Czy Tarnów wykorzysta niezwykłe kolekcje?

0
484
Tarnow - Jerzy Wiśniewski, sławny kolekcjoner żelazek
Jerzy Wiśniewski, sławny kolekcjoner żelazek, próbuje zainteresować swoimi zbiorami miasto, chcąc udostępnić je mieszkańcom i turystom. Teraz czeka na odzew urzędników
REKLAMA

W Tarnowie mieszka wielu pasjonatów, ludzi, którzy zbierają różne przedmioty, czasem o osobliwym charakterze. Niektórzy dzięki swoim oryginalnym kolekcjom zasłynęli już nawet za granicą. Część z nich skłonna jest wyeksponować swoje zbiory w miejscu publicznym, tak, aby mogły oglądać je również osoby z zewnątrz – mieszkańcy i turyści. Tarnów stanąłby wtedy przed szansą pozyskania nowych atrakcji, ale najpierw sprawą musiałby się zainteresować lokalny samorząd. Jeśli nie zrobi tego w porę, przynajmniej dwie niezwykłe kolekcje powędrują do innych miast.

Ilu ludzi widziało na własne oczy zwykłe, 50-metrowe mieszkanie w bloku, które niemal w całości stanowi muzeum… żelazek? Gabloty i półki prawie na wszystkich ścianach, wszędzie żelazka. Setki przedmiotów, które tylko laikom mogą się wydać mało interesujące.
– Żona nie zgodziła się zabudować półkami tylko tej jednej ściany, więc zamiast żelazek mamy tu obrazki, jak w każdym innym mieszkaniu – śmieje się Jerzy Wiśniewski, tarnowianin z urodzenia, socjolog z zawodu, trochę podróżnik i najsłynniejszy w kraju zbieracz żelazek. Nie potrafi dokładnie wyjaśnić, dlaczego w pewnej chwili zafascynowały go te przedmioty codziennego użytku, wykorzystywane przez ludzkość od ponad 3 tysięcy lat. Kiedyś kolekcjonował znaczki, aż któregoś dnia postanowił żelazka. Może chciał wyjść poza utarty schemat, tak po prostu?

REKLAMA

Podzielę się sławą
Niewielu jest tego typu zbieraczy – w Polsce zaledwie kilku. Tyle że po czterdziestu latach gromadzenia zbiorów kolekcja Wiśniowskiego zyskała rangę europejską. Pisano o niej w krajowych i zagranicznych pismach, także w TEMI. Dzisiaj Jerzy Wiśniewski mówi, że chciałby, aby jego zbiory mogli oglądać inni, żeby samorząd miejski poszukał wolnego lokalu, odpowiednio go wyposażył, a wtedy on z mieszkania, piwnicy i garażu przeniesie tam około tysiąca żelaznych przedmiotów. Mistrz europejski pod tym względem, a może i światowy, pewien mieszkaniec Rumunii zebrał dotychczas 6 tys. żelazek.
– Jestem tarnowianinem, chcę, żeby z tej wieloletniej pasji miało coś także moje miasto. Niech ludzie oglądają kolekcję, którą mi już trudno pomieścić, niech ich ona zadziwia, gdyż jestem przekonany, że jest tego warta, że wzbudziłaby duże zainteresowanie. Przecież w wielu miastach organizowaliśmy wystawy i wiem, jak reagowali na nie ludzie. Znam też stałą wystawę zabytkowych żelazek, którą urządził mój kolega z Czech w lokalu, pieniądze na ten cel przeznaczyło 6-tysięczne miasteczko, w którym mieszka. Liczba zwiedzających jest imponująca.

