Czym nas nęcą w sklepach?

0
117
etykietki
REKLAMA

Trzeba było aż decyzji Parlamentu Europejskiego, by zablokować wniosek o… zmiany na etykietach artykułów spożywczych. Chodziło m.in. o możliwość umieszczania na etykietach reklamowych treści informujących, że produkt ma o tyle a tyle mniej procent cukru/soli/tłuszczu/cholesterolu itd.
Choć na półkach sklepowych nie brak tak opisanych produktów, jest to obecnie praktyka niezgodna z dyrektywami unijnymi. I nieco ryzykowna, bo producent, który w ten sposób oznaczy swój produkt, powinien mieć dobrze udokumentowane wyniki badań naukowych, potwierdzających, że deklaracja o niższej zawartości soli czy tłuszczu jest zgodna z prawdą.

REKLAMA

Oczywiście, producenci starają się na różne sposoby obejść przepisy, a etykieta staje się kolejną pułapką na konsumenta.

– W przypadku wejścia w życie formuły o niższej o określony procent zawartości cukru, soli czy tłuszczu w danym produkcie, zaciemniałoby to faktyczny obraz i utrudniałoby porównanie produktów z tej samej kategorii – ocenia Piotr Łysak, prezes Międzynarodowego Stowarzyszenia Reklamy w Polsce. – Np. produkt z etykietą „15% mniej cukru” mógłby się wydawać zdrowszy od tego z etykietą „zredukowana ilość cukru”. Jest to zupełnie niezgodne z prawdą, bo „zredukowana ilość cukru” oznacza mniejszą o 30 procent – zgodnie z zaleceniami WHO – ilość tego składnika w porównaniu do innych produktów tej samej kategorii.

Podejrzane „lajty”
Producenci wykorzystują modę na szczupłą sylwetkę i powszechną – nie tylko wśród kobiet – wolę odchudzania. Klienci chętnie sięgają po produkty z mniejszą zawartością cukru i tłuszczu, które – jak wiadomo – należą do składników najbardziej tuczących. Niezorientowani klienci sięgają po produkty typu „light” zwykle bezkrytycznie, nie zdając sobie sprawy, ile pułapek i zwyczajnych oszustw mogą one w sobie ukrywać. Dietetycy ostrzegają, że „lajt lajtowi nierówny”.
Produkty oznaczone etykietą „light” powinny mieć zdecydowanie mniej kalorii niż analogiczne produkty o typowym składzie. Producenci osiągają to np. metodą obniżenia zawartości cukru, który zastępuje się sztucznymi substancjami słodzącymi.

Daje to dwa skutki: po pierwsze, połykamy w ten sposób – niekoniecznie świadomie – więcej chemicznych substancji słodzących, zawierających zwykle aspartam; po drugie, aby poprawić zmieniony „chemiczną słodyczą” smak produktu, dodaje się… więcej tłuszczu.

W ten sposób teoretycznie mniej kaloryczny produkt może mieć faktycznie niewiele mniej kalorii niż ten tradycyjnie słodzony cukrem. – Dlatego warto dokładnie czytać etykiety, przede wszystkim skład produktu – wskazuje Paulina Wielowska, dietetyczka. ‑Według rozporządzenia Parlamentu Europejskiego, producent może nazwać swój produkt „light”, jeśli wartość kaloryczna to nie więcej niż 40 kalorii na 100 gramów dla produktów stałych i nie więcej niż 20 dla produktów płynnych. Jednak firmy obchodzą te przepisy, zamiast słowa „light” używając określeń „slim”, „fit” czy „fitness”, „lekkie”, czy „0%” określonego składnika.

