Czytelnicy interweniują. Wojenka spółdzielni z lokatorami

0
103
REKLAMA

O części spółdzielni mówi się, że są reliktem PRL: od lat zarządy w podobnych składach personalnych, trudno usuwalni urzędnicy – państwo w państwie, a lokatorzy traktowani są jako utrudniający życie petenci – oceniają mieszkańcy. O spółdzielnianej rzeczywistości niektórzy przekonują się dobitnie na co dzień, a to, co się dzieje wokół bloku numer 42 przy ulicy Reymonta, mieszkańcy nazywają skandaleem. – Od 40 lat pielęgnujemy zieleń przy naszym bloku. Tymczasem po raz kolejny zlekceważono nasze stanowisko i odcięto nas od tlenu – tłumaczy starszy pan.

REKLAMA

Lokatorzy bloku rozmawiając z nami anonimowo, gdyż obawiają się reakcji spółdzielni i złośliwości ze strony kilku sąsiadów.

– Nie wiadomo, skąd wziął się pomysł, by przyciąć drzewa. Gdy pytaliśmy w administracji, powiedziano nam, że chodzi o kilka topól i o pielęgnacyjne przycięcie gałęzi. Tymczasem zamiast odciąć samą górę drzew, odcięto korony w środku i dolnych częściach. Jakaś dziwna ekipa wzięła się za cięcie bez żadnego przygotowania. Te drzewa dawały przynajmniej trochę ochrony od ruchu samochodowego, od kurzu i hałasu. Teraz zostały kikuty.
Lokatorzy pokazują liczne pisma kierowane do spółdzielni, by drzew nie wycinać. Na nic się to zdało. – Urzędnicy spółdzielni nie reagują na nasze pisma, chodzą wokół bloku i przybijają jakieś czerwone pieczątki na pniach. Gdy pytamy, co to oznacza, mówią, że nie nasza sprawa, a chcą wyciąć dziewięć zdrowych drzew. Były tu takie piękne drzewa: lipa, klon, kasztan, a teraz to wygląda fatalnie. Mam wrażenie jakby spółdzielnia robiła nam na złość – skarży się nasza rozmówczyni.
Podobne odczucia ma jej sąsiadka. – Większość mieszkańców to starsze osoby, blok nie ma balkonów, drzewa dawały nam trochę powietrza. Piszemy pisma do spółdzielni, ale nikt się nimi nie przejmuje. Drzewa to zresztą niejedyna sprawa, którą spółdzielnia załatwia wbrew interesowi mieszkańców.
Nie wszyscy podzielają poglądy protestujących. – Ścięcie tych konarów to zwykła pielęgnacja, a problemy to stwarza pewna nadaktywna mieszkanka – oceniał jeden z lokatorów.
Blok ma ponad 40 lat. Został wybudowany w starej technice, jest źle ocieplony, a to przekłada się na bardzo wysokie rachunki za ogrzewanie. – Jeszcze w 2007 roku zwróciliśmy się do spółdzielni o docieplenie bloku. Najpierw zażądano listu z podpisami mieszkańców – wniosek o docieplenie musiał być podpisany przez 51 procent zainteresowanych. Gdy podpisy były, prezes zmienił zdanie i powiedział, że musi się zgodzić 80 procent lokatorów, potem, że muszą być listy w trzech egzemplarzach z podpisami i numerami dowodów osobistych. Utrudnia się nam życie takimi formalnymi złośliwościami – mówią mieszkańcy.
Termomodernizacji bloku nie zrobiono do dzisiaj. Najpierw tłumaczono, że mieszkańcy nie płacą funduszu remontowego i nie ma pieniędzy. – Od lat już płacimy ten fundusz, ale ktoś wymyślił, że nie będzie termomodernizacji, tylko docieplą ściany szczytowe i tak zrobiono. Oczywiście efekt prawie żaden. Nieocieplane są dachy, od lat prosimy o modernizację kominów – w zimie dostaje się przez nie zimne powietrze, a w lecie leje się.
Przykładów dziwnego działania spółdzielni jest więcej: ot choćby, nie ma przyzwoitej altanki śmietnikowej, choć wszystkie spółdzielnie takie wybudowały.
Mieszkańcy bloku przy Reymonta twierdzą, że mają kłopot z dotarciem do władz spółdzielni, więc postanowiliśmy spróbować umówić się z prezesem. Dwa tygodnie, kilkadziesiąt rozmów telefonicznych z urzędnikach spółdzielni – prezes Stanisław Drelicharz jest nieuchwytny. Gdy informujemy, czego sprawa dotyczy, słyszymy od urzędnika: –Uwagi lokatorzy mogą zgłaszać na walnym zgromadzeniu członków, od skarg jest też rada nadzorcza.
Jeśli tak traktowani są spółdzielcy z bloku przy Reymonta 42, to trudno się dziwić ich rozgoryczeniu.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o