Żelazko z kominem
Setki żelazek – dużych, małych i maleńkich. Do ubrań, kapeluszy, kołnierzyków, rękawów, koronek. Na węgiel, gaz, naftę, spirytus i prąd. Przegląd epok i krajów, w których zostały wyprodukowane, od Brazylii po Chiny. Żelazka żydowskie. Najróżniejsze materiały, kształty, barwy, przykłady niezwykle kunsztownej, artystycznej roboty, najczęściej ręcznej. Rzemiosło na najwyższym poziomie. Żelazka całkiem płaskie albo ze specjalnie odlanym w korpusie kominem. Niektóre bardzo wartościowe. To wszystko mogłoby pokazać miasto turystom, gdyby pokusiło się o stałą ekspozycję w wybranym punkcie.
Jerzy Wiśniewski próbuje zainteresować pomysłem Urząd Miasta Tarnowa. W planach jest wizyta urzędników u kolekcjonera.
– Znam sprawę, ciągle jest ona aktualna – mówi Marcin Sobczyk, dyrektor Wydziału Kultury UMT. – Obecnie zastanawiamy się, gdzie można byłoby urządzić stałą wystawę zbiorów, w grę wchodzi kilka punktów. Oczywiście, sam lokal to jeszcze nie wszystko. Należałoby go odpowiednio wyposażyć, zabezpieczyć, zakupić gabloty itp. Problem polega na tym, że rozmawiamy o sprawie w trudnym okresie, gdy z powodu epidemii koronawirusa możliwości finansowe są zdecydowanie ograniczone.

Lalki też do wzięcia
– Wyobrażam sobie, że dobrym miejscem na umieszczenie mojej kolekcji byłaby na przykład stara drukarnia na rogu Brodzińskiego i Wałowej – mówi pan Jerzy. – Zresztą widzę to przedsięwzięcie w znacznie szerszym kontekście. Gdyby miasto zarezerwowało więcej miejsca, można byłoby pomieścić także inne zbiory należące do innych pasjonatów. Mam sygnały od różnych osób, które ze swoimi cennymi kolekcjami nie mieszczą się już w domach i gotowe są udostępnić swoje skarby dla publiczności. Myślę, że nie warto marnować tej szansy.
Jedną z tych osób jest Teresa Wajdowicz, nauczycielka z zawodu, która w ciągu ćwierćwiecza zgromadziła ponad 1400 lalek z całego świata. Część pochodzi z XIX wieku. Wykonane z niezwykłą precyzją, z różnych materiałów, również z użyciem porcelany wysokiej jakości, niektóre ruchome, w stylu angielskim, amerykańskim bądź francuskim. Niepowtarzalne, o dużej wartości kolekcjonerskiej. To jedna z największych tego rodzaju kolekcji w Europie.
– Swoje pokaźne zbiory trzymam już w kilku miejscach – mówi pani Teresa. – Od prawie trzech lat rozmawiam z miastem o możliwości zorganizowania stałej ekspozycji w Tarnowie, specjalnie założyłam w tym celu stowarzyszenie, aby móc skorzystać z pomocy samorządu, lecz na razie nic się nie dzieje w tej sprawie.

Kto wykorzysta okazję?
Za to świat lalek Teresy Wajdowicz fascynuje gdzie indziej i kogo innego. Duży rozgłos przyniosły ostatnio wystawy we Wrocławiu, Poznaniu, ale także w Wojniczu. Właścicielka kolekcji otrzymała zaproszenie za granicę. Ciągle ma nadzieję, że wartość kolekcji doceni wreszcie również Tarnów.
Słychać także, że swoje zbiory chętnie udostępniłby również kolejny miejscowy hobbysta, który zebrał pokaźną liczbę radioodbiorników z różnych czasów. Także dla turystów mogłaby być to niezła gratka. Tym bardziej, że współczesny turysta gustuje już nie tylko w zabytkowych kościołach, kamienicach, pałacach czy zamkach, ale coraz częściej poszukuje rzeczy oryginalnych, osobliwych, rzadko powtarzalnych, które wzbudzają emocje. Niezwykłe żelazka, setki najróżniejszych lalek czy radioodbiorniki z minionych epok – nawet zgromadzone w jednym miejscu – mogłyby uatrakcyjnić turystyczny pobyt w Tarnowie.
Jerzy Wiśniewski i Teresa Wajdowicz na razie czekają. Chcieliby podzielić się swoją życiową pasją na szerszym forum, pokazać światu plon swoich wieloletnich pasji, wzbudzić zaciekawienie u innych, nawiązać nowe kontakty. Wciąż nie tracą nadziei, że będzie to możliwe w ich rodzinnym Tarnowie. A jeśli nie, będą szukać innych miast, które wykażą zainteresowanie. Można spodziewać się, że nie będzie to takie trudne.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o