Nieuczciwe praktyki
Problem w tym, że przeciętny klient (o ile zna angielski w stopniu bodaj minimum) traktuje określenia typu „light” i „lekkie” równoważnie, „fitness” kojarzy się z przyjemną dla oka, szczupłą sylwetką, a deklaracje typu „40% tłuszczu mniej” budzą podobne skojarzenia. Choć dla przeciętnego zjadacza nie tyle chleba, co produktów spożywczych w pojęciu najbardziej ogólnym, są praktycznie nieweryfikowalne. – Niewątpliwie wiele takich deklaracji umieszczanych na produktach można uznać za nieuczciwe praktyki rynkowe – mówi Krzysztof Podgórski, Miejski Rzecznik Praw Konsumentów w Tarnowie.‑ Nie mieliśmy, co prawda, skarg dotyczących takiego oznaczania towarów, ale nic dziwnego, bo jest to rzecz przede wszystkim w gestii inspekcji handlowej, która ma odpowiednie służby i instrumenty do sprawdzenia, czy informacje podane na opakowaniu produktu są prawdziwe. Oczywiście, zarówno rzecznik, jak i każdy z konsumentów może zgłosić uzasadnione wątpliwości co do rzetelności informacji na etykiecie. W przypadku stwierdzenia, że etykieta określonej partii towaru podaje wprowadzające w błąd informacje, kara dla producenta może być dotkliwa – np. 5 procent ogólnych przychodów ze sprzedaży.
– Kierując próbki towaru do laboratorium, sprawdzamy przede wszystkim, czy próbka pod względem składu odpowiada informacjom podanym na etykiecie przez producenta: czy proporcje poszczególnych składników odpowiadają deklaracji na opakowaniu, czy nie ma składników nadliczbowych, niewymienionych itd. W standardowych badaniach nie sprawdzamy, czy w jakimś produkcie jest o jakiś procent mniej tłuszczu niż w innych, ale jeśli zawartość tłuszczu będzie niezgodna z deklarowaną, ujawnimy to – wyjaśnia Rafał Dobrowolski, specjalista Państwowej Inspekcji Handlowej w Tarnowie. – Na pewno deklaracje typu, że w czymś jest o tyle a tyle procent mniej cholesterolu, tłuszczu, cukru itd. niż w podobnych produktach, są niezgodne z dyrektywami unijnymi. I ryzykowne, bo na poparcie takiej deklaracji trzeba by mieć dokładne i dobrze udokumentowane badania porównawcze.

Magia procentów
A co z produktami spoza branży spożywczej – np. kosmetykami z etykietami „90% mniej łupieżu” czy „zmarszczki 78% mniej widoczne”? – To interesujące, jaką karierę zrobiły w języku procenty – mówi Łukasz Mostowski, student reklamy i marketingu, który jedną ze swoich prac semestralnych poświęcił tego typu „nawykom myślenia”. – Wystarczy podać jakąś wartość w procentach, a od razu odbieramy to jako treść naukową, wspartą badaniami czy statystykami, krótko mówiąc – bardziej przekonującą. Tymczasem, jeśli się choć przez chwilę zastanowić nad treścią, te sformułowania demaskują się same. Jak naukowo stwierdzić, że zmarszczka stała się o 78 procent mniej widoczna? Albo że mam o tyle a tyle procent łupieżu – albo ubytków w zębach – mniej? Czasem jeszcze producent gwarantuje w reklamie, że jeśli zmarszczki się nie zmniejszą, a ubytków w zębach nie ubędzie, to zwraca pieniądze? Tylko jak udowodnić, że ubytków nam – samo sformułowanie jest paradoksalne – nie przybyło albo zmarszczki mamy takie, jak mieliśmy, a nawet głębsze? Jak w ogóle obliczyć takie rzeczy w procentach? Niestety, morał jest taki, że producenci liczą na bezmyślność i nawykowe skojarzenia klientów.
Trzydziestolatka wybierająca spośród produktów w drogerii krem „likwidujący 70% zmarszczek” powołuje się jednak na doświadczenie, nie na nawyki myślowe czy wiarę w reklamy. – Wypróbowałam już ten krem i ma dla mnie dwie zalety: nie uczula mnie i dobrze nawilża skórę. Być może oceniam po sobie, ale chyba większość kobiet tym się kieruje w wyborze kosmetyków. Na reklamy, jak sądzę, jestem raczej odporna – pamiętam nawet, że kiedyś zrezygnowałam z kupowania proszku do prania tylko dlatego, że miał nadzwyczaj irytującą reklamę w telewizji. Na szczęście obecnie jest wybór i w proszkach, i w kosmetykach – a na treść reklam trzeba wyrobić sobie odporność…

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o