacje przydatne każdemu, kto często odbywa tego rodzaju podróże.
On sam zaczął, jak większość innych, od porannego pociągu „Dunajec”, odjazd godz. 6.15. Żeby na niego zdążyć, trzeba było wstać po godzinie piątej. Na peronie zawsze spotykał tych samych ludzi, którzy dzielili podobny los i których – ze względu na nazwę pociągu – nazwano „dunajczykami”. A może oni sami siebie tak nazwali?
– Zawiązały się znajomości i przyjaźnie. Niektóre przetrwały do dzisiaj – mówi Jakub Kwaśny. – Przetrwały, mimo że wielu z nas już nie dojeżdża pociągiem. Kiedy rozpoczął się remont linii kolejowej, „Dunajec” stał się nieprzewidywalny. Nigdy nie było wiadomo, kiedy dotrze do celu. Poza tym prawie dwie godziny jazdy. Nikt nie chciał ryzykować ciągłymi spóźnieniami do pracy….
Obecnie Jakub Kwaśny do Krakowa dojeżdża własnym samochodem. Samochód ma ekonomiczny silnik, poza tym jego kierowca przyjął założenie, że jeśli na autostradzie nie będzie przekraczał setki, to koszty regularnych dojazdów będą do przełknięcia.
– Na pewno dojeżdżających do Krakowa jest dużo. Słyszałem, że na samej linii kolejowej było 4 tysiące biletów miesięcznych, nie wiem, jak jest teraz. Pod uwagę trzeba brać również studentów. Znam przypadki codziennych dojazdów także do krakowskich uczelni – dodaje Jakub Kwaśny.


Jedziemy razem
„Dojeżdżający” organizują się w każdy możliwy sposób. Na internetowym portalu Jedziemy razem.pl coraz częściej można znaleźć takie ogłoszenia: „Witam. Poszukuję osób codziennie dojeżdżających do pracy w Zabierzowie i okolicach”. Albo: „Dojeżdżam codziennie do pracy z Tarnowa do Krakowa prywatnym samochodem, oferuję trzy miejsca”. Wiadomo, wspólna podróż zawsze będzie tańsza.
Piotr Sosin i jego żona Irmina, którzy obecnie mieszkają w Mościcach, dojeżdżali do pracy przez pięć lat. Młodzi, ambitni, nie pasowała im każda praca i za każde pieniądze. Odpowiednie dla siebie zajęcie znaleźli w Krakowie. On zatrudnił się w jednej ze znanych korporacji, ona na Uniwersytecie Jagiellońskim. Oboje przeszli wszystkie etapy tarnowskich dojazdów. Najpierw, tak jak inni, byli wytrwałymi „dunajczykami”, potem przesiedli się do autobusów Voyagera.
– Poranne podróże były dalekie od komfortu. Tłok w autobusie, nie zawsze sprawna klimatyzacja. Później przesiadłem się do swojego samochodu, czasem jeździłem nim razem z żoną – opowiada Piotr. – Chociaż z pracy w Krakowie byłem zadowolony, w okresie urlopu ojcowskiego, gdy opiekowałem się naszym dzieckiem, wpadł mi do głowy nowy pomysł na życie, który potem zrealizowałem. Dziś już nie podróżuję do Krakowa, z dotychczasowego zatrudnienia zrezygnowała również moja żona.

Przenieść się na stałe
Państwo Sosinowie zaryzykowali i stworzyli własną firmę. To browar, który warzy coraz bardziej liczące się na rynku piwo. Tyle że na razie jest to browar, można rzec, lotny; wykorzystuje linie produkcyjne w istniejących zakładach w Małopolsce. Piotr marzy o zbudowaniu swojego browaru w Tarnowie, wtedy pracę miałby na miejscu.
W całej Polsce ludzie marzą o pracy na miejscu. Czasem jest to ważniejsze niż wyższe zarobki. Zupełnie inaczej niż w wielu innych krajach. Tam ludzie znalazłszy lepszą robotę, dużo rzadziej do niej dojeżdżają. Po prostu przenoszą się na stałe w to miejsce.
Prof. Tomasz Panek z warszawskiej SGH wyjaśnia to w prosty sposób: – W krajach Europy Zachodniej czy USA zawodowa mobilność mieszkańców rozumiana jest jako gotowość do zmiany miejsca zamieszkania przy podejmowaniu nowej pracy. Jeśli ktoś dostanie zatrudnienie w innym mieście, to wynajmuje tam mieszkanie i przenosi się na stałe.
W Polsce rzadko zarabia się na tyle, by tak móc zrobić, ale i u nas nie są już to sytuacje odosobnione.

14 dni w samochodzie
Łukasz Tumidajski, grafik komputerowy z Tarnowa, wybrał pracę w Krakowie, ponieważ, jak mówi, tam stawki płac w jego branży są dwa razy wyższe. Ma dziewczynę, która studiuje w jednej z krakowskich uczelni, więc postanowił, że razem wynajmą nieduże mieszkanie. Nie dojeżdża.
– Ale mam kolegę, który codziennie jeździł do Krakowa prawie przez dziesięć lat. Ze względu na specyfikę branży, w której pracuje, nie znalazł odpowiedniego zatrudnienia w Tarnowie. Codziennie wsiadał do autobusu, który nadjeżdżał z kierunku Gorlic, bo na stałe mieszka pod Tarnowem. Teraz pracę ma tak zorganizowaną, że może dojeżdżać do Krakowa tylko trzy dni w tygodniu.
Jarosław M. Skoczeń ze „Stref nieruchomości” na przykładzie trzech dużych ośrodków sprawdził za pomocą symulacji, z jakimi kosztami oraz z jakimi stratami czasowymi związane są kwestie dojazdu do miast satelickich. Posługując się średnimi cenami mieszkań z rynku wtórnego i kosztami podróży – wg danych w 2014 roku – zbadał, jak kształtują się te relacje. W symulacji Tarnów – Kraków wyszło, że roczny czas poświęcony na dojazd tylko do granic miasta – autostradą A4 – wynosi 336 godzin, a więc w samochodzie spędza się 14 dni (ale chyba i nocy, czego autor w matematycznych obliczeniach nie uwzględnił). Jest to jednak kawałek kalendarza. Przebieg w skali roku wynosi ok. 36 tys. km.

Autostrada ucieczkowa
Autor symulacji przyjął, że szacunkowy koszt benzyny przy średnim zużyciu paliwa 6 l na 100 km i cenie 5,35 zł (w 2014 r.) wynosi 11,5 tys. zł. Porównując przeciętne ceny mieszkań na rynku wtórnym w Tarnowie i Krakowie (w tym drugim przypadku 6,8 tys. zł za metr kw., ponad dwukrotnie więcej niż w pierwszym) i zakładając, że ktoś chciałby nabyć krakowskie typowe mieszkanie o powierzchni 50 metrów kw., to różnica w cenach lokali w obu miastach sfinansowałaby dojazd do Krakowa na okres 15 lat…
Na pewno inne relacje wystąpiłyby, gdyby porównać koszty dojazdu i koszty nie zakupu, lecz wynajęcia mieszkania.Ci, którzy ubolewają nad regularnymi podróżami tarnowian do oddalonych miejsc pracy, powinni wziąć pod uwagę, że jest to zjawisko ogólnopolskie. GUS podaje, że już co trzeci Polak pracuje poza swoim miejscem zamieszkania. Wielu z nich dojeżdża codziennie. Co poza tym myśleć o danych, które informują, że już 7,5 tys. „krakusów” jako miejsce pracy zarobkowej wybrało Warszawę?– Regularne dojazdy to dla każdego trudna sytuacja – podkreśla Jakub Kwaśny. – Zawsze trzeba poświęcić na podróż z Tarnowa do Krakowa i z powrotem średnio około trzech godzin dziennie. To sporo, a pociągiem jeszcze więcej. Na pewno jest grupa osób, która mogłaby znaleźć zatrudnienie w naszym mieście, ale doszła do wniosku, że mimo wszystko Kraków będzie dla nich bardziej opłacalny.
– Jeszcze niedawno liczyłem na to, że rynek pracy w Tarnowie odmieni autostrada – przyznaje Piotr Sosin. – Na razie nic z tego. Autostrada posłużyła głównie do tego, by prędzej przemieszczać się za pracą w Krakowie…

REